26 marca 2011

„Świat kończy się nie hukiem, a skomleniem…”


Siedzę i ryczę, ale napiszę tę recenzję.

„Sekundę za późno” – William R. Frostchen
wyd. Bulle Books
rok: 2011
str. 466
Ocena: 5/6

To nie była łatwa lektura. Książka „Sekundę za późno” nie należy do lekkich i przyjemnych. Nie czyta się jej od tak, dla zabicia czasu. Nie sprawia, że na naszych ustach pojawia się delikatny uśmiech. Nie wywołuje przyjemnych motylków w brzuchu, ani rozmarzenia na twarzy. Ale przygwożdża. Miażdży. Ściera człowieka w pył.

Początki były trudne. Przydługie wprowadzenie nużyło mnie delikatnie i zniechęcało do lektury. Dodatkowo dobijał mnie fakt posiadania przez książkę jedynie 12 rozdziałów. Wiecie jaka jest statystyka, to prawie 39 stronicowe rozdziały, w większości bez przerywników, bez zamknięcia akcji. Każdy mój „przystanek” i brak możliwości kontynuowania lektury powodował cofanie się w lekturze przy ponownym sięganiu po książkę. To troszkę męczące. Ale do czasu. Bo książka pochłania, zabiera człowieka w tak niezwykłą i nieprawdopodobną podróż, że trudno się od niej oderwać.

O czym jest? O wielkiej tragedii jaka przytrafia się Stanom Zjednoczonym Ameryki Północnej. USA. Wielkiemu mocarstwu, któremu złe rzeczy dzieją się jedynie w filmach. Państwu, które jako pierwsze wysyła pomoc krajom dotkniętym przez głód, klęski żywiołowe, epidemie, wojny domowe. Z dnia na dzień, z sekundy na sekundę, cała ta mrzonka, idylla, kraina mlekiem i miodem płynąca znika. Przestaje istnieć. Oczywiście nie dosłownie, ale…

Narratorem książki jest John Matherson, emerytowany pułkownik Armii Stanów Zjednoczonych. John, w chwili próby, 8 lat przed wydarzeniami rozpoczynającymi akcję książki, przeprowadza się wraz z bliskimi do rodzinnego miasta swojej żony, Black Mountain w Karolinie Północnej. Rezygnuje z generalskiego awansu, z którym wiązała się konieczność przeniesienia się do Brukseli, ponieważ u jego żony zdiagnozowano raka piersi. Ta diagnoza odmieniła całe ich życie. W Black Mountain John zostaje dyrektorem do spraw rozwoju w miejscowym college’u, a cztery lata później uzyskuje wymarzoną posadę wykładowcy historii na tejże uczelni. Niemal równocześnie umiera jego żona. John, w chwili rozpaczy popada w alkoholizm i wraca do palenia. Udaje mu się jednak wykaraskać z dołka psychicznego i odstawia alkohol na bok. Mijają kolejne cztery lata, jest wczesna wiosna, dzień urodzin jego dwunastoletniej córki Jennifer. W całym mieście wysiada prąd. W całym hrabstwie wysiada prąd. Prądu nie ma cała Ameryka. Co się dzieje? Jak do tego doszło? Z czym borykają się bohaterowie powieści Forstchena? Jak sobie poradzą? Kiedy i czy w ogóle wróci wszystkim znana rzeczywistość i ludzie będą mogli zapomnieć o tym co się wydarzyło? Na wszystkie te pytania znajdziecie odpowiedź podczas pasjonującej wyprawy, jaką jest lektura książki „Sekundę za późno”.
 Dziś miałam sen. W zasadzie koszmar. Wyłączono prąd i nic nie działało. Nie wiedziałam gdzie jest moja rodzina i co się z nimi dzieje, nie wiedziałam co robić, jak żyć. To był tylko sen. Zły sen. Bohaterowie powieści przeżyli go naprawdę. Choć słowo „przeżyli” jest tu zastosowane nad wyrost. Tragedia, która ich spotkała, nie mieści mi się w głowie. I choć widziałam dotychczas wiele obrazów, w większości filmów traktujących o EMP, ten jeden był najtragiczniejszy. Pokazywał najgorszy z możliwych scenariuszy. Jak dla mnie, miejscami nad wyrost. Chwilami przesadzony. Momentami nierealny. Ale to nie umniejszało jego okropności i płynącego z książki przesłania – bo nigdy nie wiadomo, co cię czeka za sekundę. Jak za chwilę będzie wyglądał twój, dotychczas poukładany i spokojny świat. Kto umrze, a kto przeżyje. Dla kogo starczy jedzenia. Kto będzie musiał uciekać. Kto przejmie władzę. Jak poradzą sobie ci, którzy tę władzę będą sprawować. Tego nie wie nikt. Teraz. Ale może już za chwile się tego dowiemy.

Wczoraj byłam u lekarza i zostawiłam na godzinę w poczekalni mojego małżonka. Gdy wyszłam zastałam go siedzącego ze wspomnianą książką w dłoniach, wpatrzonego w tekst, przewracającego strony. To niecodzienny widok. Mój mąż jest z gatunku „nie czytających”. Zawsze powtarza, że jak na papierze nie ma obrazków to dla niego nie ma w nim nic atrakcyjnego. A tu szok. Czytał. Po powrocie do domu, podczas wieczornej krzątaniny w kuchni, postanowił mnie wyręczyć, w zamian za…. Czytanie na głos. Tak. Chciał poznać ciąg dalszy tej historii. Po kilkunastu stronach poprosił bym przestała. Poinformował mnie, że zamierza przeczytać tę książkę. Do tej pory jestem w szoku. Później, wieczorem, już w łóżku, długo nie mogliśmy zasnąć, dyskutując o EMP. O detalach przedstawionych w tej powieści. O ich realności. O tym jak to wygląda faktycznie. O tym co mogłoby się stać, gdyby na nas spadła taka klęska. Pewnie stąd moje nocne sny. Ale nie żałuję tej rozmowy, nie żałuje nawet chwili poświęconej lekturze tej książki. Bo dowiedziałam się wielu nowych rzeczy. Bo być może mój mąż zacznie czytać coś innego, niż fora internetowe.

Kończąc lekturę płakałam. To nie jest bajka. W odpowiednim momencie nie przybywa rycerz w lśniącej zbroi na białym rumaku. Nie ma happy endu. Nie ma „i żyli długo i szczęśliwie”. Jest obraz tak straszny, tak drastyczny, iż wcale nie dziwię się, dlaczego Kongres Stanów Zjednoczonych rekomenduje tę książkę jako lekturę dla każdego obywatela. Myślę, że nie tylko Amerykanie powinni się z nią zapoznać. Nie tylko Amerykanie powinni wyciągnąć z niej morał. Przeczytać powinien ją każdy. I młody i starszy. I kobieta i mężczyźna. I do tego Was nakłaniam.

KSIĄŻKA OTRZYMANA OD SERWISU NAKANAPIE

33 komentarze:

  1. Jestem jej bardzo ale to bardzo ciekawa, lubię takie mocne i przerażające książki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. tym bardziej zachęcam. Warto zdecydowanie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mój klimat!
    Świetna recenzja, sis:*

    OdpowiedzUsuń
  4. twój, twój kochana. I dlatego pewnie przy następnej wizycie ci ją wcisnę :)

    OdpowiedzUsuń
  5. chylę czoła :) normalnie padam do stóp :) zapisuję się do Ciebie na tę książkę mogę być następna w kolejce po Agnieszce, normalnie mi się nie spieszy :D powaliłaś mnie tą recenzją (nie tylko tą) a nie przypuszczałabym że ci się spodoba bo przy naszym spotkaniu to troszkę na nią "marudziłaś"...

    czytający mąż jak widzę to nie codzienny widok ;) koniecznie trzeba to uwiecznić na zdjęciu i może na konkurs wysłać "tak czytam" albo coś podobnego :D

    OdpowiedzUsuń
  6. ooo dobry pomysł z tym konkursem, tyle że on dziś jakby zapał stracił... zobaczymy. A co do książki to tak jak piszę, pierwsza połowa, przede wszystkim na przydługie rozdziały irytowała mnie, ale później... szkoda gadać :) Całość ... szok

    OdpowiedzUsuń
  7. Wstrząsająca książka, ale takie też są potrzebne. Liczę, że będę miała okazję ją przeczytać. Pozdrawiam!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Chyba powinnam poczytać. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. chyba? chyba zdecydowanie :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Po takiej recenzji sięgnę z pewnością. Tylko nie w tym momencie- szykuje się trudniejsza lektura, a na taką nie mam w tej chwili ani sił ani ochoty.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  11. Na pewno znajdzie się jako tytuł do przeczytania

    OdpowiedzUsuń
  12. "To nie była łatwa lektura. Książka „Sekundę za późno” nie należy do lekkich i przyjemnych. Nie czyta się jej od tak, dla zabicia czasu. Nie sprawia, że na naszych ustach pojawia się delikatny uśmiech. Nie wywołuje przyjemnych motylków w brzuchu, ani rozmarzenia na twarzy. Ale przygwożdża. Miażdży. Ściera człowieka w pył."


    Takimi słowami rozpoczyna się najnowsze recenzja Sil - dwudziestokilkuletniej kobiety, której największym życiowem celem jest terroryzowanie: skromniej, uroczej i bardzo grzecznej bloggerki Leny.

    W swojej recenzji na temat powieści "Sekunda za późno" nienagannie opisuje ona uczucia, które towarzyszyły jej podczas zagłębiania się w lekturze. Dzięki niej czytelnicy dowiadują się wielu istotnych informacji na temat dzieła Williama R. Frostchena i co za tym idzie nie wyobrażają sobie dalszego życia bez niej ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. o boziu... poraziłaś mnie Lena. Leże pod kanapą i kwiczę. Serio pisałaś w tym Word Padzie recenzje :) hehe troszkę mi lepiej. Poprawiłaś mi humor po przegranym konkursie :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Tak na poważnie, to pisałam w OpenOffice - WordPada już dawno przestałam używać z przyczyn wyższych ;))

    A jeśli chodzi o recenzje to z pewnością wyszłabym dużo lepsza, gdyby nie moje zmęczenie :P I Twój terroryzm wtórny

    OdpowiedzUsuń
  15. wybacz, więcej nie będę cię terroryzować :)

    OdpowiedzUsuń
  16. ułożyć tekst, który będzie zawierać minimum (166 znaków) na temat Twojego ulubionego miejsca na Ziemi ;) Oczywiście ja też w nim będę i różowe skarpetki Archer ;P

    OdpowiedzUsuń
  17. Było ciemno, ale nie bałam się. Błękitna poświata błyskała od monitora, delikatnie rozświetlając pomieszczenie, w którym siedziałam. Kliknęłam w ikonkę i otworzyło się okno. Mój raj na ziemi, najwspanialsze ze wspaniałych miejsc. Miejsce szczęśliwości. Gmail, na którym są wszyscy. Jest Aguś, jest Kaś, jest Mil… teraz też jest Lenka i Martuś. Czy można chcieć czegoś więcej? Niee, zdecydowanie nie To jest dokładnie to. Moje ulubione miejsce na ziemi.

    OdpowiedzUsuń
  18. masz, 300 znaków więcej niż chciałaś :D

    OdpowiedzUsuń
  19. a robisz? zjadłabym takiego biszkoptowego, z jakimiś owocami...

    OdpowiedzUsuń
  20. No niestety mam tylko tradycyjne z twarogiem ;))

    OdpowiedzUsuń
  21. w sumie, lepszy rydz niż nic :)

    OdpowiedzUsuń
  22. i jeszcze będzie wybrzydzać

    OdpowiedzUsuń
  23. nie wybrzydzam, nie wybrzydzam :P

    OdpowiedzUsuń
  24. Świetna recenzja!

    Co do książki to boje się, że jej nie przetrwam... Znaczy się boje się, że nie dam rady jej przeczytać...

    OdpowiedzUsuń
  25. dasz. Nie jest aż tak strasznie jakby się mogło wydawać... tylko ogół.. przytłacza... ale to dopiero po skończeniu jej człowieka dopada...

    OdpowiedzUsuń
  26. wypraszam sobie!!! nie mam żadnych różowych skarpetek :P mam czarne i białe :P i normalnie... Kocham Was Dziewczyny :D

    OdpowiedzUsuń
  27. Wow ! Tyle jestem w stanie powiedzieć, po przeczytaniu twojej, jakże rewelacyjnej recenzji :) Jak najbardziej mnie zachęciłaś, ale zaczynam się bać, że książka mnie przytłoczy, tzn. że jest dla mnie za ciężka... Sama już nie wiem, zapewne jak ujżę dzieło Frostchen'a w bibliotece to zabiorę je ze sobą do domu ;)

    OdpowiedzUsuń
  28. Recenzja super, dotrwałam do końca bez mrugnięcia okiem, a była naprawdę długa. Już wzięłam udział w konkursie na tą książkę nakanapie. Mam szczerą nadzieję, że uda mi się na nią kiedyś trafić.

    OdpowiedzUsuń