Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kwiecień 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kwiecień 2013. Pokaż wszystkie posty

1 maja 2013

Na krańcu świata („Prawo krwi” Tess Gerritsen)


wyd. Mira
rok: 2013
str. 304
Ocena: 4/6


Rodzina jest najważniejszą wartością w życiu chyba każdego człowieka. Na co dzień ludzie sobie bliscy często ze sobą walczą i różnego rodzaju sprzeczki nikogo nie dziwią. Jednak gdy dochodzi do sytuacji kryzysowych, członkowie rodziny zwykle stają za sobą murem. Nieważne są wówczas niesnaski i wszelkie waśnie. Trzeba walczyć, więc się walczy. Co jednak, gdy rodzina nie jest pełna? Gdy brakuje w niej trzonu? Męskiej ręki? Czy same kobiety są w stanie przetrwać trudne chwile? Co jest w stanie zrobić zrozpaczona córka w obliczu zbliżającej się śmierci matki? By się przekonać, koniecznie należy sięgnąć po najnowszą powieść Tess Gerritsen zatytułowaną Prawo krwi.

Przed laty, w trakcie wojny w Wietnamie, zginął ojciec Willhelminy Maitland. Tak przynajmniej niesie wieść gminna, w którą matka Willy nigdy nie uwierzyła. Jasne, zdawała sobie sprawę, że samolot jej męża został zestrzelony. Wiedziała również, że spadł na terytorium wroga i jeśli małżonek przeżył, to pewnie trafił do jednego z licznych obozów. Wierzyła jednak, że gdy wojna się skończy, jej mąż wróci. Niestety, przeliczyła się. Przetrzymywani mężczyźni zjeżdżali do kraju, ale jej ukochany nigdy nie stanął w drzwiach rodzinnego domu. Nie przesądziło to jednak, przynajmniej w jej oczach, o jego śmierci. W końcu co jakiś czas, w tajemniczych okolicznościach, na konto wpływały pieniądze, których źródła nie dało się wytropić. Z biegiem lat niewiele się zmieniło, Willy dorastała coraz bardziej nienawidząc ojca, a jej matka żyła marzeniami o jego powrocie. W dwadzieścia lat po tragicznym wypadku Willy wyrusza na wycieczkę do Wietnamu. Taki przynajmniej jest oficjalny powód jej podróży. W rzeczywistości dziewczyna wyrusza na koniec świata, by odnaleźć ojca. Jej matka jest umierająca i ostatnim jej życzeniem była próba jego odszukania. Czy Willy odnajdzie się w zupełnie nieznanym jej otoczeniu? Czy wśród milionów obcych osób znajdzie kogoś, kto wyciągnie do niej pomocną dłoń? Czy uda jej się spełnić marzenie matki i połączyć rodzinę jeszcze przed jej śmiercią? Podobnych pytań odnośnie treści powieści Prawo krwi zadać można jeszcze wiele, ale odpowiedzi na nie poznać można tylko dzięki zagłębieniu się w fabułę książki.

Bardzo lubię powieści Tess Gerritsen, ale, jak już wielokrotnie wspominałam, bardziej trafiają do mnie książki z serii o agentce FBI - Jane Rizzoli. Zawsze jednak mam nadzieję, że kolejna lektura z poza cyklu, po którą sięgnę będzie lepsza i oczaruje mnie absolutnie. Rzeczywistość jednak okazuje się... taka zwyczajna. Bo niestety, książka zazwyczaj okazuje się dobra, ale nie na tyle, by się nią zachwycać. Tak jest i w wypadku Prawa krwi. Niby powieści nic nie brakuje, niby pomysł jest fajny i wykonanie niczego sobie, ale... No właśnie, to "ale" powoduje, że książki nie mogę ocenić wyżej niż dobrze.

Autorka przedstawia nam w powieści historię dziewczyny wychowanej w przeświadczeniu, że jej ojciec żyje. Niestety takie podejście odcisnęło na Willy pewien ślad. Skoro ojciec żyje, to czemu nigdy do nich nie wrócił? Stąd już niedaleka droga do stwierdzenia, że zapewne nigdy ich nie kochał i katastrofę lotniczą uznał za wspaniały sposób na oderwanie się od męczącej go rodziny. Czy tak było rzeczywiście? Czy Willy odnajdzie ojca? Jeśli tak, to czy dowie się, dlaczego pozwolił, by wychowywała ją wyłącznie matka?

Prawo krwi to ciekawy romans sensacyjny, który czyta się błyskawicznie. Akcja goni akcję, a szalony i gorący romans kwitnie w najlepsze. Zachęcam do przeczytania.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Mira
 Baza recenzji Syndykatu ZwB

24 kwietnia 2013

Zupełnie nie tak („Szkoła żon” Magdalena Witkiewicz)

„Szkoła żon” Magdalena Witkiewicz
wyd. Filia
rok: 2013
str. 256
Ocena: 4,5/6


Zauważyliście, że ostatnio na rynku wydawniczym zaroiło się od powieści erotycznych? Gdzie człowiek nie spojrzy - tam erotyk. Seks w lesie, seks na plaży, seks w trójkącie. Młodzi, dojrzali, ludzie w starszym wieku. Piękni i... tyle. Bo w zasadzie powieści erotyczne pod tym względem nie odbiegają niczym od innych książek - pisze się o ludziach ambitnych, wykształconych, urodziwych. Niepotrzebne skreślić lub połączyć w spójną całość. Nie da się zaprzeczyć, że przyjemnie się czyta o atrakcyjnych ludziach. Jakoś tak od razu człowiek czuje się bliższy ideału. W myślach widzi siebie oczami bohatera. Jest taki jak on/ona. Rzeczywistość jednak jest zwykle zgoła inna. Tu i tam widać jakiś pryszcz. Zęby poprzecinane są plombami. Brzuch składa się z trzech oponek, a uda już dawno przestały mieścić się w standardowe spodnie. O tym jednak zwykle nie przeczytamy w żadnej powieści, tym bardziej erotycznej... Tak przynajmniej mi się wydaje. A może się mylę? Może jednak ktoś postanowił do bardzo trendy tematu, dodać bardzo nie trendy bohatera? Przekonajmy się.

Julia Michalska jest piękną kobietą robiącą karierę w dużej korporacji. Dotychczas była żoną Karola, z którym związek wszyscy jej odradzali. I chyba całkiem słusznie, bo nie tylko nie miała o czym z nim rozmawiać, ale i okazał się być zupełną szumowiną zdradzając ją dość tandetnie ze swoją sekretarką. Dlatego też od teraz Julia może o nim mówić "eks mąż". Nie obawia się jednak o swoją przyszłość. Mąż zostawił jej mieszkanie w centrum Warszawy, a faceci żarłocznie się za nią oglądają. Gdyby nie to, że postanowiła odpocząć odrobinę od płci przeciwnej, nie mogłaby narzekać na powodzenie. Jeszcze zdąży nacieszyć się smakami życia - jest atrakcyjna, ma smukłą talię, a pokaźnego, sterczącego i jędrnego biustu nie powstydziłaby się największa seksbomba. Do tego jest inteligentna, wygadana i przyjacielska. Po prostu ideał kobiety. Niespodziewanie dla niej samej, podczas "opijania" rozwodu, wygrywa trzytygodniowy pobyt w SPA na Mazurach. Zapowiada się więc prawdziwa sielanka. Julia co prawda planowała w wakacje skorzystać z jakiejś oferty last minute i pojechać na Wyspy Kanaryjskie, ale... darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, prawda? I choć początkowo, zaraz po przeczytaniu ulotki i odkryciu, że luksusowe SPA to tak naprawdę "szkoła dla perfekcyjnych żon", waha się, to w końcu podejmuje męską decyzję i zgodnie z zaleceniami pakuje do niewielkiej walizki tylko jedną zmianę bielizny. I niewiele więcej... Czemu? Co czeka Julię Michalską w tym przedziwnym miejscu? Czy zgodnie z obietnicą właścicielki tego przybytku, życie kobiety się odmieni? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po najnowszą powieść Magdaleny Witkiewicz, zatytułowaną "Szkoła żon".

Julia to oczywiście nie jedyna bohaterka, którą autorka postanowiła przedstawić czytelnikowi. W powieści spotkamy więc i Michalinę, młodziutką dziewczynę, która dla mężczyzny, widzącego jedynie czubek swojego nosa, odwróciła się od rodziny; Jadwigę vel Jagodę, nauczycielkę po pięćdziesiątce, którą notoryczne zdradza mąż; Martę, szczęśliwą mężatkę, która nie poradziła sobie z powrotem do formy po dwóch ciążach oraz Annę, prychającą na wszystkich i bardzo wścibską feministkę. Każda z kobiet ma swoje własne problemy, każda przyjeżdża do Szkoły żon z bagażem własnych doświadczeń. Mają swoje plany, swoje cele, teoretycznie wiedzą co powinna dać im ta nietypowa placówka. Same jednak nie zdają sobie sprawy, gdzie trafiły i jak bardzo zmieni się ich życie po tych trzech wyjątkowych, i nie ma co ukrywać, bardzo drogich tygodniach.

Mamy więc kilka bohaterek, niby zupełnie innych, ale w zasadzie bardzo do siebie podobnych. Młode i starsze, szczupłe i pulchne, brunetki i blondynki. Każda w głębi duszy pragnie miłości i oczywiście każda na nią zasługuje. Tylko w różny sposób o nią zabiegają, więc ich poczynania nie zawsze przynoszą pożądany skutek. Szkoła żon ma na celu jedno - uświadomienie im, że to od ich szczęścia zależy szczęście ich bliskich - ich mężczyzn. 

Mam mieszane uczucia odnośnie tej książki. Z jednej strony uważam, że był to bardzo dobry erotyk. Ani zbyt wulgarny, ani zbyt potulny. Dość stonowany, ale i pikantny. Można by rzec, że odpowiednio wyważony. Z drugiej strony mamy historię kobiet, które postanawiają spędzić wspólnie trzy tygodnie swojego życia i nauczyć się kilku nowych rzeczy. I właśnie z tymi ich historiami mam pewien problem. Z założenia miały być one autentyczne, miały sprawić, że czytelnik popatrzy na tę książkę jak na coś więcej niż na zwykły erotyk. Według mnie udało się to pani Magdalenie Witkiewicz, ale nie do końca. Dzięki postaciom Jadwigi i Marty przekonałam się, że można znaleźć czasem powieść, w której pisze się o ludziach mniej doskonałych. Niestety ani Jadwiga, ani Marta nie były głównymi bohaterkami powieści. Ich wątki co prawda zostały opisane w Szkole żon, ale nie tak szczegółowo jak historie Julii czy Michaliny, czyli tych kobiet, które zaliczyć można do młodych i pięknych. Zarówno Jadwiga jak i Marta nie zastały również obsadzone w roli "szalejących na wyjeździe kobiet". O wszystkich ich nietypowych poczynaniach dowiadujemy się jedynie z półsłówek. Niestety niezupełnie tego się spodziewałam.

Nie chcę, byście pomyśleli, że mam wobec Szkoły żon jakieś wielkie zarzuty, bo ich nie mam. Jednak spodziewałam się po tej powieści czegoś więcej. Liczyłam, że będzie bardziej prawdziwa, tak jak Opowieść niewiernej, która wywarła na mnie wielkie wrażenie. Niestety odrobinę się przeliczyłam. Książka jest dobrą powieścią obyczajową i fajnym erotykiem i jako taką Wam ją polecam.

 Za książkę dziękuję Autorce :)

22 kwietnia 2013

Piękne i bestie („Motocykle 100 najwspanialszych modeli w historii”)


wyd. Buchmann
rok: 2012
str. 192
Ocena: 4/6


Spalinowe pojazdy dwukołowe dalej zwane motocyklami, zazwyczaj budzą bardzo silne i skrajne emocje. Jedni je kochają i wielbią każdy kawałek asfaltu, po którym one przejechały i każdą śrubkę czy też łyżkę, znaczy się widelec. Inni natomiast najchętniej by ich zakazali, okraszając swoje żądania bardzo fascynującą i pełną emocji wiązanką słów powszechnie uznawanych za niecenzuralne. Natomiast ja, jako meloman i miłośnik techniki i wszelkiego rodzaju dzieł ludzkich rąk, lubię sobie na nie popatrzeć, ale broń boże używać – coś jak stary mężuś na plaży. Wracając do motorynek, niejednokrotnie przechodziły mnie dreszcze na dźwięk silnika ścigacza i dostojnie sunącego „czopera”. Właśnie dla takich ludzi jak ja, co mają o motorach mgliste pojęcie, powstała książka „Motocykle 100 najwspanialszych modeli w historii”, wydana przez wydawnictwo Buchmann. Prawie 200 stron w twardej oprawie wypełnione po brzegi ilustracjami. Książka, a raczej album, przedstawia 10 najlepszych motocykli w 10 kategoriach, takich jak na przykład motocykle filmowe, najszybsze czy też najczęściej nagradzane. Znajdziemy tu opisy jednośladów współczesnych jak i przedwojennych znanych producentów takich jak BMW, Suzuki czy Harley Davidson oraz takich, o których nawet nie słyszałem jak Ariel czy też Bultaco.

Liczne zdjęcia i przedruki zostały ładnie skomponowane przez autorów i prezentują one każdy opisany motocykl, przez co pozostało bardzo niewiele miejsca na słowa. Zaledwie kilka akapitów o każdym modelu zawiera informacje o historii powstania maszyny, o śmiałkach którzy przyłożyli rękę do projektowania lub ujeżdżania bestii, a także o ich życiu na rynku. Mało tego, znajdziemy tu ciekawostki związane z legendą jednośladu. Dodatkowo jest krótka metryczka z najważniejszymi informacjami technicznymi. Zawsze kilka słów (dosłownie) autorzy poświęcają tematyce rozdziału. Pomimo tego, że jak już wspomniałem, książka jest dla laików, to czasami trafiają się bardzo techniczne opisy zrozumiałe tylko dla zjadaczy cylindrów popijających je olejem silnikowym. Ot, uścisk dłoni kierownika stoiska z czosnkiem na pobliskim targu, dla tego kto wyjaśni mi to:

zawory w głowicy są sterowane krzywkami wałka, napędzanego sztywnym korbowodem, mocowanym mimośrodowo”.

Chyba pokrótce udało mi się pokazać, czym jest ta książka, a przepraszam - album. Profesjonaliści mogą potraktować tę pozycję jako ciekawostkę z fajnymi zdjęciami, która rozszerzy ich kolekcję na półkach. Ta publikacja pozwoli początkującym fascynatom uzyskać interesujące i przydatne informacje o wszelkiej maści motocyklach. Dobrze, już poleciłem książkę laikom, a teraz wracam do nagranego całego sezonu Amerykańskiego Choppera i przygód Seniora, bo profesjonalizm sam z siebie nie przyjdzie – trzeba się poświęcić.

Artur Borowski

Za książkę dziękujemy wydawnictwu Buchmann i grupie wydawniczej Foksal

18 kwietnia 2013

To już jest koniec... albo nie? („Plan: żyć długo i szczęśliwie. Jak ratowałam swój związek, gdy skończyła się bajka” Alisa Bowman)


wyd. Znak
rok: 2013
str. 302
Ocena: 5,5/6


 Przyznam szczerze, że... absolutnie nie podchodziłam do tej książki sceptycznie. Nie podchodziłam do niej również entuzjastycznie. Po prostu chciałam ją przeczytać i samą lekturę postanowiłam potraktować jako dobrą metodę na ewentualne przyszłe problemy... Nie, to niezupełnie tak. Jeśli mam być zupełnie szczera, muszę przyznać, że chciałam się dowiedzieć, co jest w środku Planu: żyć długo i szczęśliwie. Chciałam się dowiedzieć, czy przez przypadek to, co obecnie obserwuje w moim małżeństwie, nie jest tym, co świadczy o jego ewidentnym zakończeniu. Bo może tylko się łudzę? Może jest bardzo źle? Musiałam to wiedzieć. Dlatego też nie zwlekałam zbytnio i wkrótce po otrzymaniu mojego egzemplarza zabrałam się za lekturę... i połknęłam ją ekspresowo. A czego się dowiedziałam? Jeśli chcecie się o tym przekonać, zapraszam do zapoznania się z poniższą opinią.

Alisa Bowman wiele zaryzykowała w swoim życiu. Najpierw związała się z mężczyzną, dla którego najważniejszą wartością było rozpoczęcie życie seksualne po ślubie. Może więc lepiej, że Tood mieszkał daleko od niej, w związku z czym widywali się raz, no może dwa razy do roku? Niestety taki "styl życia" nie ułatwiał rozstania. Bo jak podjąć tak ważną decyzję, gdy tej drugiej osoby nie ma przy tobie? Przecież może jednak się kochacie, tylko nie macie kiedy sobie tego okazywać? Może? Nie, jednak nie. Później Alisa uwikłała się w przeciwną historię ze Stevem, swoim, kilkanaście lat od niej starszym, instruktorem tae-kwon-do. Seks z nim był nie do przebicia, ale... no właśnie. Steve traktował ich spotkania tylko jak krótkie sesje erotyczne. Przyjść, zaliczyć, wyjść. Trwały związek nie wchodził w rachubę, mimo to Alisa zdążyła się w nim zakochać. Chyba przede wszystkim z tego powodu zdecydowała się na zmianę pracy, przeprowadzkę i ostateczny odwyk od mężczyzn. Jak się można domyśleć, niezupełnie jej się udało zapomnieć o uroczym instruktorze. Bardzo się jednak starała. Trudno nawet stwierdzić jak doszło do tego, że poznała Marka. Jeszcze trudniej pojąć, jak doszło do tego, że przez bardzo długi czas go zwodziła i nie chciała umówić się na randkę. Tym bardziej niezrozumiałe jest to, że w końcu uległa i zaczęła się do niego zbliżać. Jednak i ten etap trwał w ich wypadku wyjątkowo długo. Alisa postanowiła żyć w zgodzie ze swoim niedawnym postanowieniem i zdecydowała, że prześpi się z Markiem dopiero wtedy, gdy uzna, że są dla siebie stworzeni. Jak się można domyśleć to upewnianie się trwało długie miesiące. Przyszedł jednak taki dzień, gdy zrozumiała, że go kocha i postanowiła się mu oddać. Potem zaczęła się bajka. Wielka miłość, wspólne mieszkanie, w końcu ślub. Jak więc doszło do tego, że Alisa musiała ratować swoje małżeństwo? Jak mogła zakopać się tak głęboko w toksyczny związek, że jej jedynym pragnieniem była rychła śmierć męża? Jeden, dwa, trzydzieści razy na dobę (nie żeby liczyła :)) wyobrażała sobie, jak któryś z przyjaciół Marka informuje ją o tragicznej śmierci jej małżonka. Oczywiście popadała w żałobę, ale była silna. Organizowała pogrzeb i stypę. Pisała mowę pożegnalną... albo nie, prosiła przyjaciół by powiedzieli kilka słów na temat Marka. W ten sposób nikt nie zauważy, że ona się tak naprawdę cieszy. A ich wspólne dziecko będzie miało cudowną pamiątkę po ojcu. Oczywiście Alisa nie miała co liczyć na to, że jej mąż wkrótce zejdzie z tego świata, w końcu był okazem zdrowia. Coraz częściej więc towarzyszyła jej upokarzająca myśl o rozwodzie. W końcu zdecydowała się i w chwili słabości wyznała przyjaciółce, że to już koniec i że składa papiery rozwodowe. Ta przyklasnęła jej decyzji, ale zapytała "Czy zrobiłaś absolutnie wszystko, by uratować swoje małżeństwo?". Po głębszej analizie kobieta doszła do wniosku, że nie i że czas spróbować jeszcze raz. Czy jej się to uda? Jakie metody zastosuje? Jak na "ratowanie małżeństwa" zareaguje jej małżonek? Czy Mark będzie skory do pomocy? By się tego dowiedzieć koniecznie należy przeczytać Plan: żyć długo i szczęśliwie.

Zupełnie nie spodziewałam się tego, co otrzymałam od tej pozycji i samej autorki. Spodziewałam się prostych zdań, klarownych rad i konstrukcji poradnika. Plan... to tak naprawdę doskonały romantyczny komediodramat. Dialogi są przednie, a sama akcja wciąga od pierwszych napisanych przez autorkę zdań. Niejednokrotnie płakałam ze śmiechu. Kilka razy płakałam z rozpaczy. Denerwowałam się, irytowałam i rwałam włosy z głowy, zastanawiając się, jak mogło dojść do takiej, a nie innej sytuacji. Wiele z pytań, które Alisa zadawała Markowi, przytaczałam własnemu małżonkowi. Czytałam mu zdania, akapity, a czasem nawet całe stronice. Tak dobra była ta książka. Myślę, że ma ona na celu rzeczywiście pomóc parom, którym blisko do rozstania. Teraz jednak wiem jedno. Nie należę do jednej z tych par, ale mój związek może kiedyś znaleźć się w niebezpieczeństwie. Wtedy jednak wrócę do Planu... i go zrealizuję. Bo myślę, że zadziała. Do lektury zachęcam z całego serca. Myślę, że to dobra książka i to nie tylko dla tych, którzy borykają się ze strachem o przyszłość swojej rodziny. Polecam.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak

16 kwietnia 2013

Wiem, co cię przeraża... („Egzekutor” Chris Carter)


wyd. Sonia Draga
rok: 2013
str. 424
Ocena: 4,5/6


Z każdą kolejną, przeczytaną przeze mnie książką z serii kryminał, którą znaleźć można w ofercie wydawnictwa Sonia Draga, coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że warto po nie sięgać. Jeszcze ani razu się nie zawiodłam, wręcz przeciwnie, zawsze jest równie dobrze lub jeszcze lepiej niż wcześniej. Nie mogę się wprost doczekać, aż ponownie dane mi będzie sięgnięcie po coś z tego cyklu. Póki co jestem po lekturze Egzekutora autorstwa Chrisa Cartera i powiedzieć mogę jedno, to zdecydowanie mocna, przerażająca i... szalona powieść.

To miała być kolejna nudna zmiana w karierze detektywa Roberta Huntera. W końcu ilu może być, nawet w tak ogromnym mieście jak Los Angeles, seryjnych morderców i psychopatów? Chyba nie tylu, by codziennie zaprzątać głowę policjantom pracującym w mieście aniołów, prawda? A jednak jakiś się znalazł i postanowił zburzyć przedświąteczny nastrój, który zapanował w całym mieście. Bladym świtem, w kościele pod wezwaniem Siedmiorga Świętych zapanowało niespodziewane poruszenie. Zamiast codziennej, porannej mszy odbyło się zupełnie inne zgromadzenie. Zjechali się dziennikarze, przybyła policja, zjawili się i technicy laboratoryjni. A całe to przedstawienie po to, by podziwiać dzieło pewnego szaleńca, zapewne czciciela szatana. Niewielu wytrzymało wewnątrz świątyni więcej niż kilka sekund. Zdecydowana większość, wnet po przejściu progu kaplicy, rzucała się na zewnątrz, by zwrócić niedawno spożyte śniadanie. Ale nie detektyw Hunter, co to, to nie. Choć niewiele brakowało, bo przy samym ołtarzu zobaczył to, co przeraziło i zniesmaczyło wszystkich wcześniej tam obecnych. Mnóstwo krwi, z pozoru nielogicznie rozchlapanej, przewrócony kielich, z którego ewidentnie pito i ciało, któremu odcięto głowę i zastąpiono ją łbem psa. Ofiarą okazał się ceniony i poważany ksiądz, którego otoczenie wprost uwielbiało. Trudno więc było komukolwiek zrozumieć, co też ten biedny człowiek musiał komuś uczynić, że zasłużył na tak nieludzką śmierć. Do sprawy, jak się można domyślić, przydzielony zostaje niezawodny detektyw, a do tego doskonały psycholog, wspomniany wcześniej Robert Hunter oraz jego wierny kompan i partner - Carlos Garcia. Mężczyźni natychmiast dochodzą do wniosku, że mają do czynienia z jakimś nieznanym im rytuałem i zapewne czeka ich w najbliższym czasie seria podobnych morderstw. O ile oczywiście, nie zdążą złapać na czas mordercy. Nikt jednak nie przypuszcza, jak bardzo od tego potencjalnie pierwszego bestialskiego ataku może różnić się kolejny. Czy mężczyźni poradzą sobie z powierzoną im sprawą? Czy morderca zaatakuje po raz kolejny? Jeśli tak, to gdzie i w jaki sposób? By się tego wszystkiego dowiedzieć koniecznie trzeba sięgnąć po zdumiewającą powieść, jaką jest Egzekutor.

Jeśli mam być szczera, zupełnie nie spodziewałam się takiego obrotu spraw, jakie przedstawił w książce jej autor. Każda kolejna zbrodnia, którą opisał na kartach Egzekutora, była potworniejsza od poprzedniej i to nie tylko ze względu na sposób jej wykonania, ale przede wszystkim pobudki, którymi kierował się morderca. Strach, najgłębsze i najbardziej skrywane bolączki, zapomniane koszmary... to one były podstawą do działania psychopaty.

Każda kolejna strona przynosi czytelnikowi coraz to nowe informacje, ale i dodatkowo gmatwa to, czego dowiedziano się już wcześniej. Co łączy ofiary? Jak morderca poznał ich najbardziej skrywane sekrety? Czy kiedyś ma zamiar zakończyć tę szaloną wyliczankę, jeśli tak, to kiedy i w jaki sposób? Czy autor przejdzie od słów do gestów i zaprezentuje czytelnikowi, w całej krasie, tego brutalnego mordercę? Jeśli tak, to czy czytelnika zdziwi jego osoba? Tego niestety dowiedzieć należy się już osobiście, najlepiej poprzez zaznajomienie z powieścią.

Podczas lektury towarzyszyła mi niepokojąca myśl, że książka jest za dobra i że autor może w końcu stracić rezon, z jaką zabrał się do jej pisania. I niestety wiele się nie pomyliłam. Jak dla mnie sama końcówka była zbyt niezwykła, a nawet cukierkowa. Szybki, zbyt szybki finisz. Z jednej strony zupełne zaskoczenie na myśl o tym, kim jest morderca, z drugiej zaś fakt, że zakończenie można było napisać znacznie lepiej. Nie mnie jednak oceniać, czy zakończenie samo w sobie jest słabe. Według mnie po prostu nie dorównuje pozostałej części Egzekutora. Jedno jest pewne, książka jest przerażająca i może doprowadzić czytelnika do "niewielkiej" paranoi. Po przeczytaniu większej jej części, nie mogłam w nocy zasnąć. Każda próba kończyła się na widoku rzeki krwi, albo przerażających mnie pająków. Jak widać, siła sugestii Chrisa Cartera jest zdumiewająca. Powieść polecam z całego serca każdemu pasjonatowi dobrych thrillerów. Zdecydowanie warto poświęcić jej czas.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Sonia Draga :)
 Baza recenzji Syndykatu ZwB

10 kwietnia 2013

We dwie („Intruz” Stephanie Meyer)


wyd. Dolnośląskie
rok: 2008
str. 560
Ocena: 4/6


Choć sobie wielokrotnie obiecywałam nie chodzić do kina na ekranizacje książek, ostatnio uczyniłam to po raz kolejny. Tym razem wybrałam się na Intruza, choć wcześniej nie przeczytałam powieści. Oczywiście miałam taki plan, jednak nie zdążyła ona dotrzeć do mnie na tyle wcześnie, bym ją mogła poczytać przed filmem. Szczególnie, że udało mi się wybrać na pokaz przedpremierowy. Niestety, ekranizacja nie powaliła mnie na kolana. Nie powiem, ogólnie cała historia dość ciekawa, wciągająca, ale bez efektu "wow", bez ochów i achów, a przede wszystkim - miejscami bez logiki. Nie tylko ja, wychodząc z kina, zastanawiałam się "jak do tego wszystkiego doszło?", "jak kolonizatorom udało się pokonać ludzi?" i "jak pierwszy intruz przejął władzę nad człowiekiem?". Ludzie mówili o tym głośno, komentowali i kręcili głowami, bo najzwyczajniej w świecie nie rozumieli. Jakiej wersji wydarzeń bym sobie w wyobraźni nie przedstawiała, była ona nielogiczna i śmieszna. Nic do siebie nie pasowało. W końcu przestałam się dziwić, że odpowiedzi nie zawarto w filmie... jaka by ona nie była, musiała być niewyobrażalnie wręcz szalona... albo głupia. Nie chciałam więcej o tym myśleć, ale jakoś nie potrafiłam przestać. W końcu zapytałam samą siebie: "co mam do stracenia?", i stwierdziłam, że co najwyżej odrobinę czasu, sięgnęłam więc po Intruza i rozpoczęłam lekturę.

Melanie Stryder jest jedną z ostatnich, o ile nie faktycznie ostatnią, kobietą na ziemskim globie. Niestety nie na długo. Wkrótce po przybyciu do Chicago zostaje odkryta przez Łowców i schwytana. Oczywiście nie obywa się bez ucieczki i poświęcenia wszystkiego, czyli własnego życia. Niestety Uzdrowicielom udaje się ją odratować i wszczepić w nią Duszę. Tak oto zaczyna się kolejne życie Wagabundy, jednej z najstarszych i najwytrwalszych Dusz we Wszechświecie. Osiem poprzednich planet i żywiciele, w których ciałach żyła, ją zachwycali. Zawsze jednak przychodził taki czas, w którym zaczynała się... nudzić. Nie należała jednak do tych, którzy porzucają ciała, w które wstępują. Co to, to nie. Dlatego zawsze czekała tak długo, jak to było konieczne. Odchodziła dopiero w ostateczności. Gdy dowiedziała się, że kolejnym przystankiem w jej niemal tysiącletnim życiu będzie Ziemia, miała tylko jedną prośbę - chciała trafić do dorosłego żywiciela. Tylko w ten sposób mogła utrzymać wszystkie wspomnienia oraz doświadczenia zdobyte w poprzednich życiach i wykorzystać je podczas nowej egzystencji. Nie wiedziała jednak, że przydzielone jej ciało należało do pojmanej rebeliantki, która tuż przed złapaniem próbowała się zabić. Tak więc pierwszym szokiem, na który zostaje narażona jest wspomnienie skoku, który miał zakończyć życie jej żywiciela. A później... później jest tylko gorzej, bo przydzielona jej Łowczyni zmusza ją do wydobycia z ciała, w którym przebywa, wszystkich znanych mu informacji na temat rebeliantów. Niby nic trudnego, teoretycznie Wagabunda musi jedynie zajrzeć w głąb siebie samej, jednak okazuje się, że... nie jest sama. Melanie, bo o niej mowa, wciąż zamieszkuje swoje ciało i wcale nie ma zamiaru go opuszczać. Tym bardziej nie ma w planach ujawniać intruzowi informacji o bliskich jej ludziach. Prawdziwych ludziach. Jak zakończy się ta wewnętrzna walka? Czy Wagabundzie uda się pozyskać potrzebne jej informacje? Czy Melanie w końcu się podda? Gdzie czytelnika doprowadzi zdumiewająca relacja intruza i jego żywiciela? Czy czytelnik dowie się, jak doszło do pierwszego przejęcia żywiciela? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy sięgnąć po tę książkę lub udać się do kina.

Od kilku miesięcy z wszystkich stron atakował mnie Intruz. W mediach roiło się od zapowiedzi tego filmu, wydawca zapowiadał wznowienie powieści, w radio puszczano muzykę, promującą przyszły kasowy hit. W końcu do kin miała trafić kolejna ekranizacja powieści znakomitej autorki - Stephanie Meyer. Tylko... czy ona faktycznie jest taką fantastyczną autorką? Pamiętam, że po Zmierzchu (nomen omen filmie, bo po książkę sięgnęłam pod jego wpływem) byłam zachwycona. Pamiętam również, że każda kolejna cześć (tak filmu jak i bestsellerowej sagi) coraz bardziej mnie rozczarowywała. Dlatego zapewne tak długo nie po drodze mi było z innymi dziełami Meyer. Do Intruza przekonała mnie reklama oraz znakomita muzyka. Nie mogłam się więc doczekać premiery. Po niej jednak przyszło rozczarowanie. Spokojnie mogłam poczekać do wydania filmu na DVD. Nic mnie w nim nie zszokowało, nic nie spowodowało, że chciałam więcej, nic nie trzymało mnie w stanie ciągłego pobudzenia. Od tak, po prostu kolejny zwykły film. Pisałam zresztą o tym już we wstępie. Pomyślałam jednak, że książka da mi coś więcej. Że znajdę w niej tego kopa, którego zabrakło ekranizacji. Niestety, nie znalazłam.

Ponad pięćsetstronicowa powieść jest zdecydowanie zbyt opisowa. Oczywiście rozumiem naturę niezwykłego związku dwóch głównych bohaterek i fakt, że autorka musiała tę relację przedstawić jak najobszerniej. Ten zabieg jednak lepiej udał się reżyserowi niż Stephanie Meyer. Autorka weszła to tak głęboko, że przez zdecydowaną większość powieści czytelnik nawet nie zauważa, że w jednym ciele żyją dwie dusze. W sumie w ogóle trudno to zauważyć. Akcja rozwija się mozolnie, miejscami trudno stwierdzić, czy w ogóle posuwa się do przodu. Każdą stronę czyta się powoli, a poszczególne rozdziały męczą na tyle szybko, że już po kilku odkłada się książkę na bok, by odpocząć. Ogólnie Intruz to ciekawa ale nie zachwycająca powieść, na której przeczytanie trzeba poświęcić sporo czasu.

Za książkę dziękuję grupie wydawniczej Publicat