wyd. Świat Książki
rok: 2012
str. 478
Ocena: 4,5/6
Nie da się ukryć, że najnowsza powieść Paulliny Simons „chwilkę”
przeleżała w mojej biblioteczce. Zdecydowanie odczekała swoje, a jak to bywa z
odkładanymi na później powieściami – z czasem ich siła przyciągania słabnie. O
danej książce myśli się coraz rzadziej, lista lektur rozrasta się w
zastraszającym tempie, a do tego w pewnym momencie zauważamy, że minęła nam
ochota na dany typ powieści. I ten ostatni, niewątpliwy i niezaprzeczalny fakt,
jest najgorszy. Bo jak przeczytać coś, co najzwyczajniej w świecie człowieka
nie pociąga? Zdecydowanie nie jest to zadanie łatwe. Zwykle, na szczęście, już
po kilku przeczytanych zdaniach chęć do czytania powraca, powieść wciąga i od
razu wiemy, dlaczego jakiś czas wcześniej zdecydowaliśmy się na tę pozycję. „Zwykle”
nie oznacza jednak „zawsze”. Jak było w moim przypadku? By się tego dowiedzieć
koniecznie musicie przeczytać poniższą recenzję.
Lily, a w zasadzie Liliane Quinn, przez bliskich zwana Liliput ma przed
sobą całe życie. Dopiero co wkroczyła w dorosłość, która już zdążyła ją
przytłoczyć. Za kilka tygodni kończy naukę a rodzice od wielu miesięcy
powtarzają, że jeszcze chwila i przestaną płacić czynsz za wynajem jej
mieszkania. Na szczęście kolejne czeki spływają regularnie. Wiosną 1999 roku ma
miejsce sytuacja, z którą Lily trudno się pogodzić – opuszcza ją chłopak
Joshua, który nomen omen dotychczas płacił wraz z nią część opłaty za lokum.
Dziewczyna musi więc poradzić sobie nie tylko z rodziną, która uważa ją za
nieroba, ale i z widmem zaharowywania się w okolicznych restauracjach
umożliwiających jej dorobienie do czynszu. Wizja głodu bynajmniej jej nie
przeraża, teraz przynajmniej nie będzie musiała dzielić i tak skromnego posiłku
między siebie i chłopaka. Jest to więc jakieś pocieszenie, choć trzeba
przyznać, że niewielkie. Wraz z odejściem Johsuy, Lily uświadamia sobie, jak
bardzo samotna jest i jak strasznie uzależniła się od chłopaka. Codziennie
modli się, by ten zmienił zdanie i do niej wrócił, zdaje sobie jednak sprawę,
że to mało prawdopodobny scenariusz wydarzeń. Tuż przed rozdaniem dyplomów,
które miało zakończyć edukację dziewczyny, ta zostaje poproszona przez liczne
rodzeństwo, by pojechała na Maui odwiedzić matkę. Wszyscy niezmiernie się o nią
martwią. Odkąd wraz z ojcem, emerytowanym dziennikarzem, przeprowadziła się w
ten malowniczy zakątek świata, nie układa się im najlepiej. George nie potrafi
odnaleźć się w nowej sytuacji, a i Allison nie radzi sobie najlepiej. Ich
prywatna Itaka stała się dla obojga najgorszym rodzajem piekła. On męczy się
nie mogąc robić tego, na co tak naprawdę ma ochotę, ona przeżywa katusze
samotności związanej z oderwaniem od bliskich. Lily, choć nie ma na to za dużej
ochoty, w połowie maja pakuje bagaż i wyrusza do rodziców, a w zasadzie do
matki, bo ojciec postanawia w tym czasie odwiedzić swojego syna, kongresmena
Andrew Quinna. Na Maui wychodzi na jaw kilka faktów z bieżącego życia Lilu,
które zupełnie odmieniają jej dalszą przyszłość. Przede wszystkim okazuje się,
że dziewczyna nie zaliczyła odpowiedniej ilości godzin zajęć, więc z automatu nie
weszła do grona studentów, którzy w danym roku otrzymają dyplom. Do tego
okazuje się, że spotkanie z matką, jak się można było spodziewać, przynosi
więcej szkód niż pożytku. Ich wspólne relacje z dnia na dzień stają się coraz
odleglejsze i mało przyjemne. Dlatego z ogromnym poczuciem ulgi dziewczyna
przyjmuje rozmowę z nowojorskiej policji, która informuje ją o tajemniczym
zaginięciu jej najlepszej przyjaciółki – Amy. Lily, choć tak naprawdę nie jest
to potrzebne, postanawia odciąć się od toksycznej matki i niezwłocznie wrócić
do Nowego Jorku. To właśnie w tym mieście toczy się akcja całej niemalże
powieści i to właśnie tu niestrudzeni oficerowie NYPD poświęcą wiele, by tylko
odnaleźć Amy. Czy im się to uda? Jak potoczy się akcja? Co oznaczają tajemnicze
cyfry, które Lily nieustannie powtarza w swojej głowie? Gdzie jest Amy? Jaki
związek ma jej zniknięcie z bratem Lily – Andrew? Dokąd doprowadzi czytelnika lektura
Dziewczyny na Times Square? By się tego dowiedzieć koniecznie musicie sięgnąć
po tę powieść.
Jedno jest pewne – to nie była lekka i przyjemna lektura. Książki w
żaden również sposób nie jestem stanie
zaliczyć do łatwych i czytanych w ekspresowym tempie. Nic z tych rzeczy.
Dziewczynę… czyta się powoli, wręcz w ślimaczym tempie. Każdy rozdział jest tak
naładowany emocjami i tak przeładowany informacjami, że jego zakończenie musi
zostać okupione przerwą od lektury. Jak się jednak okazuje, takie przerwy na
niewiele się zdają, bo… gdy już czytelnik pozwoli sobie na chwilę wytchnienia,
to nie może zapomnieć o tym, o czym dopiero co przeczytał. I tak oto koło się
zamyka, bo po książkę sięga się ponownie i to jak najszybciej.
Mi, jako czytelnikowi, najtrudniej było przebrnąć przez sam początek
powieści i przyznam szczerze, że niewiele brakowało, bym rzuciła książką w
ścianę i na tym zakończyła tę całą zabawę. Pierwsze strony czytało mi się
strasznie mozolnie. Nie podobało mi się to co pisze i jak pisze autorka. Nie
przypadł mi do gustu w pierwszych zdaniach poruszany temat. Delikatnie mówiąc
nie zaprzyjaźniłam się z główną bohaterką. Jednak gdy tylko siadałam i
zastanawiałam się, co powiedzieć o tej nieprzeczytanej do końca książce i jak
wyjaśnić, że nie mogę jej kontynuować, miałam pustkę w głowie. Przeczytałam
kilka recenzji, zobaczyłam same ochy i achy i zaatakowało mnie wrażenie, że zaś
nie jestem taka jak reszta. Że to co czyta ogół nie przypada mi do gustu.
Postanowiłam więc dać Dziewczynie na Times Square jeszcze jedną szansę.
Powiedziałam sobie – przeczytaj pierwsze sto stron i wówczas zdecydujesz co
dalej. I co było dalej? Dalej było kolejne, kolejne i kolejne sto stron. Bo
książka mnie wciągnęła, pochłonęła, pożarła. I choć czytało się ją małymi
kroczkami i trwało to bardzo długo, to nie mogłam sobie odpuścić i czytałam
dalej. Choć głównej bohaterce działy się z każdą stroną coraz dziwniejsze i
gorsze rzeczy, w które w normalnych warunkach po prostu bym nie uwierzyła, to…
po prostu wierzyłam. Bo całość była napisana w taki sposób, że trudno było nie
uwierzyć. Ostatnich kilka nocy z powodu Dziewczyny… zarwałam. Czytałam jeden
rozdział, odkładałam książkę, myślałam – i brałam powieść z powrotem do ręki.
Gdyby nie konieczność wyjścia rano do pracy pewnie czytałabym co noc do świtu.
A gdy zakończyłam lekturę… odetchnęłam z ulgą i jednocześnie pokręciłam głową z
niedowierzaniem - co też ludziom przychodzi do głowy?
Dziewczyna na Times Square jest jedną z najtrudniejszych powieści, jakie
miałam okazję przeczytać. Porusza wątki, o których zwykle myśli się w
kategoriach „przydarzy się innym, bo na pewno nie mi”. Walka Lily o własną
przyszłość dogłębnie wzrusza czytelnika, zachowanie jej bliskich – bulwersuje.
Całość to znakomity dramat psychologiczny z nutą, sama nie wiem, thrillera?
Książka warta przeczytania, jeśli oczywiście można jej poświęcić więcej czasu
niż normalnej lekturze. Polecam.
Za książkę dziękuję wydawnictwu Świat Książki
Baza recenzji syndykatu ZwB
