Pokazywanie postów oznaczonych etykietą październik 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą październik 2013. Pokaż wszystkie posty

25 listopada 2013

Życie w kłamstwie („Pieśń o poranku” Paullina Simons)

„Pieśń o poranku” Paullina Simons
wyd. Świat Książki
rok: 2013
str. 688
Ocena: 4/6


Nie wiem jak to jest, ale ile razy nie sięgałabym po powieści Paulliny Simons, tyle razy przechodzę bardzo długo drogę, by ją zakończyć. Rozpoczynam lekturę i... odkładam ją na półkę. Czytam kolejnych parę stron i... zaś ląduje na półce. Zaczynam inne książki, czytam coś rozluźniającego i przychodzi czas na kolejną próbę. Obiecuję sobie, że tym razem wytrwam dłużej. Nie udaje się. Ponownie przychodzi czas na odsapnięcie od danego tematu i... przychodzi czas na kolejny powrót. I tak w koło. Zawsze sobie obiecuję, że kolejnych prób nie będzie, że jak teraz się nie uda to kończę z Simons. A potem łamię obietnicę daną sobie. Stety czy niestety? Przekonajcie się sami.

Larissie Stark absolutnie nic do szczęścia nie brakuje. Ma czterdzieści lat, przystojnego, cudownego męża Jareda, trójkę pięknych dzieciaków i dom, którego można jej pozazdrościć. Oczywiście nie zawsze było tak pięknie, ale w końcu rodzinie Starków udało się odnieść sukces i rozpocząć życie w luksusie. Larissa nie musi więc podejmować się żadnych dodatkowych zadań poza tymi, które spadają na nią z racji opieki nad domem, dziećmi i małżonkiem. Nikt nie mówi, że to mało, ale niejedna kobieta do tego co wykonuje Larissa, dodać jeszcze musi ośmiogodzinny dzień pracy w jakieś korporacji. Kobieta jest więc szczęśliwa, ale... no właśnie, z tym ale jest największy problem. Bo niby ma wszystko, ale równocześnie czuje się niespełniona. Sprzątanie, gotowanie, opieka nad dziećmi, dogadzanie mężowi, sen. A później kolejny dzień i litania zaczyna się od początku. Kobieta nie potrafi dojrzeć w swoim życiu samej siebie. Tyle robi, ale nic dla siebie. Każdy się realizuje, spełnia swoje marzenia, prze do przodu, tylko nie ona. Bo Larissie wydaje się, że się cofa. Nawet książek nie czyta. Nic. Jej życie zmienia jedna wizyta w supermarkecie, podczas której wpada na niego, dwadzieścia lat młodszego mężczyznę, który mógłby być jej synem. Spotyka go i nic już nie jest takie jak dawniej. Ona nie jest taka jak dawniej. Tylko, czy warto się tak zmieniać?

Pieśń o poranku to bardzo ciekawe studium ludzkiej psychiki. Autorka prezentuje nam obraz kobiety, której życie niby jest pełne - a jednak totalnie puste. Poznajemy ją, przedstawione zostają nam jej poczynania, jej kolejne losy, jej rozterki, ale równocześnie... wcale nie dowiadujemy się, kim jest Larissa. Czy ona naprawdę istnieje? W sensie mentalnym oczywiście, a nie personalnym. Według głównej bohaterki - niestety dawno przestała być sobą. Niczym maszyna wykonuje co do niej należy i tyle. Nic poza tym.

Jak pisałam na wstępie, niełatwo czyta się tę książkę. Lektura jest niczym praca, gdy do niej siadasz - szybko zaczynasz opadać z sił, gdy odstawiasz ją na bok, czegoś ci brakuje. Myślami ciągle wraca się do Pieśni... Niczym rzep przyczepia się do człowieka i nie chce dać spokoju. Trzeba przeczytać ją od początku do końca, nieważne jaki wysiłek będzie temu trzeba poświęcić. Mnie ta pozycja niezmiernie wymęczyła, ale równocześnie wzbogaciła. Pozwoliła dokonać pewnego rodzaju przewalutowania wartości, odpowiedniego poukładania priorytetów, analizy własnego zachowania. Teraz wiem, że nie wszystko jest takie, jakim być powinno, ale równocześnie mam szansę uniknąć pewnych błędów.


Pieśń o poranku polecam, ale z pewną nutą rezerwy. Warto się z nią zapoznać, ale zdecydowanie nie na siłę. Żeby być zadowolonym z lektury trzeba świadomie poświęcić jej sporo czasu.

22 listopada 2013

Czym skorupka... („Ścigana” Tess Gerritsen)

„Ścigana” Tess Gerritsen
wyd. Mira
rok: 2013
str. 288
Ocena: 4/6


Dreszczyk emocji. Poszukiwanie winnego. Pościg. Wymierzanie kary. Oczyszczanie swojego imienia. No i oczywiście nieodłączny romans. Te składniki niezmiennie, albo przynajmniej z niewielkim odchyleniem, występują w powieściach Tess Gerritsen w serii Thriller/Sensacja/Kryminał promowanej przez Mirę. I to właśnie w jej książkach lubię. Wiem, że się nie zawiodę. Wiem, że dadzą mi chwilę oddechu, nie przemęczą umysłu i pozwolą się cieszyć dobrze skonstruowaną fabułą. Niestety, zwykle pozycje tej autorki, które trafiają do tej serii są dość wątłej objętości, a co za tym idzie, nie cieszą czytelnika zbyt długo. Jednak, jeśli nie ma się w danej chwili ochoty na dłuższą przygodę z książką, to jak najbardziej można po nie sięgnąć. Na pewno nie dozna się zawodu. Ostatnio miałam ochotę dokładnie na taki "smakołyk" - niezobowiązujący, odprężający i łatwy w odbiorze, a przy tym ciekawy i dobrze napisany. Sięgnęłam więc po Ściganą autorstwa Tess Gerritsen. Czy pozycja spełniła moje oczekiwania? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy zapoznać się z poniższym tekstem.

Clea Rice w niczym nie przypomina przeciętnej dziewczyny. Jest młoda, atrakcyjna i... dość zwinna. Za młodu odebrała dobrą szkołę życia. Wuj, prawdziwy ekspert w złodziejskim fachu, doskonale przyuczył ją do "zawodu". Włamywanie się do wszelakich miejsc to dla niej chleb powszedni. Niestety, nie zawsze udaje jej się uniknąć kary za swoje występki. Już dwa razy trafiła do aresztu, a następnie do więzienia. Teraz Clea pewna jest jednego - dłużej nie chce tak żyć. Coś się musi zmienić. Coś albo ktoś. A tym kimś jest ona. Musi zacząć podążać inną ścieżką, bo inaczej długo na wolności nie zabawi. Od teraz postanawia trzymać się więc litery prawa, niestety... długo w tym postanowieniu nie udaje jej się wytrwać. Dość niespodziewanie dla samej siebie ponownie ładuje się w kłopoty. Jest świadkiem dość niepokojących wydarzeń. W związku ze wstąpieniem na nową ścieżkę życia udaje się na policję, by o wszystkim opowiedzieć. Niestety, w związku z jej niechlubną przeszłością - nikt nie daje wiary jej słowom. Dość trudno uwolnić się od demonów przeszłości, a na zaufanie trzeba sobie zapracować. Clea nie ma więc wyjścia, musi działać na własną rękę, by oczyścić swoje imię. Tak więc całkiem nieplanowanie wplątuje się w sprawę nielegalnego, międzynarodowego handlu dziełami sztuki, co ściąga na nią lawinę kłopotów.  Zmuszona zostaje do ucieczki. To jednak na niewiele się zdaje, bo przestępcy ruszają jej śladem. W trakcie brawurowej ucieczki Clea musi się niespodziewanie zatrzymać, bo na jej drodze staje angielski arystokrata - Jordan Travistock. Od tej chwili już nic nie będzie takie jak dawniej. Akcja staje się mało przewidywalna i jeszcze bardziej porywająca.

Tak jak się spodziewałam - nie zawiodłam się. Ścigana to kolejna pasjonująca powieść, która wyszła spod pióra Tess Gerritsen. Fabuła jest porywająca i wciągająca. Książkę czyta się błyskawicznie, a towarzyszący lekturze dreszczyk emocji i ekscytacji jest niezwykle przyjemny. Do tego w tle, a często nawet na pierwszym planie, pojawia się wątek romansowy, tak przeze mnie w literaturze lubiany. Nie da się więc ukryć, że Ścigana to książka idealnie wpasowująca się we właściwy dla mnie kanon lektur. Szkoda tyko, że powieść tak szybko się kończy. Tak czy inaczej gorąco polecam.


Baza recenzji Syndykatu ZwB

13 listopada 2013

Mściciel („Ukarać zbrodnię” Erica Spindler)

„Ukarać zbrodnię” Erica Spindler
wyd. Mira
rok: 2013
str. 480
Ocena: 4/6


Nie od dziś wiadomo, że lubuję się głównie w dwóch typach powieści. I tak sięgam głównie po książki paranormalne i po thrillery/kryminały/dramaty z romansem w tle. W ten drugi nurt wprost idealnie wpasowują się pozycje wydawane przez Harlequin-Mirę w seriach Thriller czy Sensacja. Spośród ich  wyjątkowo upodobałam sobie Alex Kavę, Tess Gerritsen oraz Ericę Spindler. Ostatnio miałam okazję przeczytać kilka książek tej ostatniej autorki, a poniżej podzielę się opinią na temat jednej z nich, tj. powieść Ukarać zbrodnię.

Melanie May policjantka i samotna matka niezupełnie jest zadowolona ze swojego życia. Ewidentnie utknęła w Whistlestop, znajdującym się nieopodal Charlotte. To tu mieszka, pracuje i wychowuje czteroletniego synka - Casey'a. Nie tak miało ułożyć się jej życie. Odkąd pamięta chciała zrobić karierę i rozpocząć pracę dla FBI. Niestety, przede wszystkim z powodu jej byłego małżonka Stana, nigdy nie miała takiej możliwości. Tak więc w chwili obecnej znalazła się w życiowym ślepym zaułku. Mąż chce jej wytoczyć sprawę o odebranie praw do opieki nad synkiem, jej "kariera" opiera się na codziennym odbieraniu telefonów od uskarżających się na wszystko mieszkańców jej maleńkiego miasteczka, a do tego ma za sobą dość traumatyczne przeżycia z dzieciństwa. Nic tylko... rozpocząć nowe życie. Dość niespodziewanie ma ku temu okazję, ponieważ zginęła córka jednego z miejscowych bogaczy. W związku z tym w mieście pojawia się FBI, w tym przystojny profiler Connor Parks. Dzięki temu Melanie ma w końcu okazję wziąć udział w prawdziwym śledztwie. Niedługo po tych wydarzeniach policjantka odkrywa ze zdumieniem, że w okolicy dochodzi do niewyjaśnionych i niepowiązanych ze sobą zbrodni dokonanych najprawdopodobniej przez jedną i tę samą osobę. Czyżby miała do czynienia z seryjnym mordercą? Melanie postanawia nie zwlekać i prosi o pomoc Connora. Czy uda im się wspólnie odnaleźć mordercę? Kim on jest? Dlaczego zabija? Czyżby za jego poczynaniami stał wyższy cel? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po powieść Eriki Spindler zatytułowaną Ukarać zbrodnię. 

Poza wątkiem kryminalnym, w powieści dość obszernie rozbudowany został temat trojaczków, to znaczy głównej bohaterki, którą jest Melanie oraz jej dwóch sióstr. Autorka przedstawia czytelnikowi dramat jaki rozegrał się w dzieciństwie dziewczyn i to, jak on wpłynął na ich bieżące życie. Melanie jest stanowcza i niemal niezniszczalna. Po nieudanym małżeństwie stara się stanąć na nogi i jak najlepiej wychować synka. Ashley pracuje w firmie farmaceutycznej i choć wszystkim wydaje się, że jest twarda niczym skała, to w rzeczywistości dziewczyna nie radzi sobie ze swoją przeszłością i z samą sobą. Ostatnia z sióstr, Mia również nie ma w życiu lekko. Nie ma twardej skorupki, którą otoczyły się jej siostry. Jest nieśmiałą i niepewną żoną lekarza, który nieustannie ją zdradza, a do tego jest wobec niej brutalny.

Ukarać zbrodnię to powieść wielowątkowa. Trzymająca w napięciu niemal do ostatniej strony i zdecydowanie podnosi ciśnienie czytelnika. Jest wnikliwa i bardzo przemyślana. Zbudowana została na solidnych podstawach, autorka okopała ją wieloma wydarzeniami, tylko na pozór niepowiązanymi ze sobą w żaden sposób. Nie od dziś jednak wiadomo, że tak jak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, tak wszystkie wątki thrillera zwykle prowadzą do rozwiązania zagadki. Tak jest i w tym wypadku. Czytelnik nie od razu jest w stanie odkryć, kto stoi za przestępstwami, mającymi miejsce w okolicy już od jakiegoś czasu. Niestety Erica Spindler od początku prezentuje tylko kilka postaci, które mogą być pretendować do miana Mrocznego Anioła, czyli seryjnego mordercy. Z tego powodu dość szybko można wytypować niewielką grupę potencjalnych winnych, a ostatecznie właściwą osobę. Mimo to książkę czyta się fenomenalnie. Wciąga od pierwszych zdań i nie pozwala się oderwać aż do końca. Zdecydowanie zachęcam do jej przeczytania.

 Baza recenzji Syndykatu ZwB

30 października 2013

Roztrzaskane serca („Łatwopalni” Agnieszka Lingas-Łoniewska)

„Łatwopalni” Agnieszka Lingas-Łoniewska
wyd. Filia
rok: 2013
str. 276
Ocena: 6/6


Czy pierwsza miłość może być tą ostatnią? A może, tak jak mówi stare porzekadło, nigdy nie powinno wchodzić się dwa razy do tej samej rzeki? Tylko co nią jest? Kiedy można uznać, że coś jest już przedawnione i nie powinno się już z tego korzystać, do tego wracać? Kiedy można uznać, że do TEGO uczucia wracać się nie powinno? Czy ktoś w ogóle zna odpowiedź na to pytanie?

Jarosław Minc został totalnie poturbowany przez życie. Niestety, i to jest najbardziej tragiczne, poturbowany został na własne życzenie. Stracił wszystko co ważne, a potem zrezygnował z tego, co mu zostało, bo nie uważał, by na to zasługiwał. W końcu jest nikim. Szczęście nie jest dla niego. Porzuca wszystko nim pomyśli, że znalazł swoje miejsce na ziemi. Ucieka, ciągle ucieka. Jest niczym renegat. Gdy tylko zaczyna gdzieś czuć się za dobrze - pokuje torbę, zakłada na głowę kask orzeszek i znika. Jarek jest swoim najsroższym oprawcą. Jest swoim największym wrogiem.

Monika Rudzka dawno temu usnęła, najnormalniej w świecie przymknęła oczy i zamknęła się na świat. Od dziesięciu lat jest, ale jakby jej nie było. Z nikim się nie spotyka. Poza nauczaniem dzieci w miejscowej szkole, nie podejmuje się zbyt wielu zajęć. Od czasu do czasu spotyka się ze swoją przyjaciółką - Sil i... to tyle. No oczywiście poza okazjonalnym unikaniem byłego chłopaka, który mimo tego, że dekadę temu porzucił ją dla innej - wciąż rości sobie wobec niej pewne prawa. A Moni, cóż, nie zapomniała jak ją skrzywdził, jak wiele zmienił w jej życiu, jak bardzo namieszał jej w głowie, jak wielką dziurę po sobie zostawił w jej sercu. Przestrzeń, której nikt i nic nie mogło zastąpić. Tak przynajmniej się jej wydawało. Do czasu...

Pewnego jesiennego dnia do niewielkiego miasteczka, znajdującego się nieopodal Wałbrzycha, przyjeżdża Jarek. Jego wielka maszyna, mrucząc niczym kotka, zwraca uwagę wszystkich, których mija po drodze. To kolejny punkt na mapie jego wiecznej tułaczki. Tu fucha, tam jakaś niepowtarzalna okazja. Tu spędzi trzy tygodnie, tam zagości na miesiąc - i rusza dalej. Byle nie zostawiać po sobie żadnego śladu, nie gromadzić żadnych wspomnień, nie przypominać osoby, którą kiedyś był. Niespodziewanie, w tym zapomnianym przez Boga zakątku Polski, trafia na niesamowitą okazję. Może przez dwa tygodnie uczyć pierwszej pomocy. W miejscowej szkole. Decyzja o pozostaniu w tym miejscu radykalnie odmienia jego życie. To dzięki niej dostaje szansę, by naprowadzić swoje losy na właściwe tory, tylko... czy będzie chciał skorzystać z tej niebywałej okazji? Czy dostrzeże dar, jaki ofiarował mu świat? Czy go nie zaprzepaści? By się tego wszystkiego dowiedzieć, koniecznie należy sięgnąć po jedną z najnowszych powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej, a mianowicie po Łatwopalnych.

Książka, którą właśnie po raz drugi miałam okazję przeczytać, jest dość niezwykła. Radykalnie odbiega od ram, w które można ją wpasować na podstawie serii, w której została wydana. Seria z tulipanem, którą kilkanaście miesięcy temu zaprezentowało na rynku wydawnictwo Filia, miała gromadzić polskie powieści erotyczne. Poprzednie pozycje z tej serii śmiało można tak określić, jednak z Łatwopalnymi nie jest już tak prosto. Łatwopalni to dramat. Łatwopalni to romans. Łatwopalni to obyczaj. Ale czy erotyk? Oczywiście nie brakuje w tej powieści scen łóżkowych, jednak, jest ich stosunkowo niewiele (w porównaniu do reszty serii). Czy to źle? Nie według mnie. W opinię innych staram się nie ingerować. Dla mnie to bardzo wyważona i poważna powieść. Poruszająca tematy z gruntu trudne i raczej omijane w literaturze - przynajmniej w tej, która z definicji powinna być łatwa i przyjemna. Bohaterowie wykreowani przez autorkę są niczym prawdziwe postaci. Poruszają czytelnika do głębi i tak przeżywają swe fikcyjne życie, jak to mają w zwyczaju robić ludzie z krwi i kości. Prosto. Nieskomplikowanie. Po najmniejszej linii oporu. Tak jest oczywiście nim akcja w pełni się rozwinie, nim bohaterowie zaczną podążać zupełnie nowymi, niezbadanymi jeszcze przez nikogo ścieżkami.

Powieść wciąga, jest interesująca i porywająca, bardzo dobra i dojrzała. Przemyślana. Porusza ważne kwestie, dotyka bolesnych tematów. Potrafi wywołać burzę emocji. Lektura jednego rozdziału wywołuje uśmiech na twarzy czytelnika, lektura kolejnego równoznaczna jest z powodzią łez. Łatwopalni dają emocjonalnego kopa. Zdecydowanie warto sięgnąć po tę książkę, szczególnie, że już wiadomo, że na wiosnę spodziewać możemy się kolejnej części. 


29 października 2013

Krok po kroku („Na wysokim niebie” Danuta Awolusi)

„Na wysokim niebie” Danuta Awolusi
wyd. SOL
rok: 2013
str. 270
Ocena: 4,5/6


Jakoś tak się ostatnio mi podziało, że wszystkie przeczytane powieści nastrajają mnie bardzo refleksyjnie. Nieustannie zastanawiam się nad sensem życia, nad wydarzeniami kształtującymi ludzi, nad zachowaniem dojrzałych wydawałoby się osób. Hasła w stylu "wszystko ma swój cel" czy "zostaliśmy zdefiniowani jeszcze nim się urodziliśmy" przestają mieć znaczenie w obliczu horroru, który potrafią sobie zgotować ludzie. Niby istoty rozumne. Niby wychowane. Wykształcone. A jednak parszywe. Złe do szpiku kości. Straszne. Prawdzie przerażenie ogarnia człowieka, kiedy złe są dzieci. Jak to w ogóle ogarnąć? Jak zrozumieć? A niestety, zdarza się to coraz częściej.

Ania w zasadzie nigdy nie wiedziała, co znaczy "normalność", albo raczej znała jedynie swoją wersję standardowej rodziny. Jest tata, jest mama, są dzieci. Nikt się do nikogo nie odzywa, nikt nikim się nie zajmuje. Nie ma kasy, nie ma nowych ubrań, nie ma w czym i czym się umyć. Ogrzewanie jest, ale tak jakby go nie było. Jedzenie jest -ale takie, że mogłoby go nie być. Do tego nikogo nie interesuje, co się z tobą dzieje. Idziesz do szkoły czy nie idziesz, wracasz do domu czy wybierasz się na kilka godzin do biblioteki? Nikogo to nie interesuje. Ty nikogo nie interesujesz... Rodzice co chwilę są wzywani do szkoły, niezbyt się tym jednak przejmują. Dziecko dostaje po tyłku i na tym kończy się rozmowa. Nic, tylko uciec z takiego domu. Tylko dokąd, skoro w szkole wcale nie jest lepiej? Dzieci to chyba najgorsi kaci. Wyłapią wszystko, wyplują na "gorszego" rówieśnika cały jad, jaki w sobie noszą. Nic ich nie powstrzymuje. Nie widzą barier. W końcu - jakoś trzeba zdobyć "odpowiednią" pozycję wśród rówieśników.  A, że Ania nie ma najnowszych ciuchów, że nie ma kasy, ba, zwykle nie ma w domu ciepłej wody - więc i chęci na mycie się nie ma, to staje się idealnym kozłem ofiarnym. Popychadłem. Dzieckiem do wyśmiania. Do oskarżania. No i tak, pewnego dnia, jednemu ze szkolnych kolegów "znika" 7 złoty i rozpętuje się istne piekło. Bo podejrzenia padają na Anię, a dziewczynka nawet nie wie, jaka jest wartość kwoty, która rzekomo znikła z plecaka kolegi. Niestety, w szkole nikt nie jest jej przychylny, a nauczyciele zachowują się tak, jakby była człowiekiem gorszej kategorii. Nie ma dyskusji, nie ma śledztwa. Jest oskarżenie, znajduje się winna i zapada wyrok. Ot co, dzień jak co dzień. A to wydarzenie zupełnie zmienia Anię.

Dalej historia nie wygląda lepiej, wręcz przeciwnie. Każdy kolejny dzień spędzony przez dziewczynkę w szkole jest gorszy. Dlatego zaraz po zajęciach, dzień w dzień, Ania udaje się do biblioteki, gdzie pracuje jedyna życzliwa jej osoba - pani Sabina. To ona wyciąga do niej pomocną dłoń. To dzięki niej dziewczynka odnajduje swoje miejsce na ziemi. Choć... może ktoś jeszcze jej w tym pomoże? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy przeczytać powieść Na wysokim niebie, autorstwa Danuty Awolusi.

Po skończonej lekturze zdecydowanie czytelnik ma o czym myśleć. Zresztą i w trakcie czytania umysł nieźle musi się nagimnastykować, by zrozumieć co tak naprawdę się dzieje i co przeżywa ta mała, silna wbrew pozorom, dziewczynka. A wiele ma na głowie i czasem nie ma zupełnie pomysłu, jak poradzić sobie z natłokiem problemów.

Książka została napisana w pierwszej osobie i bardziej przypomina dziennik, czy też pamiętnik, niż typową powieść. Osobą opowiadającą historię jest oczywiście Ania, poznajemy więc tylko i wyłącznie jej punkt widzenia i jej opinię na dany temat. Historia, którą chce zaprezentować bohaterka, zaczyna się, gdy Ania jest w piątej klasie podstawówki, a kończy wiele lat później. O ile początkowe rozdziały cechują się dokładnym opisem i przedstawieniem wielu wątków i uczuć, o tyle dalej nie poznajemy już tylu szczegółów.  Gdy Ania jest w pierwszej klasie gimnazjum, mają miejsce pewne tragiczne wydarzenia, które ponownie wszystko zmieniają w życiu dziewczynki i... powodują jakby zanik chęci autorki do przedstawienia czytelnikowi dalszego ciągu historii. I tak okres do końca studiów zawarty został na kilku, może kilkunastu stronach, oczywiście dość pobieżnie. Przypuszczalnie to dlatego, że nic strasznego się już później nie działo, ale myślę, że niejeden czytelnik z przyjemnością czytałby tę szczęśliwą część opowieści.


Historia opisana przez panią Danutę Awolusi bardzo mnie ujęła. Książkę przeczytałam w ekspresowym tempie - bardzo trudno było mi się od niej oderwać. Mimo pewnych mankamentów zdecydowanie polecam lekturę Na wysokim niebie.


28 października 2013

Okrucieństwo nie do przyjęcia („Kameleon” Peter Robinson)

„Kameleon” Peter Robinson
wyd. Sonia Draga
rok: 2013
str. 472
Ocena: 4,5/6


Rodzimy się.
Rozwijamy.
Dążymy do celu.
Rozglądamy się wokół i nie możemy pojąć, jak komuś lub czemuś udało się to wszystko stworzyć. Tyle rzeczy. Tak pięknych i urzekających miejsc. Cudownych istot. Oddychamy całą piersią i bierzemy z życia to co najlepsze. Nie akceptujemy przeszkód. Nie bierzemy pod uwagę, że nam lub naszym bliskim mogłaby się przydarzyć jakaś krzywda. Nie może być źle. Jesteśmy panami naszego małego świata. Chyba że...

W Leeds od kilku miesięcy giną młode dziewczęta. Blondynki. Nikt nie jest w stanie stwierdzić, gdzie się podziały. W jednej chwili były - w następnej słuch o nich zaginął. Gdzieś, w jakimś zaułku, na jakiejś mało uczęszczanej ścieżce, w krzakach przy głównym chodniku znajdowano po kilku dniach ich torby z portfelami, lekami i kosmetykami. I bez żadnego śladu, gdzie dziewczęta zniknęły. Sprawę z ramienia policji prowadzi nadinspektor Alan Bank i, szczerze powiedziawszy, nie ma on juz pomysłu, co jeszcze można by zrobić, by odszukać mitycznego już dla całej jednostki - Kameleona. Tak właśnie okrzyknięto osobę, a być może grupę osób, porywającą nastolatki i... No właśnie nie wiadomo co dalej. Ciał do dzisiaj nie odnaleziono. Nie było żądania okupu. Nie było śladu po kobietach na świecie. Tak jakby... zapadły się pod ziemię.

Wszystko zmienia jeden telefon.

Maggie Forrest od pewnego czasu przyjaźni się z Lucy Payne, dwudziestodwuletnią mężatką. W tym momencie kobieta jest pewna jednego. Jej przyjaciółce, tak jak jej kiedyś, dzieje się krzywda. Zamiast sielskiej i anielskiej atmosfery dziewczyna przeżywa w domu horror. Mąż ją maltretuje, a Lucy nie jest w stanie od niego uciec. Kiedy wieczorem Maggie słyszy dobiegające z domu przyjaciółki krzyki - nie waha się ani chwili. Sięga po telefon i wykręca numer 999 informując osobę po drugiej stronie, że w domu przy ulicy Hill 35 ma miejsce burzliwa kłótnia małżeńska. Oddycha z ulgą i czeka na przyjazd policji, modląc się duszy o to, by przyjaciółce nic złego się nie stało.

Do pięknego domu przy ulicy Hill 35 wkracza dwójka policjantów, w tym Janet Taylor będąca na okresie próbnym. To co zastają w środku, na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od innych domowych scysji. Na podłodze znajdują młodą, nieprzytomną kobietę z rozbitą głową. A wokół cisza - zero śladu po brutalnym małżonku. Policjanci przystępują więc do przeszukania domu. Wkraczają na piętro - i nic. Przeszukują parter - i nikogo nie znajdują. Na koniec odkrywają, że dom posiada piwnicę. Schodzą do niej i w środku... przeżywają największy horror w swoim życiu i odkrywają rzeczy, które utkwią im w pamięci do końca życia.

Tajemniczy Kameleon zostaje schwytany, tylko... czy będzie mu dane wyjawić co stało się z jego ofiarami?

Mrożąca krew w żyłach, interesująca i, cóż, niestety odrobinę przegadana. Z jednej strony nie da się o niej zapomnieć, z drugiej człowiek po przeczytaniu kilku stron traci zainteresowanie. Peter Robinson ma wyjątkową umiejętność wyszukiwania znakomitych tematów do powieści i opisywania ich... w nie do końca wymarzony przez czytelnika, takiego jak ja, sposób. Historia jest naprawdę świetna i chce się ją poznać. Dialogi są porywające i naprawdę dobrze napisane. Niestety nie do końca przypadły mi do gustu opisy. To już druga powieść tego autora, którą miałam okazję przeczytać. I drugi raz miałam problem dokładnie z tym samym. Dawno nie czytałam książki przez tak długi okres czasu, wnikliwie śledząc powieść strona po stronie. Co kilka kartek zmuszona jednak byłam odkładać ją na bok, bo mój mózg wołał o przerwę. Nie mogłam jednak przestać o niej myśleć. I zaś po nią sięgałam, by zgłębić kolejnych kilka akapitów. I tak przez bite trzy tygodnie. Z każdą przeczytaną linijką siedziałam głębiej w umysłach bohaterów i coraz lepiej współpracowało mi się ze stylem autora. Straconego czasu jednak nadrobić już nie dałam rady. Ostatnie rozdziały przeczytałam jednak w ekspresowym tempie, z zapartym tchem i potem występującym na czoło. Gęsią skórkę mam do tej pory. Bo to, co zafundował autor czytelnikowi.... to co morderca zafundował ofiarom... przechodzi ludzkie pojęcie.

Zdecydowanie polecam Kameleona, jako powieść mroczną, pełną niezbadanych zakamarków i okrutnych scen. Radzę jednak, przed lekturą, uzbroić się zapas w czasu.


Baza recenzji Syndykatu ZwB

20 października 2013

O Dziadku słów kilka („Piłsudski. Wielkie biografie” Fiołka Katarzyna)

„Piłsudski. Wielkie biografie” Fiołka Katarzyna
wyd. Buchmann
rok: 2010
str. 144
Ocena: 3/6


Zapewne gdyby każdego w naszej ojczyźnie zapytać o znamienitych Polaków, to zdecydowana większość wśród nazwisk wymieniłaby Józefa Piłsudskiego. Problem pojawiłby się wówczas, gdy trzeba byłoby uzasadnić swoją odpowiedź. W moim zamyśle właśnie takie niedociągnięcia w wiedzy uzupełnić ma książka „Piłsudski. Wielkie biografie”, wydawnictwa Buchmann. Od razu zwrócę uwagę, że Wielkie biografie to cała seria książek, ale niestety pozostałe pozycje są mi zupełnie obce – nie słyszałem o nich i żadnej na oczy nie widziałem. Jeśli natomiast chodzi o słowo "Wielkie" to odnosi się ono raczej do opisywanych ludzi, a nie objętości i szczegółowości danego dzieła. Czytając pierwsze strony, miałem wrażenie, że czytam reportaż o marszałku. Kolejne strony w tym mnie tylko utwierdzały – zwykle były to krótkie informacje, bardzo skromnie skomentowane, choć oczywiście wszystko było jasne i bardzo przejrzyste. Po skończonej lekturze czułem niedosyt. Ciekawym pomysłem było umieszczenie na końcu kalendarium. Książka aż się prosiła o umieszczenie w niej zdjęć z opisywanych wydarzeń, zwłaszcza po tak świetnie przygotowanej okładce. No nic, może tylko ja mam takie odczucia, w końcu lubię kolorowo i wesoło – ale pierwsze spojrzenie na Piłsudskiego z okładki rozbudziło moje nadzieje na wiele fotografii. „Piłsudski. Wielkie biografie” to książka skierowana do ludzi, którzy chcą w telegraficznym skrócie poznać całą historię życia Dziadka. Na pewno będą z niej zadowoleni uczniowie przygotowujący się na klasówkę z historii II Rzeczypospolitej.

Ocena jaka jest, każdy widzi. Ja po ostatniej stronie, zastanawiałem się czemu tylko tyle. No nic, pozostaje tylko poszukać kolejnej książki o Naczelniku.

Artur Borowski


9 października 2013

Córka Śmierci („Posępna litość” Robin LaFevers)

„Posępna litość” Robin LaFevers
wyd. Fabryka Słów
rok: 2013
str. 534
Ocena: 5/6


Zawsze ogromnie podobały mi się okładki książek wydawanych przez Fabrykę Słów. Najchętniej przeczytałabym wszystkie pozycje tego wydawcy, tylko z powodu tego jak wyglądają, bez względu na to, o czym traktują. Tak, wiem, wychodzi ze mnie w takiej chwili wzrokowiec i niejedna osoba będzie mi zarzucać, że oceniam książki po okładce. I w takim wypadku mogę spokojnie stwierdzić: "OK, tak jest". Bo okładki Fabryki Słów najchętniej bym zjadła oczami.  Chce je mieć dla samej przyjemności posiadania, oglądania i dotykania. Ale... w ostatecznym rozrachunku i tak zawsze chodzi o książkę, o temat podjęty przez autora, o przyjemność poznawania wykreowanej historii. No i oczywiście o to, by ta opowieść skradła serce czytelnika i nie pozwoliła o sobie zapomnieć. Miałam nadzieję, że taka właśnie okaże się moja przygoda z powieściami Fabryki Słów. Nie tylko będą zachwycać mnie oprawą graficzną, ale i smacznie dobraną literaturą. Czy moje pragnienia zostały zaspokojone? By się tego dowiedzieć, należy zapoznać się z poniższym tekstem.

Ismae Rienne w ogóle nie miała się narodzić. Gdy tylko matka odkryła, że nosi ją w swym łonie, niezwłocznie zaprowadzona została do miejscowej znachorki. Należało wypędzić pomiot szatana rosnący w jej ciele. Kobieta starała się jak mogła, mieszała składniki, łączyła mikstury, podawała środki i... NIC. Dziecko jak było, tak było. Niestety, podawane, co tu dużo mówić trucizny, znacznie osłabiły matkę Ismae, której nie udało się przeżyć. Dziewczynka jednak na świecie się pojawiła i stanowiła dla swojego ojca nadbagaż. Kiedy więc nadarzyła się okazja wydania jej za mąż, niezwłocznie z niej skorzystał i oddał córkę niemal za bezcen. Nie powiedział jednak jej przyszłemu małżonkowi, jakie piętno ma na sobie dziecko, które odchował. Nie dało się tego jednak długo ukrywać, już w noc poślubną wszystko wyszło na jaw i Ismae została strącona do lochów. Na szczęście znalazła się dobra dusza, która wiedziała, gdzie dziewczyna powinna się znaleźć. Uwolniła więc ją z jej więzienia i wysłała do kobiet takich jak ona. Zakon Mortaina, bo o nim mowa, zrzesza córki Śmierci i właśnie za taką uznana została Ismae. Czy słusznie? Czy dziewczyna odnajdzie się wśród podobnych jej kobiet? Czy przejdzie śmiertelne szkolenie i jaka będzie jej ścieżka po jego ukończeniu? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po powieść Robin LaFevers zatytułowaną Posępna litość.

Od momentu otrzymania tej powieści, aż paliłam się, by się z nią zapoznać. Niestety na pierwszych kilkudziesięciu stronach poważnie się zawiodłam. Czytałam i zastanawiałam się, co mnie podkusiło, by się po tę powieść zgłosić. Ale, z natury rzeczy, jestem kobietą wytrwałą i staram się wyznaczać sobie realne cele. Wyznaczyłam więc taki i w tym wypadku, a brzmiał on "Czytam do setnej strony i jak będzie tak jak jest, to wyrażę odpowiednią opinię". Jak się skończyło dążenie do wyznaczonego celu? Nawet nie wiem, kiedy minęłam setną stronę. Kiedy ocknęłam się (znaczy zaczęło mi burczeć w brzuchu) dawno przekroczyłam dwusetną stronę. Niespodziewanie więc, po niefortunnym początku, książka zupełnie mnie wciągnęła i zawojowała moje serce. Każda kolejna przeczytana strona wywoływała na moich policzkach rumieniec i chęć poznania dalszej części opowieści. Czytałam więc, czytałam i czytałam. Zarwałam niejedną noc, a gdy skończyłam, poczułam... Nie, to nie był niedosyt. Nawet nie było to zniecierpliwienie przed kolejną częścią tej zdumiewającej historii. Poczułam szczęście, że wszystko skończyło się w taki, a nie inny sposób i radość, że kolejny tom będzie dotyczył innej zakonnicy. Jakoś nie uśmiechało mi się czytanie dalszych losów Ismae. Wydaje mi się, że jej historia została zamknięta, a autorka powiedziała na jej temat już ostatnie słowo. I słusznie. Tak powinno być. Tak powinno pisać się tego typu powieści. Jest bohaterka, jest jej historia, jest jakiś problem do rozwiązania. Na końcu wszystkie wątki zostają zamknięte i nic więcej nie trzeba dodawać.


Posępna litość to bardzo ciekawa powieść skierowana do wszystkich czytelników lubujących się w literaturze delikatnie paranormalnej. Bo tak do końca książki tej za paranormalnej uznać nie mogę. Są w niej przepowiednie, znachorki, córy Śmierci. Ale... nikt nie posiada wrodzonych, nietypowych zdolności. Nie ma ludzi nieśmiertelnych, nie ma mocarzy i czytających w myślach. Jest ona, Ismae, którą wyszkolono w sztuce zabijania i która jest odporna na trucizny. To ostatnie można jednak wytłumaczyć próbami jej uśmiercenia jeszcze przed narodzinami. Powieść przypaść może również osobom, które lubią książki z delikatnym dreszczykiem emocji i wątkiem romansowym. No i oczywiście nie można zapomnieć o osadzeniu historii w realiach, umożliwiających przywoływanie dawnych strojów, etykiety i wierzeń. Taka kombinacja jak najbardziej mi odpowiada. Szczerze zachęcam do zapoznania się z lekturą.