Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sierpień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sierpień. Pokaż wszystkie posty

31 sierpnia 2016

Oko za oko ("Zbrodnie pozamałżeńskie" Agnieszka Lingas-Łoniewska, Daniel Koziarski)

PREMIERA 31.08.2016

"Zbrodnie pozamałżeńskie" Agnieszka Lingas-Łoniewska, Daniel Koziarski
wyd. Novae Res
rok: 2016
str. 368
Ocena: 5/6

Oj, nie będę wam ściemniać, nie zakochałam się w tej powieści od pierwszego wejrzenia. Ani drugiego. Ani nawet dziesiątego. To chyba po prostu nie jest książka do kochania.
Niestety, po prostu bardzo długo źle się ją czytało.

Przez niemal połowę czasu jej poświęconego nosiłam się z myślą, by odłożyć ją na półkę i już do niej nie wracać. Nigdy! Powstrzymywała mnie jedynie osoba samej autorki. Przecież Agnieszka Lingas-Łoniewska, moja ulubiona autorka, nie mogła napisać czegoś, czego nie jestem w stanie przeczytać. Prawda? Agnieszko, czy mogłabyś mi zrobić coś takiego? A jednak, jeszcze w wieczór przed tym, jak skończyłam lekturę przeklinałam autorkę i marzyłam, by zacząć czytać coś innego. Coś mniej obciążającego, mniej naszpikowanego złością, złośliwością... nienawiścią wręcz. W zasadzie wszyscy bohaterowie byli straszni, niejednokrotnie podli, okrutni, zakłamani. Brudni wręcz. Wciąż gdy o nich myślę, widzę ich umorusanych w błocie. Albo we własnych fekaliach. Ble. Chciałam poczytać coś fajnego, Zbrodni pozamałżeńskich do tej grupy, wybaczcie - nie zaliczyłam i dalej nie zaliczam. Ale jak już wspomniałam, to nie jest powieść do lubienia, kochania czy do ustawienia jej w rankingach fajności czy wręcz zajebistości. Zbrodnie są po to, by pokazać czytelnikowi, jak nisko można upaść, nawet wówczas, gdy uważa się, że wciąż się wznosi. Niby wszystko jest super, niby się rozwijamy, , znaczymy coraz więcej... a w rzeczywistości, nie zdając sobie z tego sprawy, spadamy. Dno odkrywamy jednak zbyt późno, przecież już dawno na nim leżymy. Umoczeni. Skreśleni przez wszystkich. 

Marcin jest bardzo znanym piłkarzem jednego z warszawskich klubów. Niejednokrotnie powoływany do kadry, powoli szykuje się do przejęcia przez duży, zagraniczny klub. W kraju osiągnął już w zasadzie wszystko co mógł, a wiecznie przecież żyć nie będzie. W końcu tendencja wzrostowa się skończy, wtedy szanse na transfer zmaleją i to znacznie. Chłopak robi więc wszystko, by z meczu na mecz wypadać coraz lepiej. I to mu wychodzi, szkoda tylko, że po powrocie do domu nikt z nim nie świętuję sukcesu. Nie żeby nie miał z kim, w końcu jest żonaty. Tylko ona, żona... niekoniecznie podziela jego miłość do sportu. Wie, że gdyby nie piłka nożna nie żyliby na takim poziomie jak obecnie. Nie przeszkadza jej to jednak w wypominaniu mężowi, że nie ma studiów. Że brak wykształcenia bardzo źle o nim świadczy, że nie ma z nim o czym rozmawiać, bo są na różnych poziomach intelektualnych. Ona w końcu pracuje na uczelni, pisze doktorat. Pisze książkę. Jest KIMŚ. A on, byle celebryta od sześciu boleści, uganiający się za szmacianką. Totalne zero, w jej mniemaniu oczywiście. Para zupełnie niedobrana, a jednak wciąż przy sobie trwająca. Dlaczego? Co oni do siebie czują? Jakie sekrety tają? By dowiedzieć się nie tylko tego, ale i wielu innych, niejednokrotnie bardzo zaskakujących rzeczy, koniecznie należy sięgnąć po najnowszą powieść Agnieszki Lingas-Łoniewskiej napisanej wspólnie z Danielem Kozierskim. 

Myślę, że moja recenzja może być dla was dość sprzeczna. Z jednej strony wysoka ocena. Z drugiej strony narzekanie i na fabułę i ba bohaterów... W ogóle na wszystko. Czy to normalne? Rączej nie. Czy ta książka jest normalna? Zdecydowanie nie. Do tej pory sama nie wiem co o niej myśleć. Stanowi ona dla mnie nie lada zagwozdkę. Jak wcześniej pisałam, niewiele brakowało, a książka nie tylko zostałaby odłożona na półkę, ale wcześniej zostałaby doszczętnie zniszczona. Taką złość czułam podczas czytania. A potem jakby się coś zmieniło, odetkało. I zaczęło się ją czytać wyśmienicie. Akcja stała się wartka i zaskakująca. Zachowania bohaterów było nie tylko nieprzewidywalne, ale również totalnie nielogiczne i szokujące. Aż się chciało wiedzieć, co jeszcze można w tym całym bigosie znaleźć. Co jeszcze autorzy dla nas przygotowali, co wymyślą w następnym rozdziale, jakiego asa trzymają w rękawie. Jedno jest pewne, choć część akcji można wyczuć i sobie samemu wydrukować to... na niektóre pomysły nie wpadłby nikt. W sumie więc trudno się dziwić, że autorów jest dwóch.

Zbrodnie pozamałżeńskie odkrywają przed czytelnikiem zdecydowanie inną twarz Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Czy gorszą? Tego chyba jedna osoba nie może jednoznaczne stwierdzić. O tym trzeba przekonać się na własnej skórze. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak zachęcić do przeczytania dzieła tego nieoczywistego i wybuchowego duetu autorskiego.

Sil

29 sierpnia 2016

O Wojtku słów kilka ("Wojtek z Armii Andersa" Martyna Miklaszewska)

"Wojtek z Armii Andersa" Martyna Miklaszewska
wyd. Zysk i S-ka
rok: 2016
str. 480
Ocena: 5/6


Gdy ujrzałem tytuł tej książki od razu wiedziałem, że muszę ją mieć. Świetna okładka trochę złagodziła gorycz związaną z objętością. To tomisko ma blisko pięćset stron! Już pierwsze z nich zdradzają, że coś z tą książką historyczną jest nie tak. Krótkie rozdziały szarpią historię i ciągle gdzieś przeskakują. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Raz poznajemy Melanie, by dwie strony dalej poczytać o małym Wojtku, a to nie koniec atrakcji. Od razu zdradzę, że książka nie jest historycznym dokumentem, to po prostu powieść z niezbyt prawdziwymi bohaterami, ale w bardzo realnych wydarzeniach historycznych.  Zresztą dowiecie się o tym, zerkając na tył okładki, czego ja oczywiście nie uczyniłem. Gdybym to zrobił to pewnie nigdy bym tej książki nie przygarnął i bardzo bym żałował.

Autorka poświęciła wiele czasu studiowaniu nieprzebranych ilości wspomnień, pamiętników i dzienników żołnierzy oraz cywilnych uczestników tamtych wydarzeń. No właśnie, jakich wydarzeń? Poznajemy naszych bohaterów, których losy splatają się w bardzo dziwny sposób dzięki armii Generała Andersa. Od kolejowych transportów z łagrów do formującej się na "kakukazie" armii, przez arabskie pustynie po włoską ziemię i dalej do Anglii z Edynburgiem na czele, gdzie kończy się nie tylko los kaprala Wojtka, ale także i cała powieść.

Nie mając doświadczenia w czytaniu powieści, bo jest to moja pierwsza powieść nie będąca lekturą, powiedział bym, że głównymi bohaterami są dwaj przyjaciele Michał i Franek. Pierwszy to intelektualista, a przede wszystkim oficer pacyfista. Franek natomiast jest zwykłym prostym chłopakiem. Zaprzyjaźnili się w łagrze i obiecali sobie, że razem wrócą do Polski. Ich perypetie, ale także postaci pobocznych czasami są śmieszne, czasami straszne, ale zawsze emocjonujące. Ich losy wplecione są w prawdziwe wydarzenia związane ze szlakiem bojowym armii Andersa i nie tylko. Bohaterowie żywo i emocjonalnie komentują to, co się dzieje. Otwarcie mówią o tym, co spotkało ich w Rosji Radzieckiej. To fakt, nie jest to książka historyczna, jednak daje ona wiele czytelnikowi. Dzięki sprytnemu zabiegowi autorki jacyś tam uciekający z łagrów anonimowi Polacy dostali osobowość, co prawda fikcyjną, ale popartą olbrzymią analizą wspomnień. Jako czytelnicy poznajemy ciężkie i dramatyczne losy ludzi, którzy próbują wrócić do ojczyzny, którzy próbują przeżyć. Ponadto dzięki dobremu prowadzeniu tej historii nie można się od niej oderwać ani na chwilę. Losy przedstawionych postaci stają się nam bliskie, żyjemy z nimi, współczujemy i staramy się zrozumieć. Dzięki tej lekturze ten trudny rozdział historii Polski staje się bliższy i na pewno nie jedną osobę zachęci do zagłębienia się w losy armii Andersa i jej szlak bojowy.

Książka nie jest śmieszna, początkowo wydaje się chaotyczna, ale po chwili wszystko staje się tak przystępne, że bardzo trudno się od tego oderwać i ciężko nie przeżywać tego z bohaterami. Czasami jest nudno, opis walk mógłby być trochę mocniejszy, dłuższy, ale jest naprawdę dobrze. Nie potrafię wyjaśnić, co w tej książce jest tak dobre, co sprawia, że czytało mi się ją tak dobrze, może po prostu ma to coś.  Podsumowując Wojtek z Armii Andersa to żadne opracowanie historyczne, choć historię tu liźniemy i się na pewno nią zainteresujemy. Tytuł powieści jest bardzo mylący, bo samego misia jest w niej jak na lekarstwo, ale dawkowany jest ono nam przez całą książkę dość regularnie. To "oszustwo" na pewno przyciągnie dużo osób i jeśli mimo wszystko zdecydują się tę pozycję przeczytać, to się nie zawiodą. Miłość, przyjaźń i wojna to chyba uniwersalne elementy przepisu na dobrą książkę, a jak podamy to w tak fajny sposób i przyprawimy odrobiną kaprala Wojtka, to sukces być murowany. Ech, może zachwyciłem się dziełem Martyny Miklaszewskiej, bo to moja pierwsza powieść? Na pewno polecam tę pozycję, by zapoznać się z powodami emigracji Polaków do Iranu, która w dobie ostatnich wydarzeń jest poruszana dość często.


Artur Borowski

22 sierpnia 2016

Potencjalna energia szczęścia ("Moje serce i inne czarne dziury" Jasmine Warga)

"Moje serce i inne czarne dziury" Jasmine Warga
wyd. Burda Książki
rok: 2016
str. 324
Ocena: 5,5/6



Czytanie o umieraniu nie należy do moich ulubionych rozrywek. A jednak ostatnimi czasy przydarza mi się to coraz częściej. Wciąż i wciąż trafiam na takie powieści, na szczęście coraz częściej są one pokrzepiające, a nie dołujące.

Aysel Seran to szesnastolatka, w której przez kilka ostatnich lat narastało pragnienie śmierci. Samobójstwo stało się jej obsesją. Przy każdej możliwej okazji zaglądała na forum dla samobójców i szukała partnera. Bo wiedziała jedno – sama nie da rady przeprowadzić takiego przedsięwzięcia. Ktoś ją znajdzie, ktoś sprawi, że zamiast w trumnie, wyląduje w szpitalnym łóżku. A tego nie chciała. Kiedy więc na forum odezwał się FrozenRobot i wstawił swoje ogłoszenie, dziewczyna poczuła, że znalazła osobę która pomoże jej odejść z tego świata. Chłopak miał tylko kilka warunków, które należało spełnić – mieszkać blisko niego – to akurat żaden problem, bo ich miasteczka oddzielało od siebie tylko 15 minutowa droga. I trzeba być zdecydowanym. Nie ma ściem. Nie ma unikania. I nie ma odwoływani obietnicy. A tak, był jeszcze jeden warunek – śmierć musiała nastąpić 7 kwietnia (czyli za niecały miesiąc). Ten ostatni warunek również nie stanowił problemu. Co prawda Aysel wolałabym umrzeć jak najszybciej, ale ten miesiąc jakoś wytrzyma. Pisze więc do FrozenRobota i umawia się z nim na spotkanie. Spodziewa się… w sumie sama nie wie czego. Ma nadzieje, że to nie będzie jakiś stary zbok, który ją zgwałci. Bo co prawda chce umrzeć, ale nie chce cierpieć. To o cierpieniu chce zapomnieć. Nie chce już dłużej być na tym świecie, patrzeć na ludzi, którzy mają ją za zło wcielone. Nie chce być obciążeniem dla własnej rodziny. Kiedy więc na spotkaniu pojawia się chłopak, niewiele starszy od niej, do tego przystojny, wysportowany i najwyraźniej popularny – myśli tylko o jednym: czy to przez przypadek nie jest żart? I, jak się okazuje, nie jest. Roman wyjaśnia jej dlaczego chce się zabić i dlaczego potrzebuje partnera. Wyjawia jej również czemu śmierć musi nastąpić we wskazanym dniu, a nawet we wskazany sposób. Aysel nie potrafi się jednak przed nim otworzyć. Wciąż się boi. Wciąż martwi się tym, jak chłopak zareaguje na jej wyznanie. Dlatego nic nie mówi, a im dłużej to tai, tym gorzej się z tym czuje.

Przyznam, że nie spodziewałam się, że książka mnie aż tak wciągnie i… że aż tak mnie zachwyci. Z każdym kolejnym zdaniem, z każdą kolejną stroną i rozdziałem coraz bardziej przeżywałam to, co autorka napisała. Wczułam się w bohaterów i… sama nie wiem, zaczęłam żyć ich życiem. Osobiście nie chcę umierać, ale nie wypieram się depresji. Może nie teraz, ale jeszcze półtorej roku temu tkwiłam w niej głęboko i nie potrafiłam się podnieść. Człowiek ma wtedy różne myśli, wszystkie raczej mało pozytywne. Śmierć może niektórym faktycznie przyjść na myśl. Może stać się obsesją. Może się nawet wydawać, że nie ma już innego wyjścia. Czasem w takiej chwili wystarczy jedna pomocna dłoń, jedna wskazówka i wszystko staje się inne – lepsze.

Co stanie się z bohaterami? Czy oboje dotrwają do 7 kwietnia? Czy pragnienie opuszczenia ziemskiego padołu będzie w nich wciąż tak samo silne? Czy udadzą się na urwisko? A jeśli tak, to czy będą tam razem? Czy skoczą? A może coś powstrzyma ich przed tym ostatecznym ruchem? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po Moje serce i inne czarne dziury.

Książka Jasmine Wargi nie przytłacza, ale zdecydowanie przeraża. Stawia czytelnika przed dylematem co lepsze – życie z wielkim balastem, czy śmierć. Myślę, że póki nie będzie się w takiej sytuacji, w jakiej byli bohaterowie, trudno zrozumieć ich motywy. Mogą się one wydawać mniej lub bardziej błahe, mogą wydawać się wręcz idiotyczne. Mogą też wydawać się poważne i rozsądne. Wszystko zależy od perspektywy.

Do ostatnich stron żyłam nadzieją, że wszystko skończy się dobrze. Czy skończyłam płacząc z radości czy z rozpaczy? Ode mnie się tego nie dowiecie. Jedyny sposób, to zapoznanie się z tą lekturą. Ja zdecydowanie i z czystym sumieniem polecam.

Sil


19 sierpnia 2016

Bez uprzedzeń ("Między wierszami" Tammara Webber)

"Między wierszami" Tammara Webber
wyd. Jaguar
rok: 2016
str. 384
Ocena: 5/6



Po raz kolejny zatraciłam się w powieści, choć szczerze powiedziawszy nie wiem, czy słusznie zrobiłam…

Emma Pierce uwielbia grać. Od najmłodszych lat występuje w reklamach i drobnych produkcjach. Marzy się jej kino niezależne. Może teatr… To jednak nie leży ani w planach jej ojca, ani menadżera. Ani tym bardziej macochy. Cóż, nie ukrywajmy, na niezależnych produkcjach raczej się nie zarabia. Co innego kino wysokobudżetowe. Dlatego, gdy pojawia się szansa na zagranie w uwspółcześnionej wersji Dumy i uprzedzenia, ulubionej książki Emmy, wszyscy uważają, że dziewczyna powinna wejść w ten projekt. Jasne, wcześniej są castingi, ale to mały pryszcz w porównaniu z koniecznością przekonania Emmy, by w ogóle zaczęła myśleć poważnie o tej produkcji. Niewątpliwie jednak zachęcające jest to, że główną rolę męską zagrać ma Reid Alexander, ubóstwiany przez nastolatki i młode kobiety osiemnastoletni aktor. Nawet Emmie robi się na jego widok słabo. Kiedy więc podczas przesłuchań okazuje się, że jest on obecny, a do tego ewidentnie wyczuwa się między nimi chemię, można spodziewać się tylko jednego – gorącego romansu na planie. Nic jednak nie jest takie proste. Reid to wieczny podrywacz, ma zdecydowanie problemy z wiernością. Z Emmą również są problemy, dziewczyna ma problemu z zaufaniem, a jedynym jej pragnieniem, jest znalezienie prawdziwej miłości. Jak widać, tej dwójce niezupełnie po drodze. Jak to jednak zwykle bywa, przeciwieństwa się przyciągają. A z takiego przyciągania może być albo wspaniały związek, albo totalny koszmar. Co będzie nam dane przeżyć z bohaterami? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy sięgnąć po najnowszą powieść Tammary Webber zatytułowaną Między wierszami.

No cóż, nie będę ukrywała, że odrobinę się na tej powieści zawiodłam. Miałam nadzieję na powieść co najmniej na poziomie Tak blisko… Do dziś wspominam tamtą serię i bohaterów, których autorka w niej wykreowała. Kolejna powieść powinna być tylko lepsza, prawda? Tak mi się wydawało, na to się nastawiłam i na tym się zawiodłam. Myślę, że gdyby nie moje podejście, miałabym teraz inne odczucia. Bo książka była naprawdę fajna. Czytało się ją bardzo dobrze i bardzo szybko. Przez cały dzień nie miałam ochoty odkładać jej na półkę, ale niezmiennie denerwowałam się na bohaterów. Raz to on przeginał, a zaraz potem ona ponownie się wycofywała. Zupełnie nie rozumiałam w co oni grają. Zastanawiałam się, jaki to wszystko ma sens. Po co to wszystko. Czułam, że historia ma drugie i trzecie dno. I że warto skończyć czytać. Teraz wiem, że nie był to stracony czas, ale równocześnie mi żal. Bo jednak częściowo to stracone szanse. Szanse bohaterów. Autorka poprowadziła akcję tak, a nie inaczej. Ale przez to, co uczyniła, we mnie kiełkuje odrobina złości. Nie tak w końcu miało być. Nie mówię, że to źle. Ale nie mówię też, że dobrze. Czuję się jednak nieco oszukana, przede wszystkim z powodu opisu z okładki. Czemu? Tego wam nie zdradzę, zrozumiecie jednak, gdy sami sięgniecie po Między wierszami, przeczytacie opis, a potem poznacie całą historię. Wówczas wszystko będzie jasne i zapewne zgodzicie się ze mną.

W każdym razie, pomijając pewne niesnaski, powieść bardzo mi się podobała. Czyta się ją ekspresowo, akcja jest płynna. Całość nie jest przepakowana zbędnymi opisami, bohaterowie, choć nie zawsze postępują tak, jakbyśmy to sobie życzyli, to jednak są wiarygodni. Zdecydowanie polecam.


Sil

17 sierpnia 2016

TYDZIEŃ Z NEVER, NEVER Nigdy, przenigdy… ("Never, never" Colleen Hoover, Terryn Fisher)

Tydzień z Never, Never...

"Never, never" Colleen Hoover, Terryn Fisher
wyd. Moondrive
rok: 2016
str. 390
Ocena: 5,5/6



"Nie kocham Cię,
Nic a nic.
I nigdy nie pokocham.
Nigdy, przenigdy."1)

Bardzo, baaaardzo chciałam przeczytać tę powieść. Poznać losy Charlie i Silasa. Chciałam wiedzieć, czym zachwycają się ludzie, czym zachwyca się świat. A potem, tuż przed tym jak książka do mnie dotarła, przeczytałam recenzję. I zaczęłam bać się tej powieści. Strasznie się bałam, że nie będzie tak, jak to sobie wyobrażam, że nie będzie mi dane pokochać bohaterów, a ostatecznie znienawidzę tę książkę. Bo, podobno, zakończenie zawodzi…

Charlize Margaret Wynwood właśnie ocknęła się na lekcji historii. Przynajmniej tak się jej wydaje. Wszyscy dziwnie na nią patrzą. A ona… nie wie kim jest. Nie wie kim oni są. Nie wie nawet, czy powinna znajdować się właśnie tu. Właśnie wtedy do klasy wchodzi nauczyciel i zaczyna zajęcia. A dokładnie test. Chyba każdemu kiedyś śniło się, że poszedł do szkoły nieprzygotowany. Albo bez ubrania. Mi jeszcze śniło się, że szłam bez okularów. Ale bez pamięci? To mi nigdy nawet nie przyszło do głowy. Charlie nawet o swoim imieniu dowiaduje się od obcych, którzy wiedzą o niej zdecydowanie więcej niż ona sama. Jakaś dziewczyna prowadzi ją na kolejne zajęcia. Ktoś inny uświadamia ją, że chłopak, który siedzi obok niej to miłość jej życia. Ale czy na pewno? Może to jakiś spisek? Może to jakiś głupi żart? Chyba powinna komuś powiedzieć, że nic nie pamięta. Że dzieje się z nią coś złego i ktoś powinien jej pomóc. Ale… kto jej uwierzy? W końcu… pamięta jak się prowadzi, pamięta aktorów i celebrytów. Zna teksty piosenek. Wie kto jest prezydentem. Nie wie tylko nic o sobie i swoim otoczeniu. Czy to normalne? Na domiar złego, z tym chłopakiem, Silasem, którego zdaje się, że zna lepiej niż innych, dzieje się również coś złego. Czyżby on również utracił pamięć? Tylko, jak to możliwe, żeby dwóm osobom, jednocześnie, przytrafił się identyczny horror? By się tego dowiedzieć, koniecznie będziecie musieli przeczytać najnowszą powieść Collleen Hoover i Tarryn Fisher, zatytułowaną Never, Never.

Jak już wcześniej wspomniała, bardzo chciałam przeczytać tę powieść. Powiem więcej, jak zaczęłam lekturę – wsiąkłam zupełnie. Równocześnie za bardzo nie chciałam dojść do tego strasznego momentu, w którym wszystko przestaje mieć sens i schodzi na psy (niemal cytując przeczytaną wcześniej recenzje). Tak więc z biegiem stron czytałam coraz spokojniej i wolniej, bojąc się tego, co przede mną. Bo bardzo pokochałam bohaterów i strasznie im kibicowałam. Chciałam, by odnaleźli zarówno siebie, jak i swoje wspomnienia. Tym czasem otrzymywałam coraz więcej niewiadomych i, w zasadzie, dość przerażających odkryć. Dla mnie najgorszym możliwym rozwiązaniem byłby jego brak. Albo takie rozwikłanie historii, które prowadziłoby do przekreślenia wszystkiego, co udało się tej dwójce w ciągu kilku dni zbudować. Na szczęście takiego finału nie otrzymałam. Może faktycznie ostatnie strony były mniej intensywne niż wcześniejsze. Może rzeczywiście można by od autorek wymagać jakiejś większej finezji z tytułu finału powieści. Ja jednak nie mam na co narzekać. Według mnie wszystko skończyło się właściwie.

Cała opowieść budziła we mnie wielki niepokój, ale równocześnie dawała nadzieję na lepszą przyszłość. Z każdą stroną poznawaliśmy coraz to gorsze rzeczy na temat bohaterów. Równocześnie dane nam było dowiedzieć się, jak silne było łączące ich uczucie i jak bardzo pewne wydarzenia wpłynęły na nich samych. Całe życie byli ze sobą, ale równocześnie ten czas sprawił, że na wszystko patrzyli przez pryzmat wcześniejszych wydarzeń i uczuć. Nie byli w stanie trzeźwo analizować swojej historii. To zmieniło się dzięki utracie pamięci. Coś, co z pozoru było bardzo złe, okazało się jedynym ratunkiem. Dla mnie Never, Never to powieść fenomenalna i warta uwagi każdego. Historia Charlie i Silasa rozkochuje w sobie i sprawia, że zaczynamy zupełnie inaczej patrzeć na własne otoczenie. Dzięki niej rodzi się w czytelniku świadomość, że jego życie jest takim, jakim go postrzega. Naprawdę niewiele trzeba, by zacząć patrzeć na nie z innej perspektywy. By wszystko się zmieniło. By zmienić drogę, którą się podąża.

Never, Never to jedna z lepszych historii jakie przeczytałam. Zdecydowanie warta czasu, jaki należy poświęcić, by ja przeczytać. Polecam. 

Sil

1) str. 183


4 sierpnia 2016

Życie z datą przydatności ("Powietrze, którym oddycha" Brittainy C. Cherry)

"Powietrze, którym oddycha" Brittainy C. Cherry
seria: Żywioły
tom: I
wyd. Filia
rok: 2016
str. 400
Ocena: 4/6


Najbardziej na świecie nie lubię się na czymś zawodzić.

Może niewiele wam to powie, albo już mówi to wam za dużo. W Powietrze, którym oddycha pokładałam naprawdę ogromne nadzieje. Nie mogłam się doczekać tej książki. Gdy znalazła się w moim posiadaniu czym prędzej skończyłam lekturę poprzedniej powieści i zaczęłam czytanie. Tak bardzo chciałam poznać tę zachwalaną wszędzie historię, że niewiele brakowało, a odłożyłabym poprzednią powieść na półkę z myślą, że dokończę ją później. Teraz już nie żałuję, że najpierw skończyłam poprzednią lekturę a dopiero potem zabrałam się za tę. Nie chcę jednak, byście zaraz na wstępie pomyśleli, że najnowsza książka C. Cherry mi się nie spodobała. Nic z tych rzeczy, podobała mi się nawet bardzo. Ale nie dała rady w zestawieniu z tym, jak wiele chciałam z tej pozycji wziąć dla siebie. Wyidealizowałam sobie tę powieść a potem poniosłam sromotną klęskę. Nie wiem więc, czy istnieje coś gorszego w życiu recenzenta, niż niesprostanie przez książkę wymaganiom.

Elizabeth ma za sobą ciężkie miesiące. Jakiś czas temu jej życie się skończyło. No, prawie się skończyło. Jej ukochany, miłość jej życia – Steven zmarł w tragicznym wypadku. Zostawił ją i ich malutką córeczkę Emmę. Od tego dnia Liz musiała radzić sobie sama. I w tym wszystkim najgorsza była właśnie samotność. Elizabeth nie mogła pogodzić się z faktem, że już nigdy nie obudzi się przy mężu. Że będzie musiała wychować sama córkę. Że będzie musiała zarobić na życie. Samotność była przerażająca. Kobieta spakowała więc walizki i wyjechała do swojej matki. Przez jakiś czas ukrywała się u niej i udawała. Może nie tyle, że mąż żyje, ale że wszystko jest dobrze. Że nic strasznego się nie stało. Że dadzą sobie z Emmą radę. Przyszedł jednak dzień, w którym już dłużej nie mogła się oszukiwać. Ponownie więc spakowała walizki i wyjechała. Tym jednak razem wróciła do domu, w którym nie dało się już uciekać od wspomnień. Na szczęście w tym nowym-starym miasteczku pojawiła się osoba, która nie znała przeszłości Elizabeth i z którą dziewczyna znalazła wspólny język. Co może wyniknąć z tego typu spotkania? Czy to możliwe, by rany Liz tak szybko się zabliźniły? A może nałożyła na siebie powierzchowną barierę, która jednak przy byle pchnięciu może paść? BY się tego dowiedzieć, należy przeczytać Powietrze, którym oddycha.

Wiele z moich odczuć ujawniłam już wcześniej. Naprawdę liczyłam na więcej, szczególnie na końcówce. Przez ponad połowę czasu powieść trzymała poziom. Może nie mega wysoki, ale satysfakcjonujący. A potem jakby coś się popsuło. Akcja niby przyspieszyła, ale równocześnie zaczęła się strasznie ciągnąć i motać. A do tego rozwiązanie niektórych wątków nie tyle było przewidywalne, lecz wręcz śmieszne. Naprawdę trudno mi było wierzyć, że fabuła mogła się potoczyć właśnie tak. I że nikt wcześniej nie zorientował się, co w trawie piszczy. Bo ja dość szybko domyśliłam się w czym rzecz i jak to wszystko może się zakończyć. Nie byłam więc zaskoczona, a tym bardziej nie byłam podekscytowana rozwojem wypadków. Przed lekturą ktoś powiedział mi, że to powieść pełna wzruszeń i godna zapamiętania. Cóż, mi ona wciąż chodzi po głowie, fakt. Ale jakoś wszystkie myśli skupiają się na tym, co bym zmieniła w Powietrze, którym oddycha, by była naprawdę satysfakcjonująca. Ale cóż, to tylko moje przemyślenia i moja opinia. Wasza może być zgoła inna. Dlatego z całej siły przekonuję was – sięgnijcie po tę powieść. Może będziecie mieli zupełnie inne zdanie niż ja J


Sil

23 września 2015

Na wojnie bez zmian ("Korespondenci.pl" Dorota Kowalska, Wojciech Rogacin)


"Korespondenci.pl" Dorota Kowalska, Wojciech Rogacin
wyd. Czarna Owca
rok: 2014
str. 416
Ocena: 5/6


"Kto dziś upomni się o pamięć
Miejsc, przez grady kul rozdartych,
Gdy krew i pot spłukały deszcze,
Popiół i kurz rozwiały wiatry?
Kto dziś upomni się o pamięć..."1)

Korespondenci.pl od Czarnej Owcy to ponad 400 stron literatury zmieniającej podejście do pracy, a raczej do sposobu na życie ludzi, których nazywamy korespondentami wojennymi. Autorzy zaprezentowali nam kilku przedstawicieli tego "wymierającego" gatunku z polskiego podwórka. Co ciekawe są to zarówno ci, którzy występują przed kamerą oraz ci, którzy ją obsługują. Do tego dochodzą radiowe głosy i ci, którzy wypowiadają się przy pomocy obrazu uchwyconego na fotografii. Nie zdradzę kogo poznamy, bo pewnie trochę bym zepsuł radość z czytania, choć po zerknięciu na spis treści wszystko stanie się jasne – ja jednak tego nie zrobiłem, aż do ostatniej strony.

Już pierwsze chwile z książką zmieniły moje podejście do pracy tych ludzi. Nim rozpocząłem lekturę postrzegałem ich jako sępy czyhające na ludzką tragedię, aby ją pokazać, opisać i szybko wrócić do ciepłego hotelu w bezpiecznej strefie. Tymczasem jest zgoła odmiennie. Wyjazd w rejon konfliktu nie jest wycieczką, to ciężka walka z ograniczeniami budżetowymi, przeciwnościami losu, niepewnością dnia następnego, a przed wszystkim z samym sobą. Każdy z prezentowanych reporterów wojennych miał swoją własną drogę do owego sposobu na życie. Każdy prezentuje swoje własne historie, których był światkiem. Jedne są zabawne, inne przyprawiają o dreszcze. Łączy ich natomiast dążenie do bycia jak najbliżej wydarzeń, jak najbliżej ludzi, aby pokazać światu ich historię i cierpienie, aby zmienić świat. No i oczywiście łączy ich jeszcze chęć przeżycia, ale to nie zawsze się udaje.

"Co zostało zobaczone nie może zostać odrobaczone" i do końca życia ludzie ci muszą się zmagać z tym wszystkim co przeżyli i zobaczyli. To co "widzimy" w ich relacjach, to niewielki wycinek tego czego doświadczyli, tego czego światkiem byli. W tej branży problemy alkoholowe, narkotykowe i inne nałogi to niemal normalność. Do tego niektórzy borykają się z zespołem stresu pourazowego. Okazuje się, że szara codzienności powoli ich od środka zabija i nierzadko są w stanie poświęcić swoje prywatne życie, aby rozkoszować się wojennym upojeniem. Co ciekawe w większości ludzie ci są zupełnie niepozorni, podobni do tysięcy mijanych każdego dnia. Dobrze maskują swoją naturę.

Autorzy książki zadbali o to, aby bohaterzy mieli możliwość przedstawienia swojego spojrzenia na sytuacje geopolityczną świata i jego przyszłość. Ze względu na swoje przeżycia mają oni do tego pełne prawo i nierzadko ich wywody zaskakują. Szokujące jest to, że ich głos jest tak mało słyszalny wśród głosów tak mocno krytykowanych przez nich decydentów. Dziś reporterzy wojenni zdają się wymierać i nadają coraz ciszej. Na ich miejsce pojawiają się naoczni świadkowie, szarzy ludzie z telefonem. Informacja obiega świat w przeciągu kilku sekund za pomocą mediów społecznościowych.
To wszystko i wiele więcej sprawia, że książka ta jest dość ważna dla ludzi chcących mówić o sobie -obywatel świata, chcących być świadomym. Jest to książka co najmniej trudna w odbiorze. Nie ze względu na styl, czy też błędy edycyjne – jest trudna ze względu na treść.

Wojnę na własne oczy widziało niewiele osób. Pewnie w naszym najbliższym otoczeniu ciężko byłyby znaleźć kogoś takiego. Należy się jedynie cieszyć z takiego stanu rzeczy. O tym, z czym się je wojnę informują nas reporterzy wojenni. To oni biegną ze swoją kamerą, aparatem czy też mikrofonem w stronę, z której wszyscy uciekają. Chcący jak najszybciej i obiektywnie przedstawić wydarzenia, cierpienie i spustoszenie. Obyśmy dożyli czasów, w których ich zawód, ich sposób na życie, przestał być potrzebny.

Artur Borowski

1) Forteca - Kto dziś upomni się o pamięć?


18 września 2015

Na ratunek ("Arter. Ocal mnie" Anna Todd)


"Arter. Ocal mnie" Anna Todd
tom: III
cykl: After
wyd. Między Słowami
rok: 2015
str. 864
Ocena: 3,5/6


W zasadzie na początku powinnam na wstępie napisać, że jestem z siebie niewyobrażalnie wręcz dumna. Dałam radę przeczytać tę książkę, choć powiem wam, nie było łatwo. Nie wiem skąd mi się wzięło przekonanie, że ten tom ma tylko sześćset stron, ale kiedy dobrnęłam do sześćdziesiątej pomyślałam, że już jedna dziesiąta za mną, czyli wkrótce koniec. No niestety, poniewczasie zauważyłam, że liczba stron sięga niemal dziewięciuset i ta przygoda zapewne jeszcze potrwa. Ocal mnie notorycznie lądowało na półce, a ja za każdym razem obiecywałam sobie, że już nie wrócę do lektury. Kilka razy nawet zasiadła do komputera, z zamiarem podzielenia się z wami relacją z tej części, przez którą przebrnęłam. Niestety - nic nie przychodziło mi do głowy, a kursor mrugał jak szalony. W końcu poddałam się i pogodziłam z faktem, że muszę przeczytać trzeci tom After do końca. No więc czytałam. Czytałam. Czytałam. Wyjechałam na wakacje i czytałam w drodze. Dojechałam do Południowej Dalmacji i czytałam dalej. Po pięciu dniach leżakowania w końcu zakończyłam lekturę, skołowana jak i przy poprzednich częściach. Z jednej strony wypełniało mnie zniechęcenie i pewność, że więcej z Anną Todd nie chcę mieć do czynienia. Z drugiej strony miło byłoby dowiedzieć się, jak cała ta historia się zakończy.

Ocal mnie zaczyna się od momentu, w którym Hardin i Tessa zamieniają się poniekąd miejscami. On odkrywa przed nią karty, obiecuje, że już nigdy niczego przed nią nie zatai, że zawsze będzie szczery, robi sobie nawet dla niej tatuaż. Tymczasem to Tess zaczyna mijać się z prawdą. No dobra, może nie do końca mija się z nią, a po prostu nie odkrywa przed Hardinem wszystkich kart. A są one dość kluczowe, bo nie dość, że dziewczyna dostała propozycję pracy w Seattle, którą przyjęła, to jeszcze zdecydowała się przenieść na tamtejszy kampus. Wyjeżdża za kilka dni, wypadałoby więc poinformować o tym ukochanego. Poprosić, by pojechał z nią. Tessa wie jednak, że to nie będzie takie proste. Bo Hardin nienawidzi Seattle i nie ma zamiaru do niego wracać. W jego głowie kiełkuje wizja przyszłości, w której Theresa pakuje swoje tobołki i przenosi się z nim do Anglii. Tego z kolei Tessa nigdy nie ma zamiaru zaakceptować. Jak wyjść z tej patowej sytuacji? Czy lepiej szybko uświadomić o swoich planach mężczyznę swojego życia, czy może poczekać do ostatniej możliwej chwili. Czy związek na odległość ma jakikolwiek sens? Czy rozmowy przez telefon mogą wystarczyć dwójce młodych i, bądźmy szczerych, nimfomatycznych młodych ludzi? By się tego dowiedzieć, należy zapoznać się z trzecim tomem cyklu After, czyli z Ocal mnie.

Sama do końca nie wiem, co takiego było w tej części, że aż tak mnie od niej odrzucało. Wciąż powtarzające się wątki i powracające problemy? Szczegółowe opisy każdego zbliżenia głównych bohaterów? Niczym nieprzerwana relacja z życia codziennego Tessy i Hardina? Poważnie, niewiele brakowało, by autorka wstawiała w tekst powieści notatki wykonane przez Tess na wykładach. Poważnie! Ile można czytać takich głupot? No, ale jak tu je omijać, przecież a nóż widelec wydarzy się coś istotnego i będzie trzeba do ominiętego wątku wracać? Tak źle i tak niedobrze. Cały czas się zastanawiam, czy te obszerne opisy to robota autorki, czy redaktora. Oryginał powieści publikowany był przez Annę Todd na Wattpadzie. Całość zamknęła się w 3 tomach i trzystu rozdziałach. Wersja wydana, już sam trzeci tom, ma tych rozdziałów 143! A poprzednie też miały więcej rozdziałów od pierwowzoru. Do tego do druku poszły dwie części części trzeciej, czyli jeszcze więcej tekstu, niż było pierwotnie.  Kto i co dodał? To chyba wiedzą tylko ci, którzy sięgnęli zarówno po wersje funfiction, jak i po wersję wydawniczą. Z tego co jednak zdążyłam zauważyć, wersja książkowa znacznie różni się od pierwowzoru. Czy więc warto polecać ją wiernym fanom? Jakoś nie jestem przekonana.

Tak więc wciąż się zastanawiam, czy czytać kolejną część, czy też nie. Bo czym jeszcze może mnie ona zaskoczyć? Co może wnieść do mojego życia i postrzegania świata? Raczej niewiele, a w zasadzie pewnie nic. Dodatkowo słowo zaskoczyć zostało dość niefortunnie dobrane. Lepiej byłoby powiedzieć: czym może mnie zdenerwować i zażenować? On nieustannie się piekli, ona bez przerwy się przed nim płaszczy. On wszystkiemu zaprzecza, ona bez przerwy mu wybacza. On staje okoniem bez powodu, ona notorycznie przeprasza. Za każdym razem, gdy wydaje się, że już wszystko będzie w porządku, coś się sypie niczym domek z kart. W końcu w powieści nie może być spokojnie dłużej, niż przez dziesięć stron, bo każdy rzucałby książką w kąt. Prawda? Otóż nie, nieprawda. Bo czytelnicy też czasem chcieli by odpocząć od ciągłej dramy. Poważnie.

Ocal mnie funduje każdemu kto po nią sięgnie morze seksu i niemal tyle samo młodzieńczych dramatów. Osobiście książka mi się podobała, uważam jednak, że wiele scen powinno zostać usuniętych. Wówczas najnowszą powieść Anny Todd czytałoby się o stokroć lepiej.


Sil

14 września 2015

Narzędzie samozagłady ("Mara Dyer. Zemsta" Michelle Hodkin)


"Mara Dyer. Zemsta" Michelle Hodkin
tom: III
cykl: Mara Dyer
wyd. YA!
rok: 2015
str. 464
Ocena: 5/6


And then she'd say, "It's okay
I got lost on the way
But I'm a supergirl
And supergirls don't cry" 1)

Moja fascynacja Marą Dyer miała szansę tego lata sięgnąć zenitu. Powieść już od jakiegoś czasu gościła w mojej biblioteczce, wciąż jednak nie byłam w stanie po nią sięgnąć. Sama nie wiem, czego bałam się bardziej - tego, że seria się skończy, czy tego jak się zakończy. Kiedy w końcu przyszedł czas na Marę, aż drżałam. Czy słusznie? Przyznam, że czas który minął od przeczytania pierwszego tomu zatarł w mojej pamięci niektóre fakty. Zdążyłam na przykład zupełnie zapomnieć, jak ta cała historia się zaczęła. Z głowy wyparowały mi słowa Mary, wypowiedziane w prologu. Jak się okazało w finale, były one dość kluczowe...

Mara Amitra Dyer w drugim tomie serii trafiła do Ośrodka Leczenia Psychiatrycznego "Horyzonty", znajdującego się na No Name Island na Florydzie. Kuracja tam prowadzona, miała jej pomóc uwolnić się od jej przerażającego wewnętrznego Ja. Jak się jednak okazało, z każdym dniem leczenia, z dziewczyną było coraz gorzej. Z jednej strony sama prosiła, by ją wyleczono. Z drugiej zaś, Mara nie była przygotowana na kurację, którą jej zafundowano. Nic jednak nie mogło się równać z tym, co odkryła ona w finale drugiego tomu. Bo kiedy ginie ktoś, dla kogo pragniesz się wyleczyć, jaki sens ma dalsza terapia? Mijają godziny, dni, tygodnie... Mara żyje, ale co to za życie? Dziewczyna co jakiś czas jest budzona, nie po to jednak, by dowiedzieć się, że terapia się zakończyła. Wręcz przeciwnie. Każda kolejna pobudka jest cięższa od poprzedniej. Każdą kolejną trudniej zapomnieć mimo leków, mających w tym pomóc. Nie wszystko jednak idzie zgodnie z planem terapeutów. A przy ostatniej próbie uzdrowienia Mary coś ewidentnie idzie nie tak. To dzięki temu nastolatka ma możliwość ucieczki, niestety, by opuścić mury szpitala, musi zapłacić wysoką cenę. Czy będzie ją na to stać? Czy poświęcenie się opłaci? Czy to, co musi uczynić nie zmieni jej na zawsze? Czy na zewnątrz będzie tak, jak tego oczekiwała? I ostatnie - czy przeczucie jej nie myli? Czy jej ukochany faktycznie żyje? By dowiedzieć się tego, i nie tylko tego, koniecznie musicie sięgnąć po finałowy tom serii Mara Dyer, zatytułowany Zemsta.

Serię Michelle Hodkin naprawdę trudno sklasyfikować. Nie jest to czysty thriller. Nie jest to również fantastyka. Czym więc jest ta trylogia? Zgodnie ze słowami głównej bohaterki, jest to romans. Pokręcony i sensacyjny oraz szalony i niedoskonały. Wspaniały i zwariowany. Z jednej strony zupełnie oderwany od rzeczywistości, a z drugiej... sama nie wiem, taki prawdziwy? Czy to możliwe, by miał on miejsce w świecie realnym? Czy mógł się wydarzyć naprawdę? Może wciąż trwa? Może główna bohaterka to nie postać fikcyjna, tylko dziewczyna z krwi i kości. Która wiele przeżyła. I która jeszcze wiele się wycierpi. Bo jest kim jest i musi się ukrywać.

Mnie Mara Dyer przekonała do siebie i sprawiła, że pokochałam nie tylko serię o niej, ale i myśl, że mogłaby być prawdziwa. Co więcej, uwierzyłam, że nie tylko ona jest realna, ale cała jej zwariowana świta. Noah, Jamie, Stella... to wszystko ludzie z krwi i kości, którzy szukają innych, takich jak oni. Czy ich znajdą? Tego niestety już się nie dowiem... A może jednak?

Zdecydowanie polecam lekturę całej serii, naprawdę warto!

Sil


1) Anna Naklab - Supergirl 


11 września 2015

Niezależnie ("Kochając Pana Danielsa" Brittainy C. Cherry)

"Kochając Pana Danielsa" Brittainy C. Cherry
wyd. Fila
rok: 2015
str. 432
Ocena: 5/6


I always find you
with My Eyes Closed 1)

Są książki, które zapadają czytelnikom w pamięci.
Są historie, od których trudno się oderwać.
Są miłości, których można tylko pozazdrościć.
Są uczucia, o których większości nawet się nie śniło.
Są tragedie, które niszczą człowieka .
Są światełka w tunelu, które dają nadzieję.

Ashlyn Jennings naprawdę chciałaby przestać płakać, ale za każdym razem, gdy zaczyna myśleć, oczy niczym automat uruchamiają łzy. Jeszcze przed chwilą nie była sama. Jeszcze kilka dni temu jej układanka była kompletna, w zasadzie nic jej nie brakowało. Ale wie to teraz, gdy już brakuje w niej elementów. Tak to zwykle bywa, że nim się czegoś nie utraci, nawet się o tym nie myśli. A potem jest już za późno. I tak jest już za późno dla Ashlyn. Wypaliła się. Straciła swoje światełko w tunelu. Już nigdy nie będzie lepiej, bo siostry bliźniaczki nigdy nie odzyska. Nie wie jednak, że może być gorzej. Na pierwszy rzut idzie ojciec, który pojawia się na pogrzebie jakby nigdy nic. A przecież nie widziały się z nim od kilkunastu lat. Nawet o ich urodzinach zapominał, a przecież miał do zakodowania tylko jedną datę. Drugim ciosem była pośmiertna przesyłka od siostry, z którą nie była w stanie się zapoznać. Trzecim, ostatecznym gwoździem do trumny była matką, która postanowiła pozbyć się córki. Ash zawsze czuła, że jest mniej kochana, niż Gabby, nie przypuszczała jednak, że mama ją znienawidzi. Sama mogła mieć do siebie żal o to, że żyje, ale nie przyszło jej do głowy, że rodzicielka też tak pomyśli. To ją niemal zabiło, tym bardziej, że matka zdecydowała się wysłać ją do obcego dla dziewczyny ojca. Czy Ashlyn da radę przetrwać ostatni rok nauki z ojcem, którego nie zna? Czy mała mieścina w stanie Wisconsin - Edgewood okaże się właściwym miejscem na przeżywanie żałoby? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy sięgnąć po powieść Brittainy C. Cherry.

Ze mną to zwykle tak jest, że nim sięgnę po jakąś książkę, to już dawno zapominam, o czym miała ona być. Nie inaczej było z Kochając pana Danielsa. Wystarczyło jednak przeczytać kilka rozdziałów powieści, bym przypomniała sobie, czemu tak bardzo chciałam mieć tę pozycję. Mało powiedzieć, że zatraciłam się w tej historii. Ja nią żyłam. I nie chciałam, by się kończyła. W związku z tym przez kilka dni odwlekałam to, co nieuniknione i czytałam po jednym, może po dwa rozdziały dziennie. Na ostatni rzut zostawiłam sobie epilog i powiem wam, że aż łezka mi się zakręciła...

Oczywiście autorka nie ustrzegła się utartych schematów. Miejscami powieść przypominała mi historie wykreowane przez C. Hoover. Przez chwilę mi to nawet uwierało, ale w zasadzie dość szybko mi przeszło. Całość, z niewielkim wyjątkami zawładnęła mną. Kochając pana Danielsa na pewno pozostanie w mojej pamięci na dłużej. Książkę polecam z czystym sumieniem, zdecydowanie jest warta poświęconego jej czasu.

Sil

1) Davy Nathan & Yan Perchuk - My Eyes Closed



9 września 2015

Ostatkiem sił ("Niezłomni" C.J. Dougherty)

"Niezłomni" C.J. Dougherty
tom: V
cykl: Nocna szkoła
wyd. Otwarte
rok: 2015
str. 400
Ocena: 5,5/6


W życiu każdego człowieka wcześniej czy później dochodzi do straty. Jedni tracą wiarę, inni pieniądz, a jeszcze inni bliskich sobie ludzi. Każda strata boli, jednak większość z nich jesteśmy w stanie przetrwać. Zawsze można zacząć wierzyć w coś innego. Pieniądze można zarobić. Ludzi jednak trudno odzyskać, szczególnie, gdy umierają.

Życie Allie zmienia się jak w kalejdoskopie. Jeszcze nie tak dawno mieszkała z rodzicami i była dość problematyczną nastolatką. Gdy trafiła do kolejnej z rzędu szkoły, spodziewała się, że będzie tak jak zawsze. Nic bardziej mylnego. Bo szkoła, w której umieścili ją rodzice, bardzo się różniła od wcześniejszych placówek. Najtrudniej było Allie zrozumieć skąd rodzice wzięli na nią pieniądze... I to wkrótce przestało być tajemnicą. Tak ta cała historia się zaczęła, a jak się skończyła? Tom czwarty dość poważnie zamieszał czytelnikom w głowach. Wydawałoby się, że bohaterka w końcu wybrała obiekt swoich uczuć. Poznała przeszłość swojej rodziny i rysującą się przed nią przyszłość. Zaczęła zaznajamiać się z babcią.  Odkryła co i do kogo czuje. A na końcu wszystko w zasadzie straciła. Zobaczyła nowe oblicze Nathaniela. Oraz zupełną zmianę frontu w wykonaniu własnego brata. Zobaczyła śmierć, a także poświęcenie ludzi dla niej samej. I ledwie to przeżyła. Z jakimi siłami pokaże się nam w finałowej części Nocnej szkoły? Czy da radę przetrwać i przezwyciężyć wyzwania, jakie zgotował jej największy wróg? Czy odzyska choć część tego, co utraciła w części czwartej? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy przeczytać Niezłomnych.

Nocną szkołę pokochałam w zasadzie od wstępnych zdań pierwszej części serii, i z każdą kolejną jej odsłoną było tylko lepiej. Co prawda czasem irytowało mnie postępowanie Allie i nie byłam w stanie zrozumieć i zaakceptować jej wyborów, ale to nie przeszkadzało mi cieszyć się tą serią. Szczególnie, że ostatecznie wybór podjęty przez dziewczynę był takim, jakiego pragnęłam.

Finał nie przyniósł mi rozczarowania, a tego bardzo się obawiałam. Nie jest w końcu łatwo utrzymać poziom w pięciotomowej powieści. Autorce się to jednak udało. Książka od początku trzymała mnie w napięciu. Czułam poddenerwowanie w zasadzie w trakcie lektury każdego rozdziału. Wciąż czekałam na jeszcze większy dramat, jakoś nie spodziewałam się, że jakikolwiek wątek mógłby zostać zakończony pozytywnie. Nic bardziej mylnego. Autorce udało się mnie oszukać, za co jestem jej dozgonnie wdzięczna. Aż trudno mi uwierzyć, że to już koniec przygód Allie, Cartera, Sylvaina i ich przyjaciół. Czy to źle, że chciałabym jeszcze o nich poczytać? Chyba nie :) Z mojej strony to już wszystko, odmeldowuję się i wyruszam na poszukiwania swojej własnej Nocnej szkoły. Słyszałam, że w Polsce też ma mieć swoją placówkę, a nóż widelec się do niej dostanę? Was zachęcam do lektury tego cyklu, bo zdecydowanie warto.

Sil


7 września 2015

Droga do domu ("Cierpliwość diabła" Maxime Chattam)


"Cierpliwość diabła" Maxime Chattam
wyd. Sonia Draga
rok: 2015
str. 448
Ocena: 4,5/6


Broken stones, broken lightning
This house of doubt is all we know
Chasing down the silver linings
Of wounded minds and wounded souls
1)

Szukasz domu. Chcesz znaleźć swoje miejsce na ziemi. Plączesz się, tracisz orientację w terenie, nie wiesz, co ze sobą zrobić. Wewnętrznie szalejesz, wpadasz w obłęd, bo wciąż jest nie tak, jak być powinno. Potrzebujesz zmiany i to natychmiastowej. Powrotu do momentu, w którym wszystko było jak należy. Ktoś pilnie musi ci wskazać drogę do domu.

Porucznik Ludivine Vancker w ubiegłym roku przeżyła nie małą traumę. Śledztwo, które prowadziła wraz ze swoim zespołem doprowadziło do śmierci wielu jego członków. Lulu czuła, że jedynym sposobem na poradzenie sobie z tą traumą jest praca. Jeszcze więcej pracy. Dokształcała się więc, jak tylko mogła. Kryminologia, psychologia - a to dopiero początek. Wszystko by jak najszybciej wyciągać wnioski i łapać przestępców, których - o dziwo, ostatnio było jak na receptę. W związku z tym Ludivine potwornie się nudziła, a to z kolei doprowadzało ją na skraj jej własnej przepaści. Popełniała błędy, na które normalnie by sobie nie pozwoliła. Była dopiero wiosna, a już wykorzystała trzy z pięciu przewinień, na jakie pozwalała sobie rocznie. Aż strach pomyśleć, co będzie dalej... Na szczęście dla Lulu trafiła się jej akcja, dzięki której poziom adrenaliny we krwi powinien znacznie wzrosnąć. Niby nic, współpraca z zespołem antynarkotykowym i przejęcie jednego z transportów. Lepsze to jednak, niż nic nie robienie. Ludivine i jej partnera przydzielono do przejęcia zwiadowcy transportu, który ostatecznie okazał się być głównym przewoźnikiem... Tyle, że w jego pojeździe nie znaleziono ani grama narkotyków, tylko coś o wiele bardziej przerażającego i, jak się okazuje - cenniejszego. Ludzkie skóry, których właściciele na pewno nie pozbyli się dobrowolnie. Co skłoniło oprawcę do ściągania z ludzi skóry? Czy jest szansa, że którąkolwiek z jego ofiar przeżyła? Co kierowało ludźmi, którzy zgłaszali zapotrzebowanie na taki towar? Czy to możliwe, by ta zbrodnia była tylko jedną z wielu? Ilu seryjnych morderców może kryć się tuż za rogiem? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy sięgnąć po jedną z najnowszych powieści Maxime Chattam zatytułowaną Cierpliwość diabła.

Przyznam, że miałam pewne opory wobec tej powieści, dlatego też nie sięgnęłam po nią bez zastanowienia zaraz po jej otrzymaniu. Nie ma co ukrywać, chwilę u mnie poleżała, wzięłam ją na urlop, ale nastawiona byłam raczej na lekturę raczej mało zobowiązujących powieści. Okazało się jednak, że Cierpliwość diabła zaczęła do mnie przemawiać. Rozpoczęłam czytanie, ale obiecałam sobie, że jak mnie nie wciągnie, to odłożę ją do szafy i wrócę do niej po wakacjach. Na szczęście nie było takiej potrzeby, bo wsiąkłam w nią zupełnie.

Nie mogę powiedzieć, że powieść mnie zauroczyła. Trudno w tym wypadku nawet o stwierdzenie, że nie mogłam od niej oderwać wzroku. Wręcz przeciwnie, ogrom okropieństw, jaki miał miejsce w Cierpliwości diabła przytłaczał w takim stopniu, że co kilka rozdziałów musiałam odpoczywać od czytania. A potem śniły mi się koszmary. Jeśli więc ktoś liczy na takie efekty, to zdecydowanie powinien sięgnąć po tę powieść. Polecam ją również wszystkim fanom serii Thriller wydawnictwa Sonia Draga. Zdecydowanie warto.

Sil


1) Dotan - Home II

Baza recenzji Syndykatu ZwB

30 sierpnia 2015

Bookowo 8/2015 (30)

Miesiąc się już kończy, a u mnie na blogu taka cisza. Tak mało działo się tu w sierpniu. Nie, żeby u mnie się nic nie działo... Wyjechałam na urlop. Starałam się oczyścić umysł. Nie myśleć o dość bolesnych sprawach, szykować się na nadchodzącą jesień. Dla mnie pełną wrażeń i, mam nadzieję, owocną. Sierpień był więc leniwy (poza tym, że pracowity, bo najpierw musiałam przygotować się w ekspresowym tempie do urlopu - podjęliśmy decyzję o wyjeździe w tydzień, a potem musiałam skupić się na nadrabianiu zaległości). Oczywiście czytałam i, to się może wydać dziwne - pisałam recenzję. Mam więc ich kilka w zanadrzu, ale będę je wstawiała we wrześniu. Póki co jeszcze w ramach wspomnień wakacyjnych:



A teraz już bardziej tematyczne- mini stosik - sierpniowy :)


After. Bez siebie nie przetrwamy - Anna Todd, oczywiście od wydawnictwa Między Słowami (recenzja poprzedniej części już wkrótce). 

Piękna katastrowa i Chodząca katastrofa (którą teraz czytam i zapomniałam postawić na półce) - Jamie McGuire od wydawnictwa Albatros. 

Świat bez książąt - Soman Chainani od wydawnictwa Jaguar. 

Już tradycyjnie - coś przypadło wam do gustu?