Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ostatnia spowiedź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ostatnia spowiedź. Pokaż wszystkie posty

14 listopada 2014

Wieczność („Ostatnia spowiedź III” Nina Reichter)

„Ostatnia spowiedź III” Nina Reichter
tom: III
wyd. Novae Res
rok: 2014
str. 376
Ocena: 5/6


Wieczność znaczy "na zawsze", a nie "zawsze"*
Więc znów rozkładam przed Tobą talię kart, a Ty losuj. Wybieraj między miłością, wiarą i nadzieją. Zobacz prawdę tylko po to, by wspomnienia nabrały jaśniejszego znaczenia i byś mógł przyznać, że były przepiękne - choć to, co stało się potem, sprawia, że odwracasz od nich wzrok. Zobacz prawdę, byś jak zwykle pominął fakt, że ma ona różne oblicza, a to jedno jedyne, które dostrzegasz, jest tylko jej obrazem odbijającym się w Twoich oczach.**

Wątpliwości. Niepewność. Zwątpienie. Wiele emocji targało mną, nim sięgnęłam po trzeci tom Ostatniej spowiedzi. Poprzednie części bardzo mi się podobały, ale... Niestety w obu przypadkach były pewne "ale". Niektóre zachowania bohaterów nie pasowały mi do całości. Niektóre sceny wydawały się sztuczne i wydumane. Niektóre uczucia tak słodkie, że aż mało prawdopodobne. Jednak summa summarum  ostatecznie w obu przypadkach byłam na tak. I chciałam więcej. I dostałam. Jedyne pytanie mnie tylko dręczyło: czy tym razem się nie zawiodę kompletnie?

Allison Ann Hanningan i Bradin Rothfeld są najzwyczajniej w świecie szczęśliwi. Żyją przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Nie mogą wytrzymać bez siebie dłużej niż kilka minut, a gdy już się widzą, bezsprzecznie iskrzy między nimi. Od kilku miesięcy są zaręczeni, a także usilnie próbują sprowadzić na świat jeszcze jednego, małego człowieczka. Oczywiście jest również druga strona medalu, mianowicie kontrakt, jaki Bradin wraz z Bitter Grace podpisali. Idea była taka, by każda fanka czuła się jak potencjalna przyszła pani Rothfeld. By ją zrealizować wokalista miał, przynajmniej publicznie, uchodzić za smutnego, wciąż poszukującego siebie i swojej drugiej połówki singla. Tak więc jego związek z Ally od początku musi być ukrywany. Niby ludzie z branży wiedzą, kto z kim i kiedy, ale nikt nie mówi nic głośno, więc ich związek nie jest nigdzie opisywany, ani szeroko omawiany. Niby zaręczyny i chęć spłodzenia potomka z zasady powinny zmienić ten stan rzeczy, albo przynajmniej zmusić Ally i Brade'a do myślenia o tym, co będzie dalej, w rzeczywistości jednak nie ma to wpływu na ich postępowanie. Wszystko jednak ulega zmianie, gdy Bitter Grace jedzie w trasę koncertową, podczas której sprawy mocno się komplikują. Czy zakochanej po uszy parze uda się utrzymać związek w tajemnicy? Czy ich wieczna miłość będzie trwała do samego końca? Czy coś, lub ktoś, będzie w stanie ich rozdzielić? By się tego dowiedzieć, koniecznie musicie sięgnąć po serię Ostatnia spowiedź, i przekonać się na własnej skórze.

Przyznam wam się do czegoś. Gdzieś w okolicach trzysta dziesiątej strony wzięły we mnie górę emocje. I to takie negatywne. Zdenerwowałam się i napisałam recenzję. Podzieliłam sobie powieść na trzy części i każdą opisałam osobno. Bo nie wiedziałam, jak inaczej przekazać to, co czułam. A byłam najzwyczajniej w świecie wściekła. I nie planowałam czytać dalej. Wyszłam z założenia, że czytanie kolejnych pięćdziesięciu stron było stratą czasu. Napisałam co chciałam i... jednak skończyłam książkę. Jak się można było spodziewać, recenzja wylądowała w koszu. Stała się mało aktualna, a co za tym idzie nie za bardzo nadawała się do publikacji. Nie zmienia to jednak faktu, że i tak musiałabym wydzielić w trzecim tomie Ostatniej spowiedzi kilka części, zupełnie różnych od siebie. Pierwszych kilkadziesiąt stron mnie zachwyciło. Zaczęłam czytać w nocy i jak się można było spodziewać, zarwałam nockę. Jedynie zdrowy rozsądek mnie stopował i ostatecznie zostawiłam sobie trzy godziny na sen, tak żeby w pracy wyglądać w miarę przytomnie. To było coś. Czytało się bardzo dobrze i płynnie. Tekst wciągał, był pasjonujący i trzymany w rewelacyjnym klimacie. Widać, że autorka płynęła na fali poprzednich części, bo początek utrzymany był właśnie w ich tonacji. Później oczywiście wszystko się zawaliło. Takie wielkie łubudu jest oczywiście bardzo często wykorzystywane przez autorów. Nina Reichter pod tym względem niczym nie różni się od innych pisarzy. W każdym tomie swej opowieści ukazywała wielkie rozterki głównych bohaterów i skutecznie, ale na chwilę, ich ze sobą rozdzielała. I tak, mniej więcej od jednej trzeciej powieści ponownie przeżywamy załamanie tego wyśmienitego związku. Tym jednak razem bohaterowie na tyle tragicznie reagują na wydarzenia, że ich miłość staje pod wielkim znakiem zapytania. Aż dziw bierze, jak łatwo zdeptać te wszystkie wielkie słowa. Osobiście jestem dość dziwnym czytelnikiem i nie lubię, gdy wszystko jest tak pięknie i cukierkowo. Trochę się więc nawet cieszyłam z rozwoju sytuacji, a z każdą przeczytaną stroną upewniałam się, że Ally może w końcu znaleźć osobę, która będzie ją kochała bezwarunkowo. Oczywiście nie byłby to związek bezproblemowy, ale zdecydowanie o wiele zdrowszy. Niestety, Nina Reichter postanowiła spłatać czytelnikom figla i gdzieś w okolicach trzy setnej strony przetasowała karty. W zasadzie w jednej chwili przewróciła wszystko do góry nogami, i zaś w powietrzu zaczęły unosić się czerwone serduszka, a bohaterowie zachowywali się, jak wypalili dużo, wyjątkowo uwznioślającego zioła. Jak dla mnie, było zbyt landrynkowo, kiczowato i wręcz nierealnie. Nagle problemy, które przerosły Ally i Bradina przestały mieć znaczenie. Chyba się ze mną zgodzicie co do tego, że miałam prawo się zdenerwować? No bo, poważnie, ile lukru można znieść? Byłam przekonana, że tak, albo jeszcze słodziej, będzie już do samego końca. I nie chciałam dalej czytać. Poważnie. Na szczęście jakiś wewnętrzny głosik zmusił mnie do kontynuowania lektury, która wiele zmieniła w postrzeganiu przeze mnie całej serii.

Jest coś, co przez całą Ostatnią spowiedź nie dawało mi spokoju, a w trzecim tomie denerwowało mnie niemiłosiernie. Autorka nieustannie w tekst wtrącała cytaty z samych bohaterów, zarówno z dopiero co miniętych stron, jak i z poprzednich części serii. Niektóre zdania powtarzane były po kilka, a może i nawet kilkanaście razy. Jak dla mnie to już przesada, która dość poważnie odrzucała mnie od książki.

Patrząc teraz na cały trzeci tom wciąż dzielę go sobie w głowie na cztery części, z których pierwszą oceniłabym na pięć, drugą na cztery i pół, trzecią (bardzo krótką) na słabe trzy i ostatnia na sześć. W zasadzie powinnam więc całość ocenić na jakieś cztery i pół. Po głębszych przemyśleniach zdecydowałam się jednak na piątkę. Bo końcówka, choć gdzieś to już widziałam, była ekstra. Gdyby całość utrzymać w tym klimacie, powieść zyskałaby u mnie pewną i mocną szóstkę, ale niestety, stało się inaczej. Komu polecam? Na pewno wszystkim, którzy czytali poprzednie części, a całą serię każdemu, kto chciałby zatopić się w niezwykłym i dość surrealnym świecie muzycznej kliki i jej problemów. W ostatecznym rozrachunku, zdecydowanie warto.

Sil
* str. 349

** str. 95

16 września 2013

Miłość kwitnie wokół nas... („Ostatnia spowiedź” Nina Reichter)

„Ostatnia spowiedź” Nina Reichter
wyd. Novae Res
rok: 2012
str. 386
Ocena: 5/6


On – przystojny, przebojowy i absolutnie niedostępny. Pan życia, jedyny w swoim rodzaju, ubóstwiany przez tłumy kobiet. Na co dzień skromny chłopak, którego powoli zaczyna przytłaczać to, co osiągnął, choć przecież to spełnienie jego największych i najskrytszych marzeń. O wszystkich problemach zapomina, gdy wychodzi na scenę i oddaje się swojej pasji. Gdy z jego gardła wydobywają się dźwięki, gdy zespół składający się z jego rodziny i przyjaciół generuje swoim sprzętem pierwsze akordy, wszystko przestaje mieć znaczenie. Są tylko chłopaki z Bitter Grace i ich muzyka. Jednak gdy piosenka się kończy, gdy melodia ustaje, słychać tylko  jedno – tłum rozwrzeszczanych, oszalałych na punkcie zespołu, a przede wszystkim wokalisty – Bradina Rothfelda, fanek. Od momentu gdy Brade zaczął karierę w zasadzie zapomniał o życiu osobistym – plan był konkretny – zaczarować swoją muzyką kobiety. Sposobem na to miał być właśnie Bradin i jego cudowna, chłopięca uroda. Już dawno cały zespół, na czele z ich menagerem – Patrickiem Horstem, stwierdzili, że tylko dzięki singielskiemu trybowi życia wokalisty mogą utrzymać fanki w ryzach. Każda kobieta, która pojawiała się w życiu Bradina, niezwłocznie powodowała spadek popularności zespołu. Przede wszystkim z tego powodu chłopak jest sam, tylko... czy mu to pasuje? Czy tak widzi swoją przyszłość? Czy tak wyobrażał sobie robienie wielkiej kariery i bycie mega popularnym? Chyba nie do końca...

Ona – śliczna, dojrzała i wewnętrznie roztrzaskana. Sercem wieczna Amerykanka, ciałem – rozerwana pomiędzy dwoma kontynentami. Jeszcze gdy była mała rodzice zdecydowali o przeprowadzce do Francji. Dla nich wówczas ten kraj niósł za sobą lepsze perspektywy. Gdy Allison Hanningan dostatecznie dorosła, rodzice wysłali ją ponownie do USA. Samą. Od tej chwili to Nowy Jork stał się jej rodziną i to z tym miejscem wiązała swoje życie. Przez przeszło trzy lata radziła sobie zupełnie sama. Uczyła się, od czasu do czasu doglądała ją ciotka, a rodzice regularnie przelewali pieniądze na utrzymanie. Ally próbowała znaleźć swoje miejsce na ziemi i w końcu odkryła, że jej wielką pasją jest fotografia. Gdy brała aparat do ręki zapominała o otaczającym ją świecie. Liczyło się tylko dobre zdjęcie. Dość szybko Ally znalazła również w NJ miłość. Cudowny Adam był ucieleśnieniem jej nastoletnich marzeń o mężczyźnie życia. Przystojny, dobry, kochany. Ideał. Aż do momentu, gdy się okazało, że ma żonę. Miłość robi z człowiekiem co chce, to też zrobiła z Al. Dziewczyna mimo cichego, wewnętrznego sprzeciwu, została z Adamem wierząc w to, że mężczyzna odejdzie od żony. Mijały jednak dni, miesiące, lata... i nic takiego nie miało miejsca. Jak się można domyśleć, ten związek nie zakończył się dla Allison szczęśliwie. Wkrótce po jego rozpadzie rodzice wyswatali ją z synem przyjaciół rodziny, niemal dziesięć lat starszym Christophem, a później zdecydowali za nią, że dalsza część jej edukacji będzie miała miejsce w Lyonie. Nie pozostawili jej wyboru – albo związek z Chrisem i studia prawnicze, albo zakręcenie kurka z pieniędzmi i rozpoczęcie życia zupełnie na własną rękę. Ally czuła, że nie ma wiele do stracenia, spakowała więc walizkę i udała się w podróż do Europy. To właśnie w jej trakcie, zupełnie przez przypadek, na jej drodze staje chłopak aparycją przypominający piękną kobietę. Łączy ich silna potrzeba zapalenia papierosa. Czy połączy coś jeszcze?

Kilka miesięcy temu ktoś, dziś już nawet nie pamiętam kto, napisał mi w komentarzach, że koniecznie powinnam przeczytać Ostatnią spowiedź. Zwykle sama decyduję o tym, po jaką książkę i kiedy sięgnę. w tym jednak wypadku, ta jedna sugestia zadziała na mnie dość poważnie, bo niezwłocznie po niej zaczęłam zabiegać o tę książkę. Niestety wtedy się nie udało. Na szczęście niedługo po tamtych wydarzeniach okazało się, że wkrótce premierę będzie miała druga cześć trylogii. I tak oto stałam się posiadaczką powieści autorstwa niejakiej Niny Reichter. Wcześniej zupełnie nie interesowało mnie ani skąd się wzięła autorka, ani jak wpadła na pomysł napisania tej serii. Nie interesowało mnie to również, gdy zaczynałam czytać książkę. Teraz, gdy mam już za sobą pierwszą część, zapragnęłam poznać autorkę. Niestety w tym wypadku ani sama książka, ani Internet, nie okazały się dla mnie skarbnicą informacji. Jedyne czego się dowiedziałam to to, że autorka jest prawniczką i fanką Tokio Hotel. Pierwotnie jej powieść była publikowana na blogu jako fanfick, w którym, jak się można było spodziewać, głównymi bohaterami byli nie muzycy z Bitter Grace, a z Tokio Hotel.

Powiem szczerze, że cieszę się, że dopiero po lekturze książki dowiedziałam się kto był pierwowzorem głównego bohatera. Sama wyobrażałam sobie Bradina zupełnie inaczej i w moim przekonaniu jest on dalece odległy od Billa z Tokio Hotel. Co więcej, w powieści wyraźnie zaznaczany jest fakt, jak mało prawdopodobne jest to, że Ally nie wie kim jest Brade i przez wiele miesięcy traktuje go jak zwykłego chłopaka. W końcu Bitter Grace jest tak bardzo znane na całym świecie. Każda kobieta wie, kim jest Bradin. W książce w końcu okazuje się, że jednak nie każda, ale ta j
edna, stanowi wyjątek. Osobiście wydaje mi się, że choć faktycznie o Tokio Hotel swego czasu było bardzo głośno, to na świecie istnieje wiele kobiet, które nie miały i do tej pory nie mają pojęcia, kto w tym zespole gra. Ja, na przykład, do dnia dzisiejszego nie wiedziałam ani jak nazywają się członkowie tej grupy, ani jak każdy z nich wygląda. Miałam jedynie ogólne pojęcie, że to zespół młodzieżowy, grający coś „a’la” rock i małolaty kilka lat temu umierały na ich widok. Tyle. Jestem już dość „wiekowa”, więc chyba nie zaliczam się do grupy wiekowej, o której w powieści była mowa.

Ostatnia spowiedź bardzo mnie wciągnęła. Nie potrafiłam się od tej książki oderwać i muszę przyznać, że zarwałam przez nią jedną czy dwie noce. Kiedy nie czytałam, byłam na prawdziwym głodzie. Chciałam więcej i więcej. Niestety im dalej zagłębiałam się w powieść, tym więcej jej wad widziałam. Miejscami była bardzo płytka, a nawet infantylna. Wówczas również akcja była przewidywalna i typowa dla brazylijskich seriali – on widział coś, czego naprawdę nie było, ona nie potrafiła się wytłumaczyć albo unosiła się honorem – związek przechodził kryzys. Na szczęście taka tendencja nie utrzymywała się przez całą powieść, zwykle trzymała ona odpowiedni poziom. Tylko zakończenie... może nie tyle, że mnie rozczarowało, ale było nie takim, jakiego się spodziewałam. Dało jednak idealną możliwość do napisania kolejnej części. Jestem jeszcze przed jej lekturą, liczę jednak, że autorka dobrze wykorzystała czas i pomysł jaki miała i w drugim tomie będzie mniej denerwujących mnie szczegółów, niż w części pierwszej. Mimo wszystko oceniam książkę bardzo dobrze i zachęcam do jej lektury.


Jeden dzień. Jedna chwila. Tyle zmian. Czy Ally i Bradin sobie z nimi poradzą? Czy będą potrafili zmienić swoje życie? Czy nic nie stanie im na drodze ku nowym celom? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po pierwszy tom trylogii Ostatnia spowiedź autorstwa Niny Reichter.