Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sierpień 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sierpień 2013. Pokaż wszystkie posty

7 października 2013

Z miłości... („Jak oddech” Małgorzata Warda)

„Jak oddech” Małgorzata Warda
wyd. Prószyński i S-ka
rok: 2013
str. 344
Ocena: 5/6


Miłość, gdy się ją już spotyka, trzeba bardzo szanować. Niezwykle łatwo jest się zatracić i utracić to, co w niej najważniejsze. Te motyle w brzuchu. Tę głowę w chmurach. Te zdawałoby się niewyczerpane pokłady zaufania do drugiej osoby. Na niektórych miłość spływa wcześnie, w stosunkowo młodym wieku. Innych dotyka u kresu ich wędrówki – gdy pozostaje im niewiele czasu na cieszenie się nią. W życiu Jasmin i Staszka jedno od niemal zawsze było pewne – mają siebie i zawsze, ale to absolutnie zawsze, będą blisko siebie. Młodzi poznali się, jeszcze nim przyszli na świat. Ich matki – Renata i Alicja, od lat były najlepszymi przyjaciółkami. Poznały się jako nastolatki – wychowywały się w jednym domu zastępczym i raczej nie można powiedzieć, że miały szczęśliwe dzieciństwo. Kiedy więc obie, niemal jednocześnie (różnica około pół roku) zachodzą w ciążę, targają nimi sprzeczne uczucia. Czy podołają? Czy są przygotowane na macierzyństwo? Czy powtórzą błędy swoich rodziców? Czy ich pociechy będą miały inne dzieciństwo niż one? Alicja nigdy nikomu się nie przyznała, kim był ojciec Staszka. Nawet Renata nie była w tę kwestię wtajemniczona. Dziewczyna od początku zdecydowała, że wychowa dziecko zupełnie sama, bez niczyjej pomocy. Zresztą, może nawet sama nie wiedziała, z kim wpadła? Z drugiej strony dla Renaty ciąża była spełnieniem marzeń. Był mąż, były pieniądze, znalazł się więc i czas i chęci na powiększenie rodziny. Tak więc w wychowywaniu Jasmin brało udział dwoje rodziców.

Dzieciaki od najmłodszych lat chowały się wspólnie, jak brat z siostrą. Renata zajmowała się Staszkiem kiedy tylko się dało – w końcu Alicja chciała skończyć studia i zapewnić synkowi jako taki start w życiu. Maluchy, wbrew powszechnej opinii, były w pełni świadome, że nie są rodzeństwem, a nawet rodziną (w rozumieniu biologicznym). Niespełna 7-mio letnie dzieci przesądziły o swym losie. Zdecydowały, że resztę życia chcą spędzić razem dzieląc się troskami i radościami. Dość szybko okazuje się, że dziecięce przyrzeczenia nie były jedynie niemożliwymi do spełnienia mrzonkami. Młodych faktycznie połączyła miłość. Pierwsze pocałunki. Pierwsze pieszczoty. Ten pierwszy raz. Staszek i Jasmina to wszystko współdzielili. Można by rzec, że życie układało im się jak w bajce, aż do czasu, gdy młodzi postanowili razem zamieszkać. Choć może już wcześniej zaczęło się coś psuć? Może źle było od samego początku? Może Staszek i Jasmina nigdy się tak naprawdę nie kochali? Być może działali na siebie toksycznie? Może nigdy nie powinni byli zostać parą? Czyżby za późno zadali sobie kluczowe dla nich samych pytania? A może wcale sobie ich nie zadali i to właśnie ich zgubiło? Bo nagle, w połowie września, tuż po tym jak Jasmin wraca z długiego pobytu w Pradze, Staszek znika. Bladym rankiem wychodzi do pracy i przepada jak kamień w wodę. Po przepisowych 48 godzinach zaczynają się zakrojone na szeroką skalę, oficjalne poszukiwania chłopaka. Gdzie one doprowadzą policję? Czego o Staszku dowie się jego rodzina? Jak te poszukiwania zniesie Jasmin? Czy chłopak się odnajdzie? By się tego dowiedzieć koniecznie należy przeczytać powieść Małgorzaty Wardy zatytułowaną Jak oddech.

Dla mnie lektura tej książki była zupełną niespodzianką. Nie planowałam jej. Nie brałam pod uwagę. Nie znajdowała się ona w mojej biblioteczne i nie miałam jej na liście „must read” w trakcie urlopu. A jednak trafiła ona w moje ręce z wyraźnym wskazaniem „Musisz to koniecznie przeczytać”. I z wielką przyjemnością się z nią zapoznałam. Lektura pochłonęła mnie całkowicie, sprawiając, że nawet gdy ją odkładałam, nie mogłam wyrzucić jej z głowy. Była jak narkotyk – totalnie uzależniająca. Była jak piękny widok – absolutnie wciągająca. Była jak najgorszy koszmar, z którego nie da się obudzić – przerażająca.

Choć trudno w to uwierzyć z każdą przeczytaną stroną fabuła stawała się coraz wyraźniejsza, a równocześnie – bardziej niezrozumiała i zagmatwana. Z jednej strony czytelnik poznawał coraz więcej faktów, z drugiej – wiedział coraz mniej. Bo to, czego się dowiadywał nic nie wyjaśniało, wręcz przeciwnie. Tak naprawdę nawet zakończenie jest niejasne. Każdy może je interpretować wedle własnej opinii. Wydaje mi się, że rozgryzłam zagadkę tej powieści. Nie dałam się wieść usilnym zabiegom autorki i wiem jaki był finisz całej historii. Ale czy jestem tego zupełnie pewna? Nie. Bardzo bym chciała poznać dalsze losy bohaterów, czuję jednak, że nie będzie mi to dane. Szkoda... a może jednak nie? Teraz już niczego nie jestem pewna. No może poza tym, że ZDECYDOWANIE WARTO PRZECZYTAĆ TĘ POWIEŚĆ!!!

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Agnieszki Lingas-Łoniewskiej :)

4 października 2013

Wybór („Doktor śmierć” Jacek Caba)

„Doktor śmierć” Jacek Caba
wyd. Albatros Kuryłowicz
rok: 2012
str. 352
Ocena: 4,5/6


Rak krtani – przeważnie występuje u mężczyzn, którzy przekroczyli już 50 rok życia, zwykle palących i nadużywających alkohol. Jest to jeden z najczęściej występujących nowotworów złośliwych, przy czym, jest niemal całkowicie wyleczalny. Zwykle umiejscawia się w węzłach chłonnych i daje szybkie objawy. Leczenie – tylko i wyłącznie operacyjne. Niestety – konieczne jest wycięcie krtani, a to zwykle skutkuje utratą zmysłu mowy. Coś za coś... gorzej jednak, gdy nowotwór zagnieździ się w zachyłku gruszkowatym. Wówczas o żadnym ratunku nie może być mowy...

Aleks Wendt jest w miarę szczęśliwym człowiekiem. Na co dzień robi to, co lubi i prowadzi życie na takim poziomie, jaki mu w zupełności odpowiada. Oczywiście, gdyby zarabiał odrobinę więcej nie byłoby źle, ale jakoś nie pociąga go prowadzenie prywatnej praktyki.  Jego koledzy z pracy, którzy wkroczyli na omijaną przez niego ścieżkę, wiecznie są w biegu, nigdy na nic nie mają czasu. Często zapominają przy tym o czynnikach, które skłoniły ich do wyboru takiej, a nie innej profesji. Powołanie. Pierwotna chęć czynienia dobra. Bezinteresowna pomoc bliźnim. W pewnym momencie te wszystkie bardzo szlachetne pobudki gdzieś się rozmywają i niewiele z nich pozostaje. Aleks nie chce przypominać tego otaczającego go tłumu, dlatego twardo trzyma się swoich zasad i pracuje wyłącznie w jednym szpitalu. Poza pracą jego życie praktycznie nie istnieje, chyba że akurat trafia się weekend, który może spędzić z Marysią, jego kilkuletnią córeczką. Tylko wówczas ma okazję zapomnieć o trudu i znoju codziennej pracy, o ciężko chorych, o śmierci. Najgorsza w jego codzienności jest bezsilność, gdy okazuje się, że nie ma szans na uratowanie pacjenta. Gdy rak krtani umiejscawia się w jedynym, niewłaściwym miejscu, nie ma jak pomóc cierpiącemu. Można jedynie, minimalnie, ograniczać jego ból. To jednak działanie bardzo krótkotrwałe. Ciągłe ataki duszności, niewyobrażalny ból, strach... Za tą częścią swojego zawodu Aleks nie przepada. Najgorsze jest to, że od razu wie, jakiego typu pacjent mu się trafił i nic nie może z tym zrobić. Przecież nie odprawi go z kwitkiem, musi mu pomagać, póki czuwająca nad nami wszystkimi siła wyższa nie postanowi zabrać go do siebie. Gdy w trakcie obchodu przydzielony zostaje Aleksowi Władysław Szymański, młody lekarz wie, że czeka ich ciężka i raczej przewidywalna wspólna podróż. Stara się jednak zająć nim najlepiej, jak potrafi. Tylko... czy będzie potrafił? I, co najważniejsze, czy będzie chciał?

Książka porusza bardzo trudny, i do dziś nierozwikłany problem, jakim jest eutanazja. Każdy w obliczu Stwórcy jest równy. I każdy może decydować o swoim życiu. Zakazuje się tylko jednego – decydowania kiedy i w jakich okolicznościach się umrze. Szkoła, przyjaciele, kariera – to wszystko zależy od danej jednostki. Robi się coś, by coś osiągnąć. Ze śmiercią jednak tak nie jest. Oczywiście człowiek może popełnić samobójstwo i w ten brutalny sposób zakończyć swój żywot. Można podpisać zakaz resuscytacji, wówczas nikt nie będzie przywracał nas z drogi w świetlistym tunelu. Rzecz jednak nie w tym, by samemu odebrać sobie życie lub by umierać w męczarniach. Walka toczy się o to, by śmierć przyjąć godnie, a to jest możliwe tylko wówczas gdy wystarczająco wcześnie się na nią zdecydujemy i wystarczająco spokojnie opuścimy świat żywych. Najłatwiej by było, gdyby wystarczyła prośba, oczywiście uzasadniona, na skutek której lekarz podawałby odpowiednie leki przyspieszające nieuniknione. Niestety w chwili obecnej takie zachowanie traktowane jest jak morderstwo. Czy jednak słusznie? Czy rzeczywiście inni, uprawnieni, nie powinni mieć możliwości realizowania naszych próśb?

Powieść Doktor śmierć to pozycja dobra, niestety nie bardzo dobra. Piszę niestety, bo odrobinę się zawiodłam. Postawiłam książce za wysoką poprzeczkę, wymagałam od niej za wiele, chciałam, żeby była fantastyczna. A była dobra. Czytało się ją przyjemnie i szybko, ale nie fenomenalnie. Spodziewałam się, że nie będę mogła się oderwać od lektury. Odrywałam się jednak bez problemu. Muszę jednak przyznać, że przy każdym jej „odstawieniu” niezmiennie powracałam do niej myślami. Co będzie dalej? Jak rozwinie się historia? Jak się zakończy? Kto wyjdzie z niej obronną ręką? O co tak naprawdę w niej chodzi?

Autor dość długo każe nam czekać na rozwój wydarzeń. Gdy w końcu do niego dochodzi nagle wszystko przyspiesza i niemal równie szybko się kończy. Oczywiście nie mam nic przeciwko wprowadzeniom, wydaje mi się jednak, że to było zbyt długie. Zakończenie, mimo wszystko, było dość zaskakujące. Nie spodziewałam się, że autor wymyśli aż tak przebiegłą intrygę.


Czy Aleks poradzi sobie z brzemieniem, który spoczął na jego barkach? By się tego dowiedzieć koniecznie należy przeczytać Doktora śmierć. Zachęcam.

Baza recenzji Syndykatu ZwB 

27 września 2013

Tajne przez poufne („Sekretna historia SAS” J.J. Cecile)

„Sekretna historia SAS” J.J. Cecile
wyd. Muza
rok: 2013
str. 272
Ocena: 5/6


We współczesnym świecie niewiele jest legend - wszystko stało się oczywiste atomy, gwiazdy o nich prawie wszystkie wiemy. Niewiele rzeczy jest jeszcze ukrywanych przed opinią publiczną, niewiele rzeczy zostało poznane na wylot. Jedną z nich pozostał brytyjski Special Air Service, czyli SAS. Istniejącą od czasów drugiej wojny światowej formację telewidzowie na całym świecie mogli oglądać na żywo podczas uwalniania zakładników z irańskiej ambasady w Londynie w 1980r. Skuteczność działania sprawiła, że na sam dźwięk słowa "SAS" terroryści woleli odłożyć broń i wrócić do swoich codziennych modlitw i wypasania kóz.

Za sprawą wydawnictwa Muza na naszym rynku pojawiła się książka pod tytułem "Sekretna historia SAS", której autorem jest, o dziwo nie Anglik czy też Amerykanin, ale były francuski spadochroniarz Jean’a-Jacques’a Cecile’a. Jest on światowej sławy specjalistą w dziedzinie wywiadu i służb specjalnych z bardzo zdrowym a co najważniejsze praktycznym podejściem do tematu.  Książka ta przedstawia całościową historię SAS - od momentu wyklarowania się idei powstania formacji w głowie Davida Stirlinga, po współczesne działania zbrojne na terenie Afganistanu. Nie tylko prześledzimy chronologiczne poukładane wydarzenia w których uczestniczyły dzieci pułkownika, ale co najważniejsze poznamy niechęć dowództwa i decydentów do Special Air Service oraz problemy z jakimi się borykało.

 "Sekretna historia SAS" to przede wszystkim barwna opowieść, którą czyta się jednym tchem. Pozwala inaczej spojrzeć na brytyjskich antyterrorystów. Historyczne wydarzenia okraszone są relacjami uczestników tych wydarzeń oraz samym komentarzem autora. Kampania a Afryce Północnej pełna sukcesów ale też i porażek, potem Falklandy czy też działania przeciw IRA w Irlandii Północnej to te bardziej znane i medialne fakty z historii SAS. Co najważniejsze, książka zawiera również opis kampanii prowadzonych przez oddziały we Francji w 1944 oraz na Malajach w Jemenie i Omanie. Autor stara się pokazać jak wyszkolenie i profesjonalizm pozwalają adoptować się oddziałom do zmieniających się warunków, w jakich przychodzi im działać i wykonywać powierzone im zadania. W książce obok sukcesów 22 pułku stacjonującego w Hereford, którym niewątpliwie była między innymi wspomniana na początku operacja odbicia zakładników z irańskiej ambasady, czy też wcześniejsza brawurowa i mordercza wspinaczka na płaskowyż Dżabal Achdar w Omanie pokazane zostały tragiczne epizody i niepowodzenia takie jak działania na lodowcu Fortuna podczas wojny o Falklandy, czy też kontrowersyjna operacja Flavius na Giblartarze, która zakończyła się zlikwidowaniem trzech członków IRA. Wokół SAS przez wszystkie lata narosło wiele legend o miejscach gdzie działali oraz co zrobili. Jednocześnie sposób ich działania - najpierw strzelaj potem pytaj przysporzył im wielu wrogów.

"Sekretna historia SAS" to kompendium wiedzy o Special Air Service. Poznajemy tą formacje od podszewki i po całości. Całość czyta się jak dobrą książkę sensacyjna, pełną niemalże fantastycznych historii, czasem zabawnych, czasem tragicznych, ale co najważniejsze te historie są prawdziwe. Polecam książkę wszystkim i fanatykom militariów w których żyłach płynie proch, oraz laikom, dla których SAS to błędnie napisany SOS - nie znajdziemy tu żadnych militarnych zwrotów. W książce pojawia się również polski GROM.



11 września 2013

Honor i GROM („Ostatni Samuraj rozmowy o generale Petelickim” Czupryn Anita, Kowalska Dorota)

„Ostatni Samuraj rozmowy o generale Petelickim” Czupryn Anita, Kowalska Dorota
wyd. Czarna Owca
rok: 2013
str. 432
Ocena: 4/6


Postać generała Sławomira Petelickiego jest znana każdemu, kto choć trochę interesuje się życiem publicznym i polityką, że o miłośnikach militariów i wojskowości nie wspomnę. Dla niewtajemniczonych wystarczy wspomnieć, że był on agentem służb bezpieczeństwa w czasach PRL, a po upadku komunizmu utworzył i dowodził jednostką wojskową 2305, znaną jako GROM. Po przejściu na emeryturę pracował między innymi w firmie Ernst & Young i założył Fundację Byłych Żołnierzy Jednostek Specjalnych G.R.O.M.. Wśród zachodnich wojskowych był powszechnie znany i szanowany jako wybitny specjalista, natomiast w Polsce jego nieustępliwość i krytyka bylejakości władzy przysparzały mu wielu wrogów. W niespełna rok po prawdopodobnym samobójstwie generała, wydawnictwo Czarna Owca dostarcza na półki sklepowe książkę „Ostatni Samuraj rozmowy o generale Petelickim” autorstwa duetu Czupryn i Kowalska. Ponad czterysta stron przedstawia czytelnikom złożony obraz człowieka nieugiętego, narwanego i konfliktowego, ale równocześnie oddanego swojej ojczyźnie i lojalnego wobec przyjaciół i najukochańszego dziecka - GROMU. Wśród rozmówców znajduje się małżeństwo Olbrychskich czy też Maryla Rodowicz. Ich opinii w tej książce w ogóle się nie spodziewałem. Okazuje się, że znali się i spotykali prywatnie
z bohaterem rozmów. Ponadto w książce przeczytamy słowa Pawła Kukiza ostatnio silnie angażującego się w politykę muzyką. Rozmówcami autorek są przede wszystkim przyjaciele generała, którzy towarzyszyli mu aż do jego ostatnich dni. Wyjątek stanowi Paweł Graś, którego drogi rozeszły się z drogami Petelickiego.

Książkę „Ostatni Samuraj rozmowy…” czyta się bardzo przyjemnie, jest one pełna nieznanych faktów
z życia Sławomira Petelickiego. Jak już wcześniej wspomniałem, rozmówcami są przyjaciele
i rodzina generała, a więc przed czytelnikiem rysuje się dość wyidealizowany obraz bohatera, choć nikt nie unikał rozmów o jego wadach. Mimo wszystko brakuje mi w tej pozycji spojrzenia z drugiej strony barykady. Być może to wynika z przekonania, że o zmarłych mówi się dobrze lub nie mówi się wcale. Mimo wszystko autorki prowadzą fabułę w taki sposób, by poza tworzeniem całościowego i bogatego obrazu generała Petelickiego, rozmówcy opowiadali o swoich odczuciach, przemyśleniach i co najważniejsze - o swoim życiu. W tym wszystkim najfajniej czyta się wspomnienia rodziny generała. Córka generała z pierwszego małżeństwa wspomina o telefonicznych rozmowach, o tym jaki mieli ze sobą kontakt i jak zawsze mogła na niego liczyć. Brat Petelickiego pokazuje go jako łobuziaka i chłopca zafascynowanego agentem jej królewskiej mości 007 i wojskiem. Okazuje się, że przyszły generał już od najmłodszych lat nie unikał bójek, był zawsze honorowy i mówił to, co myślał – co zresztą zostało mu do ostatnich dni. Druga żona Petelickiego wspomina o tym, jakim człowiekiem był w domu oraz jak wyrażał miłość. Wszyscy rozmówcy ujawniają prywatne fakty z ich relacji z tym mężczyzną, ale nie ujawniają absolutnie wszystkiego, przez co nie ma się wrażenia czytania portali czy gazet plotkarskich. Wszystko ma smak i jest wyważone. Rozmówcy jak jeden mąż opowiadają o tym, jakim oczkiem w głowie generała był GROM. Petelicki jak lew walczył z całą machiną biurokratyczną w czasie tworzenia jednostki wojskowej. Z całego kraju selekcjonował najlepszych ludzi, oferując im dobrą zabawę i zupełnie inne podejście do tematu szkoleń i działań. Nie istniały dla niego słowa: nie da się i nie można - jeśli chodziło o GROM. Wszelkie decyzje zapadały bardzo szybko, dzięki czemu jednostka niemal od razu stała się światową elitą sił specjalnych. Generał do ostatnich chwil swojego życia był niezwykle oddany swojemu dziełu. Stawał okoniem każdemu, kto choć pomyślał, by skrzywdzić GROM lub mu zaszkodzić. W walce tej był bezkompromisowy, szukał sojuszników gdzie tylko się dało. Niemal każde spotkanie ze Sławomirem Petelickim wiązało się z rozmową na temat JW 2305.

Z rozmów dowiadujemy się o pasjach bohatera. Jego „bzika” na punkcie Japonii prezentuje przede wszystkim nam Henryk Socha. Opowieści o ich wielogodzinnych rozmowach na temat mieczy i nie tylko, uświadamiają nam, jak wiele łączyło generała z samurajami. Dowiadujemy się również trochę na temat japońskich oręży i kolekcji Petelickiego.

Generał Sławomir Petelicki jawi się czytelnikowi jako postać złożona, bezkompromisowa, pełna woli walki, nieustępliwa, oddana ojczyźnie i niezłomna. Ten przystojny mężczyzna nigdy nie unikał alkoholu, na przyjęciach i bankietach był duszą towarzystwa. Z drugiej strony był oddany swojej rodzinie, miał swoje pasje i problemy – zupełnie jak zwykli ludzie. Dzięki swojemu dziełu stał się jednym z symboli współczesnej Polski. To, jak skończyła się historia jego życia, ciągle jest sprawą dyskusyjną i bardzo tajemniczą. Dla wszystkich jego przyjaciół i przeciwników samobójstwo generała było wielkim szokiem. Nikt z prezentowanych rozmówców nie przewidział tego, co się może stać i żaden z nich nie był w stanie temu przeciwdziałać – co jest przerażające.


„Ostatni Samuraj rozmowy o generale Petelickim” nie odpowiadają ostatecznie na pytanie dotyczące śmierci Petelickiego i jakie były jej bezpośrednie przyczyny, pozostawiając próbę odpowiedzi czytelnikowi. Książka na pewno stara się pokazać całościowy obraz generała widzianego oczami rodziny i przyjaciół. „Ostatni Samuraj…” uzupełnia oficjalną wiedzę o generale i wydaje się być hołdem złożonym Sławomirowi Petelickiemu – choć osobiście uważam, że za to co zrobił, należy mu się pomnik z marmuru w honorowym miejscu stolicy.

Artur Borowski


9 września 2013

W sieci pająka („Pożegnaj się” Lisa Gardner)

„Pożegnaj się” Lisa Gardner
wyd. Sonia Draga
rok: 2013
str. 416
Ocena: 4,5/6


Kimberly Quincy jest agentką FBI będącą w piątym miesiącu ciąży. Od niemal roku jest również żoną agenta GBI 0 Maca McCormacka. Jakby tego było mało – jest córką legendarnego specjalisty od sporządzania portretów psychologicznych zbrodniarzy. Od czterech lat pracuje w biurze terenowym FBI w Atlancie i jej kariera rozwija się jak najbardziej dynamicznie. W końcu przydzielono ją do Wydziału Kryminalnego i została szefową jednego z trzech miejscowych zespołów ERT – jednostki zabezpieczającej ślady na miejscu zdarzenia.

W czasie gdy Kim bada ślady po wypadku samolotu, jeden z agentów GBI – Sal Martiguetti zatrzymuje za posiadanie narkotyków prostytutkę. Dziewczyna informuje go, że jest informatorką FBI i ma do przekazania bardzo istotne fakty. Rozmawiać chce jednak tylko i wyłącznie z Kimberly Quincy. Agentka, mimo iż poród jest coraz bliżej, decyduje się przyjąć nową, dość nietypową sprawę, w której brak... właściwie wszystkiego. Zgłoszenia zaginięć, poszlak, a nawet ciał. Nie ma nic. Do tego trudno stwierdzić, czy to w ogóle sprawa dla FBI. Nawet GBI nie ma w planach otwarcia jednostki, która zajęłaby się poszukiwaniem dowodów nieistniejących zdarzeń. Na dodatek Mac zaczyna strofować żonę – według niego powinna zmienić wydział, odrobinę odpocząć, przystopować na jakiś czas. Sprawy między małżonkami są więc dość skomplikowane, bo dziewczyna nie ma zamiaru poddawać się woli męża. Oboje się od siebie oddalają, a Kim powoli zaczyna żywić cieplejsze uczucia do nowego współpracownika – upartego Sala.

Tymczasem sprawa tajemniczych zaginięć posuwa się powoli do przodu. Nikt jednak nawet nie podejrzewa, jaki przybierze ona obrót. Kim jest tajemniczy Dinchara? Co ukrywa Ginny Jones? Skąd się wziął pan Hamburger? By się tego dowiedzieć koniecznie należy przeczytać najnowszą powieść Lisy Gardner zatytułowaną Pożegnaj się.

Książka intryguje, wciąga i przeraża. Opisane przez autorkę sceny z różnymi, niejednokrotnie bardzo niebezpiecznymi pająkami, wręcz paraliżują. Do tego każdy rozdział zaczyna się od przytoczenia cytatu, z kolejnych i kolejnych opracowań, traktujących o pająkach. Z jednej więc strony czytelnik nie chce wiedzieć, co wydarzy się dalej (szczególnie taki, który nie przepada za tymi małymi stworkami), z drugiej zaś chce odkrywać ukryte dość głęboko przez autorkę tajemnice.

Zarówno Sal jak i Kim to bardzo autentyczne, a co za tym idzie i bardzo denerwujące postaci. Nie zawsze robią oni to, czego można by się było po nich spodziewać. Nie zawsze zachowują się tak, jak na agentów specjalnych służb przystało. Trudno się im jednak dziwić, w końcu to tylko ludzie. Ludzie, wbrew powszechnej opinii, bardzo rzadko bywają idealni.

Pożegnaj się czyta się bardzo dobrze i nadzwyczaj szybko. W powieści brak dłużyzn i nieciekawych fragmentów, które czytelnik bez uszczerbku dla własnej wiedzy o powieści, mógłby pominąć. Dodatkowo lekturę urozmaica ukazanie wielu historii z pozoru nic nie wnoszących do akcji, stanowiącej trzon powieści.


Z pełną odpowiedzialnością zachęcam do przeczytania. Zdecydowanie warto zapoznać się z tą pozycją.

 Baza recenzji Syndykatu ZwB

12 sierpnia 2013

Brzydkie kaczątko („Królestwo łabędzi” Zoë Marriott)

"Królestwo łabędzi” Zoë Marriott
wyd. Egmont
rok: 2013
str. 264
Ocena: 4/6


Kto z nas nie zna bajki o brzydkim kaczątku, z którego wyrasta piękny łabędź? Do kaczego gniazda trafia obce jajo. Kaczka postanawia je wysiedzieć, wykluwa się jednak z niego dość... specyficzna i nieatrakcyjna istotka, która nie pasuje do reszty stadka. Odseparowana od reszty, wytykana palcami, czująca na barkach brzemię własnego jestestwa. Aż któregoś dnia okazuje się, że jest kimś innym. Kimś zupełnie innym.

Aleksandra kiedyś, bardzo baaardzo dawno temu, była traktowana na równi z rodzeństwem. A nawet można było pokusić się o stwierdzenie, że ojciec kochał ją wyjątkowo mocno. Nazywał ją swoim cukiereczkiem, podrzucał, gdy ją widział uśmiech nie schodził mu z ust. To się jednak zmieniło. Ojciec z dnia na dzień przestał traktować ją jak ukochaną dziecinkę i zaczął jej unikać. Uważał, że z powodu jej nijakości czeka ją zdecydowanie nieciekawa przyszłość. W niczym nie przypominała pięknej matki, przystojnego ojca i uroczych braci. Brzydka... nie, brzydka nie jest. Ale tak niezwracająca na siebie uwagi, że przymiotnik „nieatrakcyjna” byłby dla niej komplementem. Mimo królewskiego pochodzenia, nie wróży się jej świetlanej przyszłości. To więcej niż pewne, że jeśli nawet uda się jej wyjść za mąż, to raczej nie za bardzo dobrą partię. Do jej nieciekawego wyglądu dodać jeszcze należy silny charakter, bezpośredniość i dość niecodzienne umiejętności, które z dnia na dzień stają się coraz mniej pożądane. Aleksandra potrafi komunikować się z naturą i czerpać z niej siłę. Naprawiać, leczyć, współodczuwać. Jej dar, przynajmniej w powszechnej opinii, niczym nie przypomina jednak daru jej matki, wielkiej czarownicy, uzdrowicielki i nauczycielki. W piętnaste urodziny rodzice, zgodnie z tradycją, urządzają dla niej wspaniałe przyjęcie. Większość dziewcząt w tym dniu spotyka swojego przyszłego męża. To jednak naszej bohaterce nie jest dane, w zamian otrzymuje ostatni szczęśliwy wieczór w gronie całej rodziny. Następnego dnia staje się kobietą i jej matka postanawia zdradzić jej pewną tajemnicę. Dalsze wydarzenia w niczym nie przypominają tych, które autorka prezentuje nam na wstępie swojej powieści. Wszystko się zmienia, nic nie jest takie, jak było na początku.

Przyznam, że choć po Królestwie łabędzi spodziewałam się czegoś zupełnie innego, to nie zawiodłam się. Otrzymałam wciągającą, interesującą i pouczającą paranormalną powieść dla młodzieży. Znajdziemy w niej odrobinę (nawet dość sporą) magii. Znajdziemy przeciwieństwa losu. Znajdziemy okrutną bestię, która pokonuje bez problemu dobro. Ale to nie wszystko. Bo dane nam będzie przeczytać również o miłości braci do siostry i siostry do braci. Zobaczymy jak kiełkuje uczucie pomiędzy dwiema osobami, które nie mówią sobie całej pracy. Poznamy również konsekwencje zatajania pewnych faktów przez rodziców. Czy Aleksandra pokona przeciwności losu? Czy uda się jej uratować rodzeństwo i upadające Królestwo? Czy odkryje w sobie to, co przez lata przed nią ukrywano? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy sięgnąć po powieść Zoë Marriott zatytułowaną Królestwo łabędzi.


Osobiście książka mi się podobała, choć nie powaliła mnie na kolana. Czyta się ją szybko i płynnie. W niektórych momentach jest nieco przegadana przez narratora i przepełniona czasem zbędnymi opisami. Mimo to mogę ją jednak śmiało polecić pasjonatom młodzieżowych romansów paranormalnych, nawet jeśli mają oni więcej niż naście lat.


8 sierpnia 2013

Z ukrytych pobudek („Fundusz” M.M. Perlińska)


wyd. Grupa Foksal
rok: 2013
str. 496
Ocena: 4,5/6


Dawno, dawno temu. Za górami, za lasami...
A w zasadzie nie tak dawno temu i nie tak daleko stąd miały miejsce wydarzenia, które miały zasadniczy wpływ na dalsze losy Polski... tylko niewiele osób zdawało i nadal zdaje sobie z tego sprawę. I nie mówię tu ani o Chrzcie Polski, ani od Wojnach Światowych, ani tym bardziej o wybraniu na papieża – Polaka. Wydarzenia które mam na myśli, wzięła za podstawę swej powieści Małgorzata Petlińska-Kordel, tworząc w ten sposób Fundusz.

Warszawa. Rok 1989. Biuro przewodniczącego FOZZ Franciszka Klamki.
Zebrani w „saloniku” uświadamiają sobie prawdę, która w zasadzie chyba nikogo nie zdziwiła – Fundusz działa nielegalnie, i nikt tak naprawdę nie wie jak wielkie środki zostały w nim zgromadzone. Całość działa bez bilansu otwarcia, a ci którzy mają dostęp do funduszy, bez skrępowania z nich korzystają. Krzysztof Kawecki i Waldemar Dostański uświadamiają sobie, że jeśli nic nie zrobią, środki przepadną – zagarnie je ZSRR albo rozkradną pazerni. Postanawiają więc wprowadzić w życie pewien plan...

Warszawa. Rok 2011.
Młodemu maklerowi powierzony zostaje powierzony rachunek Mateusza Karasowicza. Tak to już jest, raz się jest na wozie, raz pod wozem. Poprzedni makler nie dał rady i musiał odejść. Teraz to w rękach Karola Lewińskiego leżą grube miliony. I on planuje podołać powierzonemu mu zadaniu. Nie bierze jedynie pod uwagę... krachu na GPW. Wszyscy jednomyślnie dochodzą do wniosku, że miała miejsce jakaś manipulacja. Tylko...czyja?

Niedługo później.
Do siedziby Komisji Nadzoru Finansowego udaje się mężczyzna – młodszy doradca ministra finansów. Piotr Mylczek ma na swoim koncie odkrycie budującej się w Polsce piramidy finansowej. Od momentu ujawnienia kilka miesięcy wcześniej tych faktów, stał się osobą rozpoznawalną. Nic więc dziwnego, że wszyscy w KNF patrzą na niego krzywym wzrokiem. Nikt nie myśli o nim „najlepszy z najlepszych”, każdemu Piotr kojarzy się jedynie z pozerem lubiącym szczerzyć się przed kamerami. Nic więc dziwnego, że w nowym, tymczasowym miejscu pracy, gdzie ma rozwiązać zagadkę nagłych i drastycznych spadków na GPW, zostaje przyjęty dość chłodno. A przecież ma pomóc, a nie zaszkodzić.

Przyznam, że do lektury Funduszu skłonił mnie jeden zwrot  znajdujący się na okładce powieści, mianowicie: „thriller z aferą FOZZ w tle”. Choć o samej aferze niewiele wiedziałam, to zawsze interesowały mnie takie pozycje, w których znaleźć mogę choć odrobinę wydarzeń, które miały miejsce naprawdę. Do tego finanse to to, w czym dobrze się czuję, odniosłam więc wrażenie, że będzie to lektura wprost idealna dla mnie. I rzeczywiście – nie pomyliłam się, choć, jeśli mam być szczera, spodziewałam się mocniejszego dreszczyku emocji.

Dobra, solidnie podbudowana, intrygująca i pełna pasji. Tak mogę określić Fundusz. Książka wciąga od pierwszych zdań i utrzymuje zainteresowanie czytelnika aż do samego, dość odległego końca. Niemal pięćset stron może zniechęcić niejedną osobę, muszę jednak przyznać, że warto je przeczytać. Czytanie Funduszu jest jak układanie puzzli. Z każdą stroną historia staje się bardziej wyraźna i zrozumiała, choć żeby pojąć wszystko należy zwracać uwagę nawet na najdrobniejsze szczegóły, które z pozoru nie mają znaczenia.


Wyjątkowo dobra książka – tak na pewno można określić Fundusz. Choć autorka mogłaby podkręcić kurek z mocnymi akcentami (na przykład – więcej trupów :)), to poza tym niczego więcej nie mogę tej powieści zarzucić. Z wielką chęcią sięgnę po kolejne pozycje Małgorzaty Petlińskiej-Kordel.

 Baza recenzji Syndykatu ZwB

5 sierpnia 2013

Światowy kocioł („Sekretne wojny Mossadu” Yvonnick Denoël)

wyd. Czarna Owca
rok: 2013
str. 368
Ocena: 5/6


Powstające po II Wojnie Światowej państwo Izrael, zewsząd otoczone przez wrogie kraje arabskie, musiało, i nadal musi, radzić sobie z problemami wynikającymi z takiego, a nie innego sąsiedztwa. Podstawę sukcesu tego „miejsca na ziemi” stanowi uzyskana i utrzymana przewaga. Lektura książki „Sekretne wojny Mossadu”, której autorem jest Yvannick Denoël, pozwala wysnuć wniosek graniczący z pewnością, że w głównej mierze ten cel został osiągnięty dzięki izraelskiemu Instytutowi Wywiadu i Zadań Specjalnych. Tę przydługą i nieciekawą nazwę da się zastąpić jednym słowem, pobudzającym wyobraźnię i jednocześnie wiejącym grozą – MOSSAD. Zapewniam, że lektura „Sektetnych...” dostarcza naprawdę wielu informacji i uchyla rąbka tajemnicy o samej organizacji i nie tylko.

Autor bardzo swobodnie obraca się w temacie służb wywiadowczych, nic dziwnego, w końcu nie jest to jego pierwsza książka traktująca o tym zagadnieniu. Mało tego, jest historykiem specjalizującym się w tym temacie. Oczywiście jak na szpiegów przystało, autor pisze pod pseudonimem i znalezienie o nim jakichkolwiek informacji, czy też zdjęć, stanowi nie lada problem. Ta anonimowość pozwala przypuszczać, że pisarz może być związany ze służbami specjalnymi. Uzyskuje w ten sposób również pewien margines bezpieczeństwa, choć dziś wiem, że ci o których ta książka jest, na pewno dokładnie wiedzą, kim jest autor i gdzie przebywa – tak na wszelki wypadek, gdyby należało zareagować.

Sama książka niestety nie posiada ilustracji – choć z drugiej strony, jakby się zastanowić, to jakie ilustracje mogłyby się tam znaleźć? Fotografie agentów, narzędzia wykorzystywane przez szpiegów, czy może zdjęcia miejsc gdzie były przeprowadzane operacje? Żadna służba nie chciałaby się czymś takim chwalić, zresztą Yvannick Denoël tak ciekawie posługuje się słowem, że obrazki i mapy są po prostu zbędne. Nie wiem czy to autor, czy też wydawca „Czarna Owca” wybrał okładkę, ale trafia ona w samo sedno. Obrazuje charakter Mossadu – bezwzględnej i profesjonalnej służby, która nie waha się likwidować przeciwników.

Sekretne wojny Mossadu to pasjonująca historia powstania i działania izraelskich służb wywiadowczych: Mossad, Szin Bet oaz Aman. Książka przedstawia rywalizację tych organizacji oraz ich współpracę. Zawsze jednak na piedestale stoi tytułowy Mossad. Okazuje się, że służba w tej organizacji otwiera drogę do wielu lukratywnych stanowisk w prywatnych firmach. Ogrom faktów przedstawionych w książce zapiera dech w piersi i daje do myślenia, a co najważniejsze - pozwala inaczej spojrzeć na decyzje polityczne. Kolejne strony zapisane są dziejami ludzi związanych z Mossadem, pojawiają się tu takie nazwiska jak Peres czy Milchan oraz wiele innych. Dowiadujemy się, jak zawiła i rozległa jest sieć powiązań świata biznesu i polityki. Mało tego, poznamy historię i zasady istnienia i finansowania OWP czy też Hezbollahu oraz problemy jakie z tego wynikały dla Izreala. W książce zaprezentowane zostają mniej i bardziej znane operacje realizowane przez Mossad. Wśród nich zabójstwa, handel bronią czy też wykradanie tajemnic handlowych. Mamy okazję dowiedzieć się co robią islamscy ekstremiści w Paryżu, Ameryce Południowej i dlaczego w latach 70-80 Cypr był bardzo niebezpiecznym miejscem. Historie ukazane w „Sekretnych wojnach Mossadu” pokazują dlaczego ta służba wywiadowcza z małego i młodego Izreale stała się wzorem do naśladowania dla wielkiej organizacji jaką jest CIA. Od lat 40 w historii Mossadu zdarzały się liczne wpadki, szeroko komentowane przez opinię publiczną, często też zmieniali się ich sojusznicy i bliscy współpracownicy. W książce odnajdziemy również polskie akcenty. Każdy z rozdziałów mógłby stanowić osobny scenariusz dla wysokiej klasy filmu szpiegowskiego, czy też sensacyjnego. Powiązania między poszczególnymi organizacjami, operacjami i wydarzeniami są tak szerokie, że wiele nazwisk przewija się przez kolejne, czasami bardzo odległe od siebie strony. Niestety nie cechuję się szczególnie dobrą pamięcią do nazwisk, więc było to dla mnie dość uciążliwe – no cóż widać nie mógłbym być agentem :)

Lektura Sekretnych wojen Mossadu, jak już wcześniej wspomniałem, niejednokrotnie przyprawia o zawrót głowy i gdyby nie to, że obiecałem sobie, że będę ją czytać tylko w pociągu podczas drogi na i z uczelni, to pewnie przeczytałbym ją w jeden dzień. Po tej lekturze nasuwają mi się dwa spostrzeżenia. Po pierwsze - jeśli książka opisuje takie, czasami nieprawdopodobne zdarzenia, to co jeszcze jest owiane tajemnicą i o czym na pewno nigdy nie usłyszymy? Po drugie - jak wielu mijanych przeze mnie ludzi jest agentami, szpiegami czy też terrorystami? Szczerze zachęcam do lektury.

Artur Borowski