Pod wpływem tej książki napisałam bardzo prywatną
i emocjonalną recenzję. Nie wiem, czy chcę, by wszyscy ją przeczytali. Nie wiem
nawet, czy chcę sama czytać ją raz jeszcze. Pojawia się ona na blogu, ale wciąż
się zastanawiam, czy wkrótce nie skrócę jej do absolutnego minimum... to tyle
gwoli wstępu...
„In vitro. Ważne rozmowy na trudne tematy” Bogda Pawelec
wyd. GW Foksal
rok: 2015
str. 224
Ocena: 6/6
I paint the pictures
Of the oceans
I’ll never see
I hold a candle
Through the darkness
So I believe
There is a future
Fine and narrow
Far behind
I paint the pictures
I’ll never own 1)
Ostatnio mam jakiś taki płaczliwy okres. Może nawet nie ostatnio?
Może to trwa już od jakiegoś czasu?
Może od lat?
Może to depresja?
Może, może, może... To słowo towarzyszy mi od tak dawna...
Może w tym miesiącu się uda?
Może w następnym cyklu postaramy się bardziej?
Może to prawda, co mówią ludzie? Gdybym NAPRAWDĘ chciała dziecka, to
bym je miała już dawno?
Może zmarnowałam sobie życie, nawet o tym nie wiedząc?
Może już za późno na nadzieję?
Może tylko się łudzę?
Może, może, może...
Kiedy przeszło pięć lat temu wychodziłam za mąż plan był dość prosty.
Odstawiamy tabletki i staramy się o potomka. Kiedy teraz o tym myślę, to brzmi
tak banalnie. Jednak wcale banalnie nie było. Małżonka dopadły wątpliwości, że
to za wcześnie, że najpierw powinniśmy nacieszyć się sobą. Nie zachwyciło mnie
takie podejście do sprawy, mój zegar biologiczny tykał i nie byłam w stanie
zupełnie go wyciszyć. Poszłam jednak na ten kompromis, bo co innego mogłam
począć? Przecież nie byłam dzieckiem dziurawiącym prezerwatywy. Nie ukrywam
jednak, że przemknęło mi to przez głowę.
Kiedy dwa lata później on zmienił zdanie, myślałam, że wygrałam los na
loterii. Tylko, że przez rok nie byłam w stanie go zrealizować. Ginekolog
zajmujący się mną od dawna nawet nie próbował mi pomóc. Powiedział, że powinnam
poszukać dobrej kliniki. I tyle. Nie zrobił nic. Nie skierował na badania, nie
zasugerował leczenia. Odhaczył mnie na liście i odprawił z kwitkiem. Byłam za
dużym problemem. W domu oczywiście były słowa pokrzepienia i wiara, że czeka
nas po prostu naturalny cud. On w to wierzył. Gdzieś tam w środku i ja
wierzyłam.
Kilka miesięcy później mama zapisała mnie do ginekologa. Wiecie jak to
jest - znajomy znajomej itp. Nie był to co prawda specjalista ds. niepłodności,
ale lekarz, który wiedział co zrobić nim podejmie się ostateczne kroki. Jak
dziś pamiętam tamten dzień. Był styczeń, siedziałam na przeciw niego i
słuchałam ze łzami w oczach, że najpewniej w ciągu sześciu miesięcy będę w
ciąży. Przedstawił mi szczegółowe statystyki dotyczące przyczyn niepłodności
oraz warianty ich leczenia. "10-15% przyczyn nie jesteśmy w stanie
zdiagnozować". Perspektywa była więc dość jasna. Niemal dziewięćdziesiąt
procent kobiet da się leczyć... wyleczyć. W mojej rodzinie nikt nigdy nie miał
problemów z płodnością. Czemu więc ja miałabym je mieć? Wyszłam z gabinetu naładowana
pozytywną energią na nowy rok.
Niemal natychmiast rozpoczęto diagnostykę, która oczywiście nie
wykazała żadnych nieprawidłowości. Miesiąc później badania powtórzono -
ponownie bez skutku. Mąż w końcu również się przebadał. Lekarz był zachwycony
jego wynikami. Co więc było nie tak? Na marzec zaplanowano laparoskopię, w celu
wykluczenia niedrożności jajowodów, zrostów oraz endometriozy. Bałam się
okropnie, a do tego pochorowałam się przed samym przyjęciem do szpitala. Byłam
przekonana, że z zabiegu będą nici. Na szczęście na oddziale nawet nie
zauważono mojego przeziębienia. Wyniki zabiegu były niepokojące, ale i
pokrzepiające zarazem. Endometioza i zrosty zostały potwierdzone, ale usunięte.
Jajowody na szczęście były drożne. Usłyszałam upragnione: "Pani Sylwio, do
pół roku będzie pani w ciąży". Kiedy wychodziłam ze szpitala świeciło
słońce. Wspaniały dzień na wspaniałe wiadomości. Już słyszałam tupot małych
stópek na podłodze w salonie. Pół roku szybko minęło. Potem minęło kolejne pół
roku. Lekarz proponował różne środki, w przypadku których w ogóle musielibyśmy
przestać się starać. Nie zgadzaliśmy się. W końcu i on się poddał. Rozłożył
ręce i podał kontakt do znajomego specjalisty.
Oczywiście nigdy do niego nie trafiliśmy. Kilka miesięcy później
znalazłam kartkę z jego danymi i niewiele się zastanawiając - wyrzuciłam ją do
kosza. Żyliśmy jakąś ułudą, że uda nam się osiągnąć cel naturalnymi metodami.
Teraz gdy spoglądam w przeszłość - kręcę głową. Jaka byłam głupia.
Jaka naiwna. Miesiąc, kwartał, rok, dwa... I nic. Mija cztery lata jak
bezskutecznie staramy się o dziecko. Na dźwięk słów, że będzie dobrze, robi mi
się słabo. Chcę potrząsnąć ludźmi, prawiącymi dobre rady. Jak się tego nie
przeżyło, to nie można radzić. Niestety, zawsze znajdzie się ktoś, kto myśli,
że wie więcej niż ty. Kiedy wszyscy wokół ciebie zachodzą w ciążę przez
przypadek, a ty się starasz i nic się nie dzieje, zaczynasz popadać w depresję.
Ja popadłam. I z każdym kolejnym dzieckiem w pobliżu popadałam bardziej. Ja w
końcu poczułam się... Nie, nie jak zero. Zerem byłam już od dawna. Poczułam się
zupełnie popsuta. Wręcz szalona.
Na końcu, i równocześnie na początku tej historii znalazła się
najnowsza książka Bogdy Pawelec - In
vitro. Ważne rozmowy na trudne tematy, która otworzyła mi oczy. Siedziałam
nad nią przez tydzień. Nie czytałam jej rozdziałami, czy nawet stronicami.
Bliższe prawdy będzie, gdy powiem, że przyswajałam ją akapitami. Często
odkładałam ją na półkę, bo byłam emocjonalnie wyczerpana. Niejednokrotnie
lądowała na stole, bo poruszyła jakąś strunę i musiałam się wypłakać.
Najczęściej jednak zmuszała mnie do podjęcia wysiłku i poszukiwań. Poszukiwań
informacji o rządowym programie leczenia niepłodności. O szansach i perspektywach.
Niejednokrotnie zdarzyło mi się przerwać małżonkowi lekturę, by zacytować
fragment statystyk, lub zapoznać go z jakimś cytatem.
Teraz książka okraszona jest moimi znacznikami i wiem, że do wielu jej
fragmentów jeszcze wrócę. Jestem przekonana, że mój małżonek powinien ją
przeczytać. Wydaje mi się, że gdy się z nią zapozna, łatwiej będzie mu mnie
zrozumieć. Bo tam, na stronicach tej książki, jestem ja, odarta z wierzchniej
warstwy. Tam bije moje serce, tam kwili moja dusza, która już kilkadziesiąt
razy przeżyła żałobę. I która za kilka dni ponownie, w samotności, w zaciszu
własnego umysłu, będę ją przeżywała.
Teraz jednak wiem, że nie jestem sama. Tam, na świecie, są dziesiątki,
setki, tysiące takich jak ja. Tak samo pragnących. Identycznie rozpaczających.
Podobnie zazdroszczących. Nie jestem inna. Nie od nich.
Może, skoro niektórym z nich się udało, uda się i mnie?
Może ponownie uda mi się złapać za ster i pokierować statkiem, zwanym
moim życiem?
Może jeszcze nie wszystko stracone?
Może moje życie ponownie zacznie się kręcić wokół magicznego może, ale tym razem karuzela życia
zwolni i pozwoli mi się cieszyć widokiem? Oby.
In vitro... Bogdy Pawelec
jest świetnie skonstruowaną i napisaną książką. Pełno w niej faktów oraz obalonych
mitów. Znajdziemy w niej rozmowy z polskimi pionierami w dziedzinie
niepłodności, z szczęśliwymi rodzicami i dziećmi, które urodziły się dzięki tej
rewolucyjnej metodzie. Poznajemy historię powstania portalu Nasz Bocian i
ludzi, którzy wymyślili ten cudowny azyl (z którego aktywnie korzystam).
Dowiemy się również, jakie są orientacyjne koszty tej metody i na ile jest ona
skuteczna. In vitro... daje do
myślenia. Zdecydowanie.
Pewnie powiecie, że to nie jest książka dla was. Nie zgodzę się z tym.
Myślę, że jest to pozycja dla każdego, kto choć w minimalnym stopniu w życiu
codziennym styka się z problemem niepłodności. Babcie, matki i ojcowie. Bracia,
siostry i wujkowie. Koleżanki z pracy, sąsiedzi i dalecy krewni. Mężowie.
Wszyscy powinni ją przeczytać. Dzięki tej lekturze naprawdę dużo łatwiej
zrozumieć cierpiącą kobietę. Byłabym wdzięczna opatrzności, gdyby ta pozycja
trafiła w ręce moich bliskich. Dużo by to ułatwiło.
Z całego serca polecam tę lekturę.
Sil
1) Of
Verona - Paint the Pictures