Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Termedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Termedia. Pokaż wszystkie posty

1 sierpnia 2013

Konkursowo 15 - ostateczne wyniki

Spieszę z zestawieniem ostatecznych wyników.
Nie wróciłam dziś po nocy do domu, ale dzionek w pracy zaliczam raczej do tych kiepskich... musiałam więc odreagować. Wybrałam się więc z małżem na trawkę, odganialiśmy komary, leniuchowaliśmy, czytaliśmy. Taki nasz leżing i kocing :) No i z tego powodu wyniki tak późno.

Ostateczna punktacja (o ile się gdzieś nie machnęłam) przedstawia się następująco:
Dizzy - 13 punktów
Moje książki  oraz ejotek - 10 punktów
poduszkowietz - 9 punktów
Klementynka - 8 punktów
magdalenardo - 7 punktów
Paulina KwiatkowskaPaulina ChmielewskaAlina, - 2 punkty
Recenzje KitiSophie CarmenPaulaChepcher Jones - 1 punkt

Nadszedł więc czas na zastanowienie się, komu co przydzielić. Przypominam nagrody:
W szpilkach od Manolo - Agnieszka Lingas-Łoniewska (niejedna)
Źle wydrukowane życie - Florentyna Grądkowska (niejedna)
Postrzelony - Alfred Siatecki
Hotel Zaświat - Przemysław Borkowski
Literat - Agnieszka Pruska
Zapomnij patrząc na słońce - Katarzyna Mlek
Krew, pot i łzy - Carla Mori
Obłędnie proste - Ken Segall
Diament. Suchowa strona człowieka
Rozmówki. Włoski - Beata Pawlikowska
Dziewięć żyć Chloe King - Liz Braswell
Częściowcy - Dan Wells
Klątwa opali - Tamora Pirce
Londyn we krwi - James Creig 

Wiecie, że nie mogę nagrodzić wszystkich... a szkoda, bo bardzo się staraliście. W punktacji powyżej muszę uwzględnić to, że część z wymienionych osób wzięła udział w Konkursowie 14 i to tych osób zadania realizowane były w Konkursowie 15. Ostatecznie więc rozstrzygnięcie wygląda następująco:

Miejsce I - 4 książki
Dizzy

Miejsce II - po 3 książki
Moje książki
ejotek

Miejsce III - 2 książki
poduszkowietz

Dodatkowo nagrody w postaci jednej książki otrzymują:
Klementynka
magdalenardo
Paulina Kwiatkowska
Chepcher Jones

Nagrody przydzielać będę sama i według własnego uznania, ale... maile do wydawców roześlę w poniedziałek. Do soboty wieczorem/niedzieli rano możecie wypowiadać się w komentarzach pod tym postem, co chcielibyście dostać. Może to będzie mi pomocne :)

24 kwietnia 2013

Zupełnie nie tak („Szkoła żon” Magdalena Witkiewicz)

„Szkoła żon” Magdalena Witkiewicz
wyd. Filia
rok: 2013
str. 256
Ocena: 4,5/6


Zauważyliście, że ostatnio na rynku wydawniczym zaroiło się od powieści erotycznych? Gdzie człowiek nie spojrzy - tam erotyk. Seks w lesie, seks na plaży, seks w trójkącie. Młodzi, dojrzali, ludzie w starszym wieku. Piękni i... tyle. Bo w zasadzie powieści erotyczne pod tym względem nie odbiegają niczym od innych książek - pisze się o ludziach ambitnych, wykształconych, urodziwych. Niepotrzebne skreślić lub połączyć w spójną całość. Nie da się zaprzeczyć, że przyjemnie się czyta o atrakcyjnych ludziach. Jakoś tak od razu człowiek czuje się bliższy ideału. W myślach widzi siebie oczami bohatera. Jest taki jak on/ona. Rzeczywistość jednak jest zwykle zgoła inna. Tu i tam widać jakiś pryszcz. Zęby poprzecinane są plombami. Brzuch składa się z trzech oponek, a uda już dawno przestały mieścić się w standardowe spodnie. O tym jednak zwykle nie przeczytamy w żadnej powieści, tym bardziej erotycznej... Tak przynajmniej mi się wydaje. A może się mylę? Może jednak ktoś postanowił do bardzo trendy tematu, dodać bardzo nie trendy bohatera? Przekonajmy się.

Julia Michalska jest piękną kobietą robiącą karierę w dużej korporacji. Dotychczas była żoną Karola, z którym związek wszyscy jej odradzali. I chyba całkiem słusznie, bo nie tylko nie miała o czym z nim rozmawiać, ale i okazał się być zupełną szumowiną zdradzając ją dość tandetnie ze swoją sekretarką. Dlatego też od teraz Julia może o nim mówić "eks mąż". Nie obawia się jednak o swoją przyszłość. Mąż zostawił jej mieszkanie w centrum Warszawy, a faceci żarłocznie się za nią oglądają. Gdyby nie to, że postanowiła odpocząć odrobinę od płci przeciwnej, nie mogłaby narzekać na powodzenie. Jeszcze zdąży nacieszyć się smakami życia - jest atrakcyjna, ma smukłą talię, a pokaźnego, sterczącego i jędrnego biustu nie powstydziłaby się największa seksbomba. Do tego jest inteligentna, wygadana i przyjacielska. Po prostu ideał kobiety. Niespodziewanie dla niej samej, podczas "opijania" rozwodu, wygrywa trzytygodniowy pobyt w SPA na Mazurach. Zapowiada się więc prawdziwa sielanka. Julia co prawda planowała w wakacje skorzystać z jakiejś oferty last minute i pojechać na Wyspy Kanaryjskie, ale... darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, prawda? I choć początkowo, zaraz po przeczytaniu ulotki i odkryciu, że luksusowe SPA to tak naprawdę "szkoła dla perfekcyjnych żon", waha się, to w końcu podejmuje męską decyzję i zgodnie z zaleceniami pakuje do niewielkiej walizki tylko jedną zmianę bielizny. I niewiele więcej... Czemu? Co czeka Julię Michalską w tym przedziwnym miejscu? Czy zgodnie z obietnicą właścicielki tego przybytku, życie kobiety się odmieni? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po najnowszą powieść Magdaleny Witkiewicz, zatytułowaną "Szkoła żon".

Julia to oczywiście nie jedyna bohaterka, którą autorka postanowiła przedstawić czytelnikowi. W powieści spotkamy więc i Michalinę, młodziutką dziewczynę, która dla mężczyzny, widzącego jedynie czubek swojego nosa, odwróciła się od rodziny; Jadwigę vel Jagodę, nauczycielkę po pięćdziesiątce, którą notoryczne zdradza mąż; Martę, szczęśliwą mężatkę, która nie poradziła sobie z powrotem do formy po dwóch ciążach oraz Annę, prychającą na wszystkich i bardzo wścibską feministkę. Każda z kobiet ma swoje własne problemy, każda przyjeżdża do Szkoły żon z bagażem własnych doświadczeń. Mają swoje plany, swoje cele, teoretycznie wiedzą co powinna dać im ta nietypowa placówka. Same jednak nie zdają sobie sprawy, gdzie trafiły i jak bardzo zmieni się ich życie po tych trzech wyjątkowych, i nie ma co ukrywać, bardzo drogich tygodniach.

Mamy więc kilka bohaterek, niby zupełnie innych, ale w zasadzie bardzo do siebie podobnych. Młode i starsze, szczupłe i pulchne, brunetki i blondynki. Każda w głębi duszy pragnie miłości i oczywiście każda na nią zasługuje. Tylko w różny sposób o nią zabiegają, więc ich poczynania nie zawsze przynoszą pożądany skutek. Szkoła żon ma na celu jedno - uświadomienie im, że to od ich szczęścia zależy szczęście ich bliskich - ich mężczyzn. 

Mam mieszane uczucia odnośnie tej książki. Z jednej strony uważam, że był to bardzo dobry erotyk. Ani zbyt wulgarny, ani zbyt potulny. Dość stonowany, ale i pikantny. Można by rzec, że odpowiednio wyważony. Z drugiej strony mamy historię kobiet, które postanawiają spędzić wspólnie trzy tygodnie swojego życia i nauczyć się kilku nowych rzeczy. I właśnie z tymi ich historiami mam pewien problem. Z założenia miały być one autentyczne, miały sprawić, że czytelnik popatrzy na tę książkę jak na coś więcej niż na zwykły erotyk. Według mnie udało się to pani Magdalenie Witkiewicz, ale nie do końca. Dzięki postaciom Jadwigi i Marty przekonałam się, że można znaleźć czasem powieść, w której pisze się o ludziach mniej doskonałych. Niestety ani Jadwiga, ani Marta nie były głównymi bohaterkami powieści. Ich wątki co prawda zostały opisane w Szkole żon, ale nie tak szczegółowo jak historie Julii czy Michaliny, czyli tych kobiet, które zaliczyć można do młodych i pięknych. Zarówno Jadwiga jak i Marta nie zastały również obsadzone w roli "szalejących na wyjeździe kobiet". O wszystkich ich nietypowych poczynaniach dowiadujemy się jedynie z półsłówek. Niestety niezupełnie tego się spodziewałam.

Nie chcę, byście pomyśleli, że mam wobec Szkoły żon jakieś wielkie zarzuty, bo ich nie mam. Jednak spodziewałam się po tej powieści czegoś więcej. Liczyłam, że będzie bardziej prawdziwa, tak jak Opowieść niewiernej, która wywarła na mnie wielkie wrażenie. Niestety odrobinę się przeliczyłam. Książka jest dobrą powieścią obyczajową i fajnym erotykiem i jako taką Wam ją polecam.

 Za książkę dziękuję Autorce :)

25 czerwca 2012

W matni („Nadzieja” Katarzyna Michalak)


wyd. Termedia
rok: 2012
str. 272
Ocena: 4,5/6


Jak nie drzwiami, to oknem…
Muszę przyznać, że zaopatrzenie się w Nadzieję, choćby na kilka dni, graniczyło niemal z cudem. W którą stronę bym się nie odwróciła i którymi drzwiami bym nie próbowała wejść w posiadanie tej książki, tak napotykałam mur, lub całowałam klamkę. Na szczęście na świecie są jeszcze dobre dusze, a w zasadzie siostry mentalne, które przeczuwając katastrofę wyciągają pomocną dłoń, dzierżąc w niej ową Nadzieję. Z Dolnego Śląska na Górny przecież nie tak daleko, w ekspresowym więc tempie weszłam w posiadanie najnowszej książki Katarzyny Michalak i… no cóż. Jeśli chcecie się dowiedzieć, co było dalej, proponuję lekturę poniższego „sprawozdania”.

Lilę Borową a w zasadzie Lilianę Łapską poznajemy w dość… niezwykłych okolicznościach. I jeśli mam być zupełnie szczera, to przymiotnik „niezwykłe” jest w tym wypadku wyjątkowo delikatnym sformułowaniem. Lilka, w zapamiętaniu, wpada na most Poniatowskiego i zaczyna się pozbywać wszystkich rzeczy, które mogą tajemniczemu MU czy też IM wyjawić, gdzie kobieta w danej chwili się znajduje. I tak w czeluściach mroku znika laptop, komórka, karty chipowe, kredytowe i… nie, Liliana decyduje, że dowód, paszport i prawo jazdy zostawi. W końcu nie wiadomo, co może być jej już lada chwila potrzebne. Nie ma się co łudzić, ucieczka nie jest łatwą sprawą, szczególnie gdy ucieka się przed takim strasznym prześladowcą. Lilka oczywiście nie ma gotowego planu, uciekała w wielkim ferworze, w kilka chwil spakowała to, co wydawało jej się w danej chwili niezbędne i ruszyła przed siebie. Dopiero po tym wielkim oczyszczeniu, po swoistym spaleniu mostów zaczęła analizować sytuację i zdała sobie sprawę, że zupełnie nie wie co ma dalej robić. Każde miejsce, do którego może się udać, z góry skarze ją na klęskę. Wystarcza jednak chwila, kilka głębokich oddechów i dziewczyna zaczyna logicznie analizować sytuację, w której się znalazła. Wie, że ludzie z nią spokrewnieni na pewno jej nie pomogą. Są również tacy, którzy w dawnych czasach pomogliby jej bez chwili wahania, ale raczej nie teraz. Zbyt wiele mostów spaliła, za dużo razy trzaskała drzwiami i pokazywała na co ją stać. Gdyby tylko mogła… cofnąć czas. Wrócić do tych kilku chwil, w sumie może kilku dni, w ciągu których naprawdę była szczęśliwa. Gdyby los okazał się na tyle łaskawy i pozwolił jej naprawić to, co tak skrzętnie przez całe swoje życie niszczyła, może mogłaby być szczęśliwa? Może udałoby się jej ułożyć sobie życie? Może zyskałaby wybaczenie, dzięki któremu mogłaby wybaczyć sama sobie? Tak, to jest to. Dokładnie to. Liliana już wie, że nie musi się dłużej zastanawiać. Zdaje sobie sprawę, że droga, którą postanowiła podążyć może wcale nie doprowadzić jej do miejsca, w którym było jej tak dobrze. Wspomnienia się zacierają, bledną z biegiem lat, nie są już takie jak kiedyś. Dawniej przemierzane ścieżki we wspomnieniach są krótsze, bardziej kolorowe i zdecydowanie prostsze. Nie można się na nich zgubić, prowadzą prosto tam, do ukrytego za drzewami domu, do ostoi spokoju, do… Nadziei. Czy Lilou uda się odnaleźć krainę dziecięcej szczęśliwości? Czy dotrze na miejsce? Czy nie zgubi ją własna pewność siebie i przekonanie, że powrót będzie dziecinnie prosty? Co w trakcie drogi przydarzy się Lilianie? Jaką kobietą jest ona w rzeczywistości? Przed czym ucieka, co zostawia za sobą? Jak i przez kogo została ukształtowana? Jak wychowanie, które odebrała, odbiło się na jej dorosłym życiu? Jeśli chcecie dowiedzieć się tego wszystkiego koniecznie powinniście sięgnąć po najnowszą powieść Katarzyny Michalak, zatytułowaną nie inaczej tylko Nadzieja.

Ocenienie tej książki, wbrew pozorom, wcale nie jest prostą sprawą. Nadzieja jest pierwszą powieścią tej autorki, z która miałam okazję się zapoznać. Może takie pierwsze spotkanie powinno odbywać się w innych „okolicznościach przyrody”? Może na pierwszy rzut zawsze powinna iść książka, która gości już dłużej na rynku i z którą nie jedna, nie dwie, lecz setka osób miały okazję się zapoznać? Trudno stwierdzić. Ja na pewno nie żałuję, że przeczytałam Nadzieję, choć… no właśnie, żałuję tego, że jest jakiekolwiek „choć”. Bo chciałabym zacząć poznawanie autora od powieści, która nie zawiedzie mnie w żadnym względzie. Niestety jest mi to dane niezmiernie rzadko. Nie jest jednak tak, że książka w ogóle mnie zawiodła, co to to nie… ale wryło mi się w pamięć kilka elementów, które burzyły mi całość i które spowodowały obniżenie oceny, jaką chciałam wystawić powieści. Pierwszym takim elementem jest… początek. No może nie sam początek, bo ten akurat wybitnie przypadł mi do gustu, wywołał ciarki na całym ciele i spowodował, że chciałam jak najszybciej poznać dalsze losy Liliany. Odrobinę zawodu przeżyłam w chwilę później, gdy bohaterka, zamiast gnać do przodu i snuć opowieść o tym, czemu ucieka cofnęła się w czasie i zaczęła wspominać poprzednie ćwierćwiecze. Lektura pierwszych osiemdziesięciu stron niestety nie należała do najprzyjemniejszych. Trudno się jednak dziwić, skoro w domu Lili działo się bardzo źle. Owo „źle” jednak, zamiast zmobilizować dziewczynę do walki, albo sprowadzić ją na zupełne dno, stworzyło z niej… potwora. Bo inaczej się tego nazwać nie da. I teraz, po zakończonej lekturze, rozumiem dlaczego autorka skazała mnie na czytanie tej części powieści, ale nie wiem, dlaczego to musiało trwać aż tak długo. W zasadzie opowieść o latach wczesnego dzieciństwa Lili trwała przez jedną trzecią powieści. W tym czasie, poza poznaniem jej rodziny i przyjaciela, dowiedzieliśmy się jak główna bohaterka traktowana jest przez otoczenie. Autorka oszczędziła nam jednak szczegółów i w zasadzie skupiła się na opisaniu sielanki jaką wiodła Liliana u boku Alexa i jego cioci Anastazji. Z rzadka pani Michalak przypominała nam, że dziewczynka w domu traktowana jest jak worek treningowy. Temat ten został jednak jedynie zarysowany, chyba dlatego, by czytelnik nie stwierdził, że to powieść nie dla niego. Niestety, w związku z tym, mi ewidentnie w tej części czegoś brakowało, a ten nieustanny brak przyspieszał przymykanie się moich powiek. Z tego też powodu czytało mi się tę powieść wyjątkowo topornie, a przynajmniej ten przydługi wstęp. Przyszedł jednak taki moment, w którym autorka powróciła do tonu z pierwszych stron powieści i już wiedziałam, dlaczego koniecznie musiałam przeczytać tę książkę. Gdzieś od 88 strony zobaczyłam co może podobać się w powieściach pani Michalak i dlaczego posiada tak wielką rzeszę fanów (choć może to jednak nie jest powód? Wyczytałam gdzieś, że Nadzieja jest zupełnie inna niż pozostałe powieści autorki). W każdym razie kolejne strony i kolejne części książki to zupełnie inna bajka. Zaczyna się okres nastoletniego buntu, nasilenie kłamstw, robienie krzywdy sobie i bliskim. Niszczenie, niszczenie, niszczenie. Bohaterka zachowuje się miejscami jak wariatka. Zdaję sobie sprawę, że to celowy zabieg, że taką osobą miała Lila być. Ale wciąż nie mogę pojąć, co ból potrafi zrobić z człowiekiem.

Nadzieja jest połączeniem dramatu, powieści obyczajowej, powieści psychologicznej, bardzo delikatnego thrillera oraz romansu. Z tego też powodu zdecydowanie mogę zaliczyć ją do udanych lektur, takich, które zostaną w mojej pamięci na dłużej. Nie jest jednak, jak wspomniałam na początku – ideałem. Choć łączy w sobie tak wiele wątków, to jednak, mimo wszystko, wydaje mi się że należy jedynie do kanonu lektur kobiecych. Nie wiem czy wielu mężczyzn byłoby skłonnych przedzierać się przez gąszcz wspomnień i zastanawiać się, czy w danej chwili mamy do czynienia ze snem czy jawą, z przeszłością czy teraźniejszością. Nie mówię jednak, że absolutnie żaden mężczyzna nie znajdzie w niej czegoś dla siebie, bo tak na pewno nie jest. Jest to dość specyficzna powieść z zakończeniem, a przynajmniej próbą zakończenia, które spotyka się dość rzadko w tego typu powieściach. Jedno jest jednak pewne – wielu czytelnikom zapadnie ono w pamięć. Niestety autorka nie poszła w zaparte i nie zakończyła powieści w duchu tego, czego spodziewałam się po finiszowych stronach ostatniej części książki. Pani Michalak dała czytelnikom tej powieści dwa typy nadziei. Z jednej strony pokazała im dom, na którego cześć najpewniej nazwała tę książkę, z drugiej strony dała nadzieję na to, że nawet do najpodlejszych ludzi czasem uśmiecha się los. Ja jednak wolałabym bardziej ostateczne zakończenie, jakie zwykle ma miejsce w prawdziwym życiu. Na koniec wspomnę jeszcze, że pierwotnie bardzo podobał mi się tytuł tej książki. Tak było aż do momentu gdy odkryłam, że tytuł jest dwuznaczny, ale w bardzo banalny sposób. Niestety, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przestałam za nim (tytułem) przepadać. To w zasadzie byłoby tyle jeśli chodzi o Nadzieję. Zasadniczo książka mi się podobała i wydaje mi się, że jest warta polecenia.