Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Studio Astropsychologii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Studio Astropsychologii. Pokaż wszystkie posty

30 listopada 2012

Żadnych wymówek („Dieta sokowa. Zdrowe odchudzanie” Jason Vale)


rok: 2012
str. 224
Ocena: 5/6


Walczą we mnie dwie sprzeczności – pasja gotowania i… nieustanne pragnienie ulepszania samej siebie. Zawsze staram się być dobra, lepsza, najlepsza! I chciałabym dobrze wyglądać. Niestety z tym ostatnim zwykle mi jakoś nie po drodze. Bo gdy znajdę się już w kuchni… to chcę smakować, kosztować, próbować. Chcę dobrze jeść. A to niestety potem odbija się na moich udach, biodrach, brzuchu… w sumie chyba nie ma fragmentu ciała, które nie odczuwałoby skutków smakowitych posiłków. Dlatego też często ląduje na jakiejś szalonej diecie. Niestety większość z nich wymaga od człowieka więcej, niż normalne codzienne jedzenie. Przygotowywanie posiłków dietetycznych trwa. Trzeba pamiętać o godzinach posiłków. Nie można mówić „teraz nie mam czasu, przekąszę coś później”. Dieta to ciągłe restrykcje wymagające od człowieka niesamowitej siły charakteru. Wytrwałości. Mnie jej ostatnio coraz bardziej brakuje. Coś sobie obiecuję, mocno, nawet bardzo mocno czegoś chcę i… na tym chceniu się niestety kończy. Dlatego z reguły dużo więcej czytam o przechodzeniu na dietę, niż jakąkolwiek z nich stosuję. Przez zupełny przypadek trafiłam na pozycję Dieta sokowa autorstwa Jasona Vale’a. Czy po zakończonej lekturze postanowiłam wcielić ją w życie? By się tego dowiedzieć koniecznie musicie przeczytać poniższy tekst.

Na samym początku chyba warto wspomnieć o tym, co autor podkreśla na każdym kroku w trakcie tworzenia swojego „dzieła”. Dieta sokowa to nie dieta. To nowy sposób myślenia. To podejście do życia. To plan żywieniowy, a więc droga, którą należy podążać. Ale nie dieta. Niezupełnie jestem przekonana do tego stwierdzenia. W końcu gdy człowiek zaczyna inaczej jeść, nawet jeśli sam ustali sobie zasady, których chce przestrzegać, to już jest dieta. Jego własna, indywidualna, ale zawsze – dieta. Takie jest moje zdanie. I tak też podeszłam do zdrowego odchudzania według Jasona Vale’a.

Jak można się spodziewać, żywienie zgodne z Dietą sokową powinno opierać się na spożywaniu owoców i warzyw. I ja zasadniczo nie mam nic przeciwko temu, chyba że… akurat mam ochotę zjeść coś bardziej pożywnego J. To w tym wszystkim jest najgorsze – jak człowiek jest na diecie, to nie je tego na co ma ochotę tylko to, co nakazuje mu dieta. Autor w książce opowiada, jak sam zaczął stosować kurację odchudzającą i jak ona wpłynęła na jego przyszłe, czyli obecnie teraźniejsze życie. Przy czym on zastosował dietę dużo bardziej restrykcyjną niż ta, którą proponuje czytelnikom. Wprost jednak mówi, że nikomu by nie polecił takiego trybu życia, w jakim sam egzystował przez kilka miesięcy. Mimo oczywiście mega pozytywnych efektów (czytaj – utraty bardzo dużej ilości kilogramów). Sam jednak mówi, że picie tylko i wyłącznie soków, bez żadnych dodatków, wyniszczyło mu organizm. Później długo odzyskiwał utraconą masę mięśniową i kształtował sylwetkę. Ale nie przytył. Nie ukrywa jednak, że powrót po „diecie” do dawnych nawyków żywieniowych powoduje tycie. Najważniejszy jest więc etap „po”. To wtedy należy się pilnować, ograniczać szkodliwe składniki, zażywać ruchu. Tylko w takim wypadku można mieć nadzieję, że efekt jo-jo się nie pojawi.

Autor poradnika, a tak naprawdę książki opowiadającej o życiu i przemyśleniach człowieka zmieniającego plan żywieniowy podkreśla, że wystarczy chcieć, by się zmienić. I w sumie ma rację. Zwraca dodatkowo uwagę, że czytanie tylko dwóch stron jego dzieła dziennie wystarczy, by po skończeniu lektury zdecydować się na schudnięcie. Niestety w tym tempie książkę skończy się czytać po trzech miesiącach. Według mnie wówczas większość wiedzy z Diety sokowej po prostu z nas wyparuje. Ja czytałam tę książkę miesiąc, a by napisać tę recenzję nieustannie musiałam ją kartkować, bo nie chciałam minąć się z prawdą – wielu rzeczy najzwyczajniej w świecie już nie pamiętałam. Nie polecam więc nikomu rozkładania tej lektury w czasie. Mnie to nie pomogło w podjęciu decyzji czy przejść na tę dietę, czy też nie. Wręcz przeciwnie. Na początku byłam niemal zdecydowana. Teraz jestem niepewna. Myślę sobie – spróbuję po nowym roku. Ale czy faktycznie wówczas zdecyduję się wprowadzić ten plan? Nie jestem pewna.

Jason Vale powiedział w książce coś bardzo istotnego, co zostanie ze mną na dłużej, mianowicie: Odchudzanie się to stan umysłu. Jeśli odczuwasz brak i ciągle spoglądasz na innych z zazdrością – to jesteś na diecie. Jeśli nie masz poczucia braku, to nie jesteś!* Wspomniał również, że człowiek powinien zawsze sobie powtarzać, iż nie chce czegoś zrobić, a nie że NIE MOŻE. To działa bardzo pozytywnie, bo zamiast ciągłego „O Boże, nie mogę zjeść czekolady, a tak jej pragnę” mówi się „Mogę zjeść czekoladę, ale po co, skoro nie chcę?”. Ja już teraz czuję, że takie podejście znacznie ułatwi mi życie. I nie chodzi mi tu tylko o dietę, ale o wszystko. Bo życie dużo mniej boli gdy mówimy sobie, że czegoś nie chcemy a nie, że nie możemy tego mieć. Siła negatywnego nastawienia jest straszna. Trzeba się jej wystrzegać. I jeszcze jedna ważna rzecz utkwiła mi w głowie po tej lekturze – zmiana słowa „MUSZĘ” na „CHCĘ”. Powtarzanie sobie, że musimy coś robić – demotywuje nas. Nikt nie lubi być do czegokolwiek zmuszanym. Co innego, gdy czegoś chce. Gdy się CHCE można wszystko. Trzeba więc chcieć schudnąć, trzeba chcieć ćwiczyć, trzeba chcieć zmienić swoje życie.

Dieta sokowa zawiera dużo więcej tego typu życiowych mądrości, które wykorzystywane mogą być nie tylko przy zmienianiu nawyków żywieniowych.

Po zapoznaniu się z obszernym wstępem, liczącym w sumie prawie sto stron, dochodzi się do sedna sprawy i można się w końcu dowiedzieć jakie są zasady żywieniowe według pana Vale. Autor spisuje specjalnie dla czytelników listę zakupów i potrzebnych urządzeń, które znacznie ułatwią zrealizowanie całego planu. Dzięki wcześniejszemu, odpowiedniemu przygotowaniu, łatwiej przeżyć dni na diecie. Nie można jednak powiedzieć, że te przygotowania będą proste i szybkie. Albo tanie. Niezbędna jest sokowirówka, blender, trawa pszeniczna – samodzielnie wyhodowana lub zakupiona w formie sproszkowanej, spirulina, a także trampolina. Są też dodatki, które nie są niezbędne, ale według autora bardzo przydatne. Jak widać samo przygotowanie do diety nie będzie lekkie. Kiedyś usłyszałam, że człowiek na diecie chudnie, bo nie stać go na dietę. W sumie po przeczytaniu tej książki nietrudno nie zgodzić się z powyższym stwierdzeniem, prawda?

Ja wciąż się zastanawiam. Myślę, że sam pomysł z dietą sokową nie jest zły. Całość podzielona została na trzy etapy. Pierwszy, 7-dniowy skupia się oczywiście wyłącznie na spożywaniu soków z owoców, warzyw i dodatków sugerowanych przez autora. No i ćwiczeń. Etap drugi to 14-to dniowy plan Turbo, w trakcie którego powoli do diety wprowadza się pokarmy stałe, głównie nieprzetworzone warzywa i owoce. Nie zapomina się jednak o sokach i ćwiczeniach. Po zakończeniu etapu drugiego przychodzi czas na trzeci, czyli tak zwany Soczysty styl życia. Można wówczas spożywać dobrej jakości białka (czyli ryby i kurczaka), węglowodany pełnoziarniste (ryż, chleb, ziemniaki) a także orzechy, nasiona i niewielkie ilości produktów mlecznych. W sumie te dodatkowe składniki powinny wynosić maksymalnie 40% spożywanego pokarmu. Reszta to, jak nietrudno się domyśleć, soki oraz warzywa i owoce w postaci stałej. Autor wspomina również, że 3-4 razy do roku powinno powtórzyć się etap pierwszy. Soczysty styl życia to plan „od teraz już do końca”. To przeraża człowieka najbardziej, bo… trudno sobie wyobrazić, przynajmniej mnie, że nigdy nie zjem już rzeczy, które łechtają moje podniebienie. Chyba przede wszystkim z tego powodu wciąż nie zdecydowałam, czy kiedyś wdrożę ten plan.

Całość czyta się przyjemnie, autor w ciekawy sposób przekazuje posiadaną przez siebie wiedzę i pokazuje, jak zmienić swoje życie. Dietę sokową warto przeczytać ot choćby po to, by zmienić sposób myślenia.

*str. 82

Za książkę dziękuję wydawnictwu Studio Astropsychologii

26 października 2012

„Leksykon imion” Mirosław Winczewski


Dziś kolejna recenzja mojego szanownego małża, liczę, że się Wam spodoba :)

„Leksykon imion” Mirosław Winczewski 
wyd. Studio Astropsychologii 
Ocena 3/6
str. 224
rok: 2006



Gdy zobaczymy tę książkę na półce, na pewno nie będziemy spodziewać się dramatu czy horroru – tak, to po prostu leksykon imion. Przy czym, ze względu na ograniczoną ilość stron, nie znajdziemy tu absolutnie wszystkich imion, tylko te najpowszechniejsze spośród tysięcy. Słowo „tylko” nie jest tu właściwe, bo nie znalazłem ledwie jednego czy dwóch, spośród znanych mi imion, np. Gabriela. Autor przedstawił w książce pochodzenie imion i zestaw cech, którymi charakteryzują się lub powinni się charakteryzować ich posiadacze. Każde imię ma swoją numerologiczną moc. O tym jak ludzie będą postrzegać „nosiciela” danego imienia, jakie będzie miał on wnętrze, czy też jak będzie podchodzić do napotkanych problemów, przekonamy się dzięki sumowaniu samogłosek i spółgłosek – tak „My” jesteśmy zapisani w liczbach. Podchodzę do tego sceptycznie, ale książkę przeczytałem z czystej ciekawości. „Rozmyte” opisy cech imion, przypominają to co możemy przeczytać w horoskopach, czyli tekst bardzo łatwo poddaje się różnorakiej interpretacji – tak więc każdy może sobie dopasować praktycznie co chce.  Po każdym imieniu szukałem znajomej osoby, która by je nosiła i starałem się ją dopasować do cech. Jak się mogłem spodziewać, nie zawsze to pasowało. Znajomi, którym dałem książkę do przejrzenia również dość sceptycznie się do niej odnosili – może po prostu nie trafiła na podatny grunt? Logicznie patrząc, każdy z nas ma znajomych, którzy mają takie same imię, a są do siebie podobni niczym woda i ogień. Mało tego, z opisu mojego imienia wynika, że dobrze bym się czuł jako kontroler – czyli każdy napotkany przez nas kontroler lotów czy biletów powinien mieć na imię Artur.

Wróćmy jednak do książki. Po słowie wstępu autor pisze troszkę o numerologii imion i  przedstawia znaczenie każdej z liczby z trzech kategorii (sumowania liter) – są one również bardzo rozmyte. Następnie znajdują się już same imiona, podzielone alfabetycznie. Na końcu znajduje się najlepsze: wykaz patronów. Powiem szczerze nie wiedziałem, że blacharze, chorzy na grypę i ekolodzy mają swoich patronów.

Książka ta na pewno jest obowiązkowa dla osób lubujących się w astrologii, numerologii i innych takich „magicznych” sprawach. Leksykon imion może być również wspaniałym prezentem dla par spodziewających się pociechy – a nóż widelec ich Józef będzie aktywistą społecznym, tak jak chcieli tego rodzice. Dla mnie to po prostu ciekawostka, opisy traktuję z przymrożeniem oka, ale pochodzenie imion jest dla mnie czymś ciekawym. A co najważniejsze dla mnie, w książce są wypisane wszystkie daty imienin – może w końcu o jakiś nie zapomnę? Z uwag technicznych, autor nie wyjaśnił o co chodzi ze znakami zodiaku, mogę się jedynie domyślać, że podane są znaki najbardziej pasujące do danego imienia.

Artur Borowski

Za książkę dziękujemy wydawnictwu Studio Astropsychologii

29 września 2012

Stosik #27/2012

Powolutku i na nowe mieszkanko spływają egzemplarze recenzenckie :)

Sweet focia zrobiona nim się okazało, że jest jeszcze jedno nieodebrane awizo. Stąd Jedna pozycja na osobnej fotce :)
Od góry:
1. Podróż bezślubna - Julia Llewellyn: do recenzji od wortalu Granice
2. Śladem zbrodni - Tess Gerritsen: do recenzji do wydawnictwa Mira
3. Leksykon imion - Mirosław Winczewski: do recenzji od wydawnictwa Studio Astropsychologii
4. Dlaczego twoje dziecko choruje? - Dr Kelly Dorfman: j.w.
5. Silna i kobieca - Rachael Jayne Groover: j.w.
6. Czy twoje dziecko ma zdrowy kręgosłup? - Zdzisław Drobner: j.w.
7. Dieta sokowa - Jason Vale: j.w.



No i ostatnia pozycja, czyli tematycznie :)

8. Takie one są. Poradnik dla facetów - dr Marek: do recenzji od wydawnictwa WFW




I jak, podobają się moje stosiki?


24 września 2012

Zdrowie pachnie („Encyklopedia leczniczych aromatów” Scott Cunningham)

„Encyklopedia leczniczych aromatów” Scott Cunningham
wyd. Studio Astropsychologii
rok: 2009
str. 306
Ocena: 4/6



Czujecie jak pachnie? Nie? To dziwne, bo rozpalono kadzidła i kadzidełka. Porozstawiano olejki i zaparzono napary. W pomieszczeniu unosi się cały bukiet zapachów, który nie przytłacza, nie gnębi, nie zatyka. Wręcz przeciwnie. Te zapachy leczą. Nie wierzycie? A powinniście, bo oto nadeszła era aromaterapii.

Książka, poradnik, a w zasadzie Encyklopedia leczniczych aromatów powstała już całe lata temu. Pierwszą jej wersję autor, Scott Cunningham, wydał w 1986 roku i od razu wiedział, że to nie koniec pracy nad tym dziełem. W chwili ukazania się na rynku The Magic of Incense, Oils and Brews, Cunningham już pracował nad poprawą swojej encyklopedii. Nowe wydanie zostało wzbogacone przez autora o ponad setkę nowych, bardzo rzadko spotykanych w literaturze przepisów. Dodano kilka rozdziałów, inne zostały przepisane i gruntownie przerobione. Dzięki temu udało uzyskać się dość ponadczasową pozycję. Co więcej, twórca postanowił wzbogacić swoje dzieło o takie elementy z świata aromatów, o których raczej się nie wspomina. Mówię tu o różnorakich maściach i tuszach, które powoli odchodzą w zapomnienie. Scott Cunningham w swojej Encyklopedii… dostarcza czytelnikowi niezbędnych informacji związanych z podstawowymi zasadami magii. Dzięki tej książce każdy może nauczyć się sposobów napełniania mikstur ziołowych mocą osobistą, po to, by przyciągnąć pieniądze, miłość, uleczyć samego siebie czy też swoich bliskich.

Nie da się ukryć, że książka, w którą miałam okazję się zagłębić, jest dość niezwykła, tak samo jak i jej autor. Scott Cunningham praktykował magię elementarną przez ponad dwadzieścia lat swojego życia. Jest autorem ponad kilkudziesięciu pozycji, zarówno z dziedziny fikcji literackiej, jak i literatury fachowej. Zmarł 28 marca 1993 roku.

O tej zaskakującej pozycji powiedzieć można całkiem sporo, jednak większość z tego nie nadaje się do gołosłownego przekazu. By zrozumieć Encyklopedię leczniczych aromatów i móc wykorzystywać ją w praktyce należy przestudiować tekst od deski do deski. I to najlepiej kilkukrotnie, bo jedno czytanie na pewno nie sprawi, że zwykły człowiek od razu stanie się magikiem. Co to, to nie. Myślę jednak, iż intensywne zgłębienie lektury sprawi, że niewprawny amator w końcu będzie mógł nazwać się początkującym zielarzem.

Encyklopedia leczniczych aromatów zasadniczo składa się z trzech części. Pierwsza z nich dotyczy Podstaw, czyli obejmuje wstępne informacje o magii, o proporcjach, rytuałach, które nadają moc, składnikach oraz o tym, jak układać własne przepisy. Część druga jest już dużo konkretniejsza i zawiera informację o Przepisach i Procedurach. To w tym rozdziale tkwi cała magia i zawarte zostały wszelkie informacje o kadzidłach, olejkach, maściach, tuszach, nalewkach, solach, naparach itp. Ostatnia część mówi o tajemnych Sybstytucjach.

Książkę czyta się dobrze, choć nie wyśmienicie. Jak to bywa w przypadku różnego rodzaju poradników, a tym bardziej encyklopedii, nie są to pozycje wciągające i pasjonujące. Na pewno jednak zawarte w książce informacje są bardzo interesujące, szczególnie dla osób, które mają ochotę dowiedzieć się, jak można przygotować wiele rzeczy, zwykle do kupienia w sklepach i aptekach, domowymi sposobami. Pozycję polecam przede wszystkim osobom, mającym ochotę poczarować i wypełnić swój dom niezwykłymi aromatami.

Za książkę dziękuje wydawnictwu Studio Astropsychologii
 

24 sierpnia 2012

Jaka jest magia? („Bezpieczny tarot” Maria Bigoszewska)

„Bezpieczny tarot” Maria Bigoszewska
wyd. Studio Astropsychologii
rok: 2011
str. 228
Ocena: 5/6



Wspominałam już wcześniej, że zawsze chciałam wejrzeć w przyszłość, zobaczyć co przygotował dla mnie pokrętny los i jak dalej ułoży się moje życie? Tak właśnie było. Tylko i sił i czasu i odwagi mi brakowało, by to marzenie zrealizować. Teraz, gdy jestem już „dużą” dziewczynką, przyszedł czas, by spełnić te dziecięce mrzonki. Jak się jednak okazuje, odkrywanie tajemnic przyszłości nie jest takie łatwe. Trzeba czasu, chęci i umiejętności. Nie obędzie się również bez intuicji. W zasadzie ta ostatnia okazuje się być najistotniejszym czynnikiem, umożliwiającym prawidłowe odczytywanie znaczenia kart tarota. Nie jest jednak tak, że osoby nie cechujące się nadzwyczajnym przeczuciem nie mogą powróżyć. Bo mogą… tylko muszą trochę lepiej się do tego przygotować. Jak ja J.

Bezpieczny tarot to oczywiście poradnik, ale nie taki, w którym mówi się, że coś jest białe, coś jest czarne, a szarości nie istnieją. Bo wróżbiarstwo to nie rzemiosło, które wykonuje się w jeden konkretny sposób, a odstępstwa od „przepisu” powodują nieuniknioną klęskę. Tu nie ma jednej metody, jednej ścieżki i prostych odpowiedzi. Karty interpretuje się w zależności od sytuacji, od tego komu są one stawiane, w jakim momencie życia dana osoba się znajduje. Trzeba więc czytać nie tylko z kart ale i bezpośrednio z człowieka. To sztuka, której trzeba uczyć się latami.

Maria Gigoszewska to praktykującą wróżka, która wróży od dzieciństwa. Od ponad dwudziestu lat regularnie pisze w prasie o kartach, odpowiada na liczne listy i pomaga różnym instytucjom rozwiązywać problemy biznesowe.

Książka Marii Bigoszewskiej zasadniczo składa się z pięciu części. Pierwsza z nich, zatytułowana Opowieść tarota, dzieli się na kolejne trzy podrozdziały. Omówiono w niej samą opowieść tych niezwykłych kart, Drogę Głupca oraz medytację, która jest w zasadzie niezbędna podczas analizy rozłożonych kart. Osoba, która dopiero rozpoczyna swoja przygodę z kartami powinna skupić się właśnie na medytacji. Droga do sukcesu zawsze prowadzi przez dogłębną analizę. I tu, w tarocie, nie jest inaczej. Karty należy rozkładać wielokrotnie i przy każdym rozkładzie należy się im przyglądać, zapamiętywać liczne szczegóły i przyswajać symbole. Im większe skupienie i chęci, tym szybciej odkryje się w sobie pokłady umożliwiające skuteczne wróżenie. Tak przynajmniej można wnioskować ze słów autorki poradnika.

Druga, zdecydowanie przeważająca w książce część, traktuje o wymowie kart. Tu autorka bardzo szczegółowo opisała każdy z dwudziestu jeden Wielkich Arkanów. Przy okazji omawiania poszczególnych arkanów autorka opowiada o ich powiązaniach z pozostałymi kartami i o ich znaczeniu wróżebnym. Pod koniec opisu znajduje się informację jakie dany arkan ma znaczenie w miłości. Dzięki tym opisom dużo łatwiej zrozumieć co dana karta przedstawia i jakie może być jej znaczenie w życiu osoby, której tarot jest stawiany.

Rozdział trzeci książki dotyczy interpretacji. Autorka informuje w nim przede wszystkim, że każdej karcie Wielkich Arkanów przypisane są poszczególne planety, żywioły, miejsca, znaki Zodiaku, kierunki geograficzne oraz pory dnia. W czwartej części znajdują się informacje o tym, co każda wróżka powinna wiedzieć oraz jakie czynności wstępne należy wykonać, przed rozłożeniem kart.

W ostatnim, piątym rozdziale książki, autorka zdradza to, co dla przyszłej wróżki jest najważniejsze – sposoby ułożenia kart. Znaleźć tu możemy układy robocze oraz układy regresywne. Początkujący wróżbici powinni zaczynać od układu dowolnych trzech arkanów. Przy takim ułożeniu karta pierwsza oznacza to, co się już wydarzyło, druga dotyczy bliskiej przyszłości, a trzecia podaje ostateczny widok.

Poradnik ma łatwy i przejrzysty układ. Doskonale sprawdza się u nieokrzesanych, jeszcze nic o tarocie niewiedzących, przyszłych wróżbitów. Takich jak ja J. Wydaje mi się jednak, że znajdzie w nim wiele i wytrawny znawca kart. Podoba mi się styl, w jakim autorka napisała tę książkę. Czytelnik zapoznaje się z tekstem i w zasadzie od razu może zastosować przyswojoną wiedzę w praktyce. Wydaje mi się jednak, że jednokrotne przeczytanie tej pozycji nie wystarczy, by rozpocząć skuteczne wróżenie. Należy zastosować rady autorki, rozkładać, analizować, medytować. Aż wszystko zacznie przychodzić naturalnie.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Studio Astropsychologii

13 sierpnia 2012

Magia kart („Tarot” Robert Lichodzejewski)

„Tarot” Robert Lichodzejewski
wyd. Studio Astropsychologii
78 kart
Ocena: 4,5/6



Tarot od zawsze mnie fascynował i od dawien dawna chciałam poznać jego tajniki. Nie było jednak do tej pory jakoś sposobności. Gdy byłam młodsza z upodobaniem, w okolicach Andrzejek, nabywałam gazety, w których aż roiło się od różnego rodzaju wróżb. Niejednokrotnie można było z kilku wewnętrznych stron wyciąć karty „tarota” i próbować wróżyć właśnie przy ich pomocy. Były to jakieś podstawowe zestawy kart i takie też ułożenia, z których człowiek ani za wiele się nie nauczył a już na pewno nic się nie dowiedział o swojej przyszłości. Teraz nadarzyła się niebywała wręcz okazja, dzięki której mogłam wrócić do dziecięcych niemalże rojeń i spróbować dowiedzieć się, co mnie jeszcze w życiu czeka. Otrzymałam karty tarota i…

Tarot, według definicji, to talia licząca siedemdziesiąt osiem kart. Podzielono ja na Wielkie Arkana, których jest dwadzieścia dwa i pięćdziesiąt sześć Małych Arkanów. Najstarsze są Wielkie Arkana uważane są za ważniejsze, ponieważ posiadają silniejszy i dosadniejszy przekaz. Każda z kart przedstawia inny obraz, który wyraża inne przesłanie i wartości. Cała talia symbolizuje życie człowieka. Pierwsza karta przedstawia głupca, a ostatnia cały świat.*

Talia stworzona przez Roberta Lichodziejewskiego liczy 78 kart, czyli dokładnie tyle ile powinna. Każda z nich, bez wyjątku, z tyłu ozdobiona została fioletowo różowym tłem, na którym rozrysowano różnego rodzaju kwiaty. Kwiat znajdujący się w centralnym miejscu karty jest bardzo rozłożysty i wręcz hipnotyzujący. Przyciąga do siebie człowieka i zachęca do sięgnięcia po talię. Całe opakowanie, choć nie małe, zgrabnie mieści się w dłoni. Dzięki temu swobodnie można karty potasować i rozłożyć, bez obawy, że któryś z „obrazów przyszłości” przez przypadek się wyśliźnie.

Samo wykonanie kart nie pozostawia wiele do życzenia. Zostały one wydrukowane na dość twardym papierze, co zapewnia im przyzwoitą trwałość. Oczywiście nie są one niezniszczalne, ale im bardziej spracowane karty, tym lepiej się z nich korzysta – takie przynajmniej jest moje zdanie. Każdy obraz uwieczniony na 78 kartach, przedstawia inną postać i sytuację, którą wytrawny tarocista potrafi właściwie odszyfrować. Każdy element znajdujący się na licu karty ma znaczenie. I buty, które dana postać przyodziała, i wyraz twarzy, i otoczenie. Nic nie zostało umieszczone na karcie od tak, by zająć niezagospodarowane miejsce. Sama grafika jest przyjemna dla oczu, kolory są dobrze dobrane, a całość ładnie skomponowana. Nawet bez większej wiedzy na temat tarota, łatwo się zorientować, które karty należą do jednej grupy i stanowią większą całość. Poszczególne elementy często znajdują się na kolejnych kartach. W takim wypadku nigdy nie różnią się one od siebie i od razu przykuwają uwagę. Dzięki temu łatwiej je rozpoznać i zapamiętać ich znaczenie.

Całość znajduje się w tekturowym opakowaniu, które w zasadzie jest jedyną wadą tej talii. Już po kilkukrotnym rozpakowaniu talii pudełko nosi wyraźne ślady użytkowania, łatwo więc wyciągnąć wniosek, że nie wystarczy ono na długo. Do samego tarota nie mam jednak żadnych większych zastrzeżeń. Myślę, że osoby, które mają ochotę rozpocząć swoją przygodę z poznawaniem swojej i nie tylko swojej przyszłości, spokojnie mogą zacząć od nabycia tej właśnie talii. Polecam.



Za książkę dziękuję wydawnictwu Studio Astropsychologii

21 lipca 2012

Stosik #19/2012

Powiem Wam szczerze, że nie spodziewałam się w tym tygodniu takiego nagromadzenia przesyłek. Dziś rano siedziałam na łóżku, naprzeciw półki recenzenckiej, i kiwałam się. Za 5 dni wyjeżdżam na urlop, nie będzie mnie prawie 3 tygodnie, nie wiadomo jak z netem, bo się może okazać że zasięgu nie ma, że za drogi, że.. wiele tych "że". Tyle co zdążę przygotować przed wyjazdem ukaże się w trakcie urlopu. Jak będzie sieć będą pojawiać się nowsze wpisy, ale tego pewna być nie mogę... do tego jeszcze jęczący brat (jedziemy autem, jego autem). "Ani mi się waż wziąć tyle książek co w zeszłym roku, wtedy nic prawie nie przeczytałaś". Fakt. Ale gdyby ktoś z Was spędzał wakacje z najlepszymi przyjaciółkami, które są jak siostry, z którymi widujecie się maksymalnie raz na miesiąc... to czytałby? Ja i tak przeczytałam ze 3 książki.... Teraz jadę z rodziną. Z nimi widuję się bardzo często. Wydaje mi się więc, że z większą chęcią, leżąc na plaży, będę czytała wszelakie powieści... a ten jęczy i jęczy. Więc nie wiem ile uda mi się zabrać. Na szczęście mam tajną broń, o której on jeszcze nie wie. I dowie się dopiero w Chorwacji - hahaha (szyderczy śmiech :D). Dobra, to tyle użalania. Chciałam tylko powiedzieć, że mam masę książek recenzenckich a czasu jakby wcale. Do tego po powrocie z urlopu przeprowadzka. Wydawcy mnie zabiją... serio...
Zobaczymy, czy w przyszłym tygodniu ukaże się jakiś stosik. To zależy od tego czy coś dojdzie do czwartku (kiedy wyjeżdżam). Chyba wolałabym by nic nie przyszło... albo by przyszły same prezenty. 


Ale do rzeczy, oto stosik. Recenzencki ofkorz :)
Od góry przy niespodzianki z Wydawnictwa SOL. Nie zamawiałam, dotarły wszystkie niemal przedpremierowo. Szkoda, że nie zdążę przed premierami już się z nimi zapoznać :(
1. Wino z Malwiną - Magdalena Kordel
2. Nieznane przykazanie - Marek Meissner
3. Miłość, szkielet i spaghetti - Marta Obuch
W Grupie Publicat zmieniła się osoba do współpracy. Bardzo miłego pana Marcina zastąpiła pani Małgorzata. Efektem wymiany maili poniższe starsze pozycje Grupy :)
4. N@pisz do mnie - Daniel Glattauer
5. Weselny zawrót głowy - Sharon Owens
Pozycje idealne na wakacje... może uda mi się zabrać? Zobaczymy :)
No i pozycje od Muzy :) Nawet nie wiecie jak się na nie cieszę. Najnowszy Zafón do mnie nie dotarł, brakło. Do tego problemy pana Artura ze skrzynką mailową sprawiły, że nie widział moich próśb o książki. No ale w końcu przesyłka dotarła. Upragniona książka Yrsy i dwie niespodzianki :)
6. Skóra motyla - Siergiej Kuzniecow
7. Pamiętam cię - Yrsa Sigurdardóttir
8. Bibliotekarz - Michaił Jelizarow
No i na koniec pozycje związane z nowo nawiązaną współpracą ze Studiem Astropsychlogii :) Dzięki wielkie. Tarota zabieram na wakacje, Sennik już zrecenzowany. Po urlopie zrecenzuję Encyklopedię aromatów, która mnie fascynuje :) 
9. Bezpieczny tarot - Maria Bigoszewska
10. Encyklopedia leczniczych aromatów - Scott Cunningham
11. Sennik egipsko-chaldejski - recenzja TUTAJ
11. Potęga świadomej intencji - Esther i Jerry Hicks
12. Tarot - talia 78 kart


Coś może przypadło Wam wyjątkowo do gustu?

20 lipca 2012

Sen prawdę Ci powie („Sennik egipsko-chaldejski”)

„Sennik egipsko-chaldejski”
wyd. Studio Astropsychologii
rok: 2006
str. 272
Ocena: 6/6



Uczeni od stuleci próbują dociec, co kryje się za senną marą. Czy ludzkie sny mówią o przyszłości i wydarzeniach, które będą miały miejsce w rzeczywistości, czy też to jedynie fantazje? Sen jest projekcją pragnień nagromadzonych w umyśle człowieka, a może przesłaniem, jakie dociera do nas od nieznanej, wyższej siły? Wydaje mi się, że tego nigdy nie dowiemy się w stu procentach. Pewne jest jednak to, iż niejeden sen się ziścił i że na podstawie elementów w nim występujących można przewidywać, co też mógł on oznaczać. Samodzielnie trudno jest wymyślić co dana „wizja” mogła oznaczać. Po co się jednak trudzić, skoro można sięgnąć po sennik i… przeczytać o tym, co prawdopodobnie nasz sen oznaczał.

Sennik egipsko-chaldejski próbuje „odpowiedzieć” w tradycyjny sposób na dręczące ludzkość pytania dotyczące snów. Jego konstrukcja jest przemyślana i przyjemna w odbiorze. Poradnik podzielono na części, z których każda odpowiedniej literze alfabetu. Jak nie trudno się domyślić, w rozdziałach opisano elementy snów, jakim przypisać można konkretne znaczenie. Dokładnie omówiono niemal wszystkie symbole senne. Istnieją setki zależności między danym elementem a osobą śniącą. Znak może być komuś podawany, odbierany czy otrzymywany. Może on leżeć, spadać albo się unosić. I każda z tych sytuacji, związana z konkretnym symbolem, będzie inaczej interpretowana w senniku. Dzięki takim opisom niemal każdy czytelnik możne znaleźć odpowiedź na pytanie, co mógł oznaczać jego sen. Czy powinien obawiać się przyszłości, czy z drżącym sercem i niecierpliwością czekać co przyniesie kolejny dzień.

Na szczególną uwagę, poza treścią oczywiście, warto zwrócić na sposób wydania omawianej pozycji. Posiadany przeze mnie Sennik egipsko-chaldejski oprawiony został w twardą okładkę, którą zdobią pozłacane ornamenty i litery. Swoim wyglądem przypomina encyklopedię i trzeba przyznać, że doskonale prezentuje się w domowej biblioteczne. Również wnętrze książki jest bardzo okazałe. Każda strona rozdziału oznaczona została ładnie zdobioną literą, dotyczącą danej części. Do tego rozdziały oddzielone zostały jedną stroną, na której znajduje się tafla lustra. Jest to bardzo symboliczne i powoduje, że człowiek jeszcze bardziej chce się dowiedzieć, co oznacza jego sen. Widząc zwierciadło automatycznie nastawiamy się na to, iż zobaczymy siebie w przyszłości. Przynajmniej ja tak to odczuwam. Nie zawsze mi się coś śni albo raczej, nie zawsze pamiętam co danego dnia przewijało się przez mój umysł. Są jednak chwile, kiedy po przebudzeniu wyraźnie widzę to, co mi się śniło. W głowie mam każdy fragment i nie wiem co o nim myśleć. Dzięki Sennikowi egipsko-chaldejskiemu niektóre z moich wątpliwości zostaną rozwiane. Może akurat okaże się, że dzięki temu poradnikowi będę mogła zinterpretować każdy sen i przewidzieć własną przyszłość? Miło by było, choć od czasu do czasu, wiedzieć co nas czeka w nadchodzącym czasie. Polecam ten sennik  wszystkim, odczuwającym wewnętrzne pragnienie odnajdywania odpowiedzi na dręczące pytania. Na pewne z nich odpowiedzi znajdują się w tym Senniku.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Studio Astropsychologii