Nie wiem jak to jest, ale nigdy nie zdarza się tak, abym w danym okresie nie była zakręcona na jakimś punkcie. Ostatnimi czasy padło na ... American Pie. Bo wiecie, to nie jest jakaś tam zwykła szarlotka. To nie zwykły polski jabłecznik. To... to coś zdecydowanie więcej. Bo pie to styl życia i sposób myślenia. To zupełnie inna technika wykonywania ciasta. Pie... to coś pysznego. Poważnie :)
Moje przygody z omawianym ciastem opisałam w felietonie opublikowanym wczoraj w serwisie Life Style Magazine. Będzie mi bardzo miło, jeśli wejdziecie i przeczytacie. Mogę oczywiście zdradzić cały przepis, jeśli macie ochotę go poznać, to czekam na mailu :)
A oto już nieco podjedzone ciacho :) LIFE STYLE MAGAZINE
A tu znajdziecie mój felieton, zapraszam :)
Nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku... Nawet najdłuższa książka zaczyna się od pierwszego słowa...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Life Style Magazine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Life Style Magazine. Pokaż wszystkie posty
26 stycznia 2012
5 grudnia 2011
Pierniczkowe szaleństwo czas zacząć
Tak tak, oficjalnie ogłaszam sezon pierniczkowy za
rozpoczęty. Nadszedł grudzień, w powietrzu czuć już mróz (choć śniegu brak), w
sklepach pojawiły się ozdoby świąteczne, w radiu muzyka nastrajająca do
cieplejszych uczuć. Niewiele więc trzeba, by człowiek wygospodarował „odrobinę”
czasu, udał się do kuchni i upiekł blachę czy dwie świątecznych pierniczków.
Prawda?
U mnie w domu nic nie wygląda jednak tak zwyczajnie. Blacha
pierniczków? To chyba na półgodzinna ucztę. A dodać muszę, że jest nas… cała
dwójka, czyli ja i moja gorsza (a może lepsza?) połówka, czyli mój mąż. Ale cóż
poradzę, że z niego taki łasuch?
Od kilku dni obrał on sobie za główny cel sprowadzenie mnie
do mojej pierwotnej funkcji – jego prywatnej „piekarki”. Powtarzał w kółko „to
już w ten weekend? BĘDZIEMY piekli pierniczki? No proszę, proszę, powiedz że to
już teraz”. Cóż więc mogłam począć? Jak na przykładną żonę przystało,
przytaknęłam.
Zaczęło się od piątkowego szaleństwa na zakupach. No bo
skoro mają być pierniczki, to i zapasy trzeba zrobić. Kupiliśmy skromne 7
kilogramów mąki (no dobrze, może nie całość do pierniczków, ale znaczna część
na nie została przeznaczona), masło, miód, przyprawy… no i oczywiście nie mogło
się obyć bez dekoracji. Wymietliśmy to, co było w sklepach – polewy, lukry,
posypki. Tak uzbrojeni mogliśmy zabrać się do roboty, to znaczy „pierniczenia”.
Przyszła sobota i od rana w planach było owo „pierniczenie”.
Jak się jednak można było spodziewać, nie poszło nam tak łatwo, bo przytłoczyła
nas codzienność. Tak więc do kuchni udaliśmy się dopiero około godziny 17. Nie
stanowiłoby to problemu przy jednej czy dwóch blachach… ale ilości przetwarzane
u nas pieką się godzinami.
Przystąpiliśmy jednak do dzieła. Ciasto nie chciało się
kleić i trzeba było cudować podczas wygniatania. Potem okazało się, że
rozwałkowanie tego, co dzielnie wyrobiliśmy też nie należy do najłatwiejszych
na świecie czynności. Postanowiliśmy się jednak nie poddawać. Ja wałkowałam i
wycinałam, a mój mąż robił dziurki na sznureczki (w końcu, przynajmniej w
teorii, robimy te pierniczki na choinkę), rozkładał nasze dzieła na blachach i
wrzucał do piekarnika. I tak jakoś szło, dopóki mój pomocnik był pełen sił.
Kiedy siły mu opadły, brakło motywacji (miał już pełen brzuszek surowego
ciasta), wycofał się z placu boju i tak oto zostałam w kuchni sama. Efekt? Ze
dwie blachy spalonych ciasteczek (nie dałam rady opanować wszystkiego na raz).
Szybko jednak doszłam do siebie i rozplanowałam logiczniej pracę. Wówczas
wysiadł… wałek. Do gry weszła więc stara butelka po winie a w międzyczasie mój
dzielny mąż naprawiał to narzędzie szatana.
W końcu wszystko wróciło do normy, wałek zaczął działać a ja
już nie przypalałam wypieków. Mąż powygniatał ścinki i poszedł … spać. No a ja
wałkowałam, wycinałam, piekłam, wyciągałam. I tak w kółko. Aż do pierwszej w
nocy, kiedy to się zbuntowałam i pozostałe ciasto po prostu porwałam na kawałki
i upiekłam w takiej postaci. Poszłam do salonu i padłam na mojego ukochanego
papasana, czując jak całe to „pierniczenie” ucieka ze mnie. Równocześnie
poczułam napływ ogromnego bólu do dłoni, przedramion, ramion… Jakoś mi
wcześniej nie przyszło do głowy, że czekają mnie zakwasy. Dzielnie posmarowałam
się żelem przeciwbólowym i udałam się do jaskini lwa, gdzie mój mąż już dawno
smacznie pochrapywał. Mnie to jednak tej nocy nie było dane. Żel szybko
przestał działać, a tubka skończyła się już po dwóch smarowaniach. Zapadałam
tylko w chwilowe drzemki, z których budziłam się z jeszcze większym atakiem
bólu. Mąż oczywiście w końcu się obudził. Otulił, pocieszył, przyniósł tabletki
i napoił (ja nawet nie umiałam przekręcić nakrętki w butelce). Zadbał o mnie
idealnie. W sumie dobrze, że poszedł spać, bo był w stanie trzeźwo pomyśleć i
wiedział jak mi pomóc. Ranek przyniósł masaż, gorącą kąpiel i zdecydowaną ulgę.
Uwaga na przyszłość? Następnym razem… dobra nic nie będę
obiecywała, bo wiem, że skończy się i tak identycznie albo przynajmniej bardzo
podobnie. Cóż… taki to jest ten pierniczkowy czas.
Zostało jeszcze dekorowanie tej tony pierników, ale o tym…
może napiszę następnym razem J
3 lipca 2011
Publikujemy - Sezon na diety w LS :)
Ukazał się nowy numer Magazynu Life Style, w którym można znaleźć mój felieton dotyczący diet.
Zapraszam do przeczytania
Zapraszam do przeczytania
Do tego dziś w sieci zagościła moja recenzja Krwawego Fioletu :) Zainteresowanych zapraszam do odwiedzenia Portalu Duże Ka. Recenzja tutaj :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

