Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julianna Baggott. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julianna Baggott. Pokaż wszystkie posty

26 czerwca 2013

Jak Feniks z popiołu („Nowa Ziemia” Julianna Baggott)

seria: Świat po wybuchu, tom 1
wyd. Egmont
rok: 2012
str. 472
Ocena: 5/6


W końcu się doczekałam.  
Niedawno w moje zachłanne łapki wpadła powieść Nowy przywódca. Niczym niezrażona rozpoczęłam lekturę i... już po kilku zdaniach wiedziałam, że to będzie ciężki orzech do zgryzienia. Nie ma to jak rozpocząć czytanie serii od samiusienkiego jej środka. Jak dziś pamiętam, gdy przez pierwszych sto stron w ogóle nie rozumiałam o co w Nowym przywódcy chodzi. Przez kolejne strony powoli łatałam dziury w odbudowywanej na podstawie strzępków informacji historii. Potem to już byłam rozkochana w opowieści snutej przez autorkę, ale czegoś zdecydowanie mi brakowało. Gdy skończyłam ją czytać, otrzymałam część pierwszą. I tu pojawił się pewien zgrzyt... że jak, mam się teraz cofać? Po co mi to? Książka więc poleżała chwilę na półce. Nie zagrzała tam jednak miejsca, bo pragnienie odkrycia tego, co było wcześniej, żyło we mnie zbyt silnie. Wystarczył jeden weekend i teraz już wiem, że po prostu muszę przeczytać trzecią część tej serii. Niestety, zapewne długo mi przyjdzie na nią czekać.

Pressia nie potrafi odnaleźć się w otaczającym ją świecie... kto jednak by potrafił? Zrujnowane ziemie, notoryczny brak pożywienia, nagonka, prześladowania... a do tego wszelakie... mutacje? Choć nie wiem, czy to co ma miejsce, można nazwać mutacją. Nastąpił wybuch, ci, którym nie było dane znaleźć się w Kopule, byli narażeni na jego nieuchronną siłę. Miliony zginęły, setki tysięcy doznało poważnych oparzeń, tysiące uległo wszelakim deformacjom. Ludzie połączyli się z innymi ludźmi, ze zwierzętami, z przedmiotami. Niektórzy nie byli tego w stanie przetrwać, inni się dostosowali, jeszcze inni skrzętnie ukryli zmiany, jakie w nich zaszły. Pressi również nie było łatwo. Z jej rodziny przetrwał jedynie dziadek – ona zresztą niezupełnie pamiętała okres przed wybuchem. Dziadek nieustannie opowiadał jej o zaszłościach, w niej jednak nic się nie odblokowywało. Czas biegł nieubłaganie, zegar bezlitośnie odliczał dni do jej szesnastych urodzin, kiedy „beztroskie” życie dziewczyny się skończy i będzie musiała wstąpić do organizacji paramilitarnej. Chyba, że... może coś da się zrobić, by Pressia nie wpadła w ręce OPR.

Równocześnie z Pressią poznajemy Partridge’a, który spokojnie może nazywać się Czystym, choć nawet nie wie, że gdzieś na świecie takie określenie w ogóle funkcjonuje. Chłopak żyje w Kopule, wie tylko, że kilka lat temu doszło na Ziemi do brutalnego ataku i nienaruszeni przeżyli tylko ci ludzie, którzy znajdowali się w Kopule. Na zewnątrz panoszy się teraz zaraza, ludzie najpewniej wyginęli, a jeśli nawet nie, to niewielu z nich pozostało. Kopułę oczywiście kiedyś będzie można opuścić, minie jednak wiele lat, nim to będzie możliwe. Nikomu nawet nie przyszło do głowy, by to uczynić teraz. Nikomu, albo prawie nikomu. Bo gdy Partrigde słyszy od ojca słowa „Twoja matka zawsze sprawia kłopoty”, zaczyna rozumieć, że chyba nie o wszystkim wie. Bo... przecież jego matka zginęła w trakcie wybuchu, jak więc może komukolwiek sprawiać kłopot?

Tak właśnie zaczyna się Nowa Ziemia, która ma za zadanie przybliżyć czytelnikowi losy dwojga nastolatków: Presii i Partridge’a, którzy wychowali się w zdecydowanie różnych światach i którzy zetknęli się ze sobą u progu dorosłości. Co wyniknie z ich spotkania? Czy to możliwe, by tak różne osobowości miały ze sobą coś wspólnego? Czyżby łączyła ich jakaś historia? Jeśli tak, to jaka?


Powieść czyta się bardzo płynnie. Wciąga niemal od pierwszych napisanych przez autorkę zdań. Z każdym przeczytanym rozdziałem dowiadujemy się coraz więcej o Nowej Ziemi i życiu po wielkim wybuchu, które niewątpliwie nie jest łatwe. Autorka zastosowała bardzo ciekawe rozwiązanie i prezentuje losy bohaterów z ich bezpośredniego punktu widzenia. Mamy więc rozdziały, w których wypowiada się Pressia, oraz takie, gdzie głównym bohaterem jest Partridge. To oczywiście nie wszyscy bohaterowie Nowej Ziemi, ale o nich więcej dowiecie się, kiedy sięgniecie po tę powieść. Z mojej strony dodam jeszcze tylko, że czytelnikowi nie jest łatwo zrozumieć to, co dzieje się w tym zupełnie nowym świecie. Kiedy jednak ta sztuka już się uda, trudno oderwać się od kreślonej przez autorkę historii. Bohaterowie zaczynają żyć własnym życiem, które jest na tyle pasjonujące, że zaczyna być również życiem czytelnika. Powieść zdecydowanie więc warto polecić.


24 maja 2013

Swędzi kolano. Słońce, ono znika... („Nowy przywódca” Julianna Baggott)


seria: Świat po Wybuchu
wyd. Egmont
rok: 2013
str. 560
tom: 2
Ocena: 5,5/6


Zdefiniowana. G E N I A L N A.

Ogromna żałość. Ból. Rozrywanie serca na kawałki. Nerwy w strzępkach. Zduszony oddech i łzy w oczach. Strach... i jakaś taka wiara, że może jednak nie jest źle, że może później... będzie lepiej? Oby, bo nie wiem, czy będę w stanie przeczytać kolejny tom tej niezwykłej serii.

Na początku była złość. Ogromna. Nie na ludzi, nie na fakty, tylko na samą siebie. Jak mogłam tak idiotycznie wybrać pozycję do czytania? Jak mogłam przeczytać opis książki, wybrać ją do recenzji i nie zorientować się, że nie jest to pierwszy tom serii? No cóż, takie rzeczy tylko u mnie. Nie zdążyłam nawet rozpocząć lektury, a już martwiłam się recenzją. Bo jak napisać opinię o czymś, czego się nie rozumie? A byłam święcie przekonana, że nie pojmę nic i tylko się zdenerwuje podczas czytania. „Drugi tom” – te słowa z okładki zdefiniowały moją opinię o Nowym przywódcy, przynajmniej przez pierwszych sto stron powieści. Zdecydowanie źle się nastawiłam, wyszłam z założenia, że na pewno nie zrozumiem tego, co chce mi przekazać autorka. A przecież nie była to pierwsza książka pochodząca z „jakiejś tam serii”, którą czytałam nie w takiej kolejności, jak powinnam. Tu jednak działy się rzeczy, których nie pojmowałam. Bohaterowie nieustannie wspominali wydarzenia mające miejsce, tak mi się przynajmniej wydaje, w pierwszym tomie cyklu. Byli ludzie – nie ludzie i miejsca, które nie były już tymi miejscami, co wcześniej. Świat się skończył i zaczął na nowo, niestety ta jego nowa wersja znacznie odbiegała od poprzedniej. Ale, po kolei.

Pressia. Bradwell. Lyda. Partridge. Wilda. El Capitan. Helmud. Niby tak niewielu, a jednak tworzą cały świat. Oczywiście to nie jedynie osoby, które przeżyły wielki, niewyobrażalny wręcz wybuch, ale to dzięki nim życie się nie zatrzymało. Wielu wręcz mogłoby pokusić się o stwierdzenie, że ta niewielka grupa ludzi popchnęła świat do przodu. Nowy przywódca przedstawia losy wszystkich wymienionych powyżej osób, przede wszystkim z ich punktów widzenia. Autorka utkała dodatkowo w powieści dość silną sieć powiązanych ze sobą myśli i wydarzeń, dzięki którym możemy dowiedzieć się o bohaterach więcej, niż w normalnych okolicznościach. W pewnym momencie zatraca się bariera między tym co napisane, a tym co niedopowiedziane, wnika się w umysł postaci i wierzy, że zna się ją od podszewki. To uczucie bywa jednak zgubne i nie zawsze to, co nam się wydaje, jest rzeczywiste.

Niestety z drugiej części nie dowiemy się ani jak doszło do wybuchu, ani dlaczego do niego doszło. Autorka nie wyjawi nam również kiedy owy wybuch miał miejsce i w jakich czasach zaczęto go planować. Bo tak, jedno jest pewne, świat nie skończył się przez przypadek. Wydarzenie zostało skrzętnie przemyślane, przygotowane i zrealizowane. Z morderczą precyzją i bezwzględnością jednej tylko osoby. Julianna Baggott nie zdradzi czytelnikowi, w jakim wieku są bohaterowie Nowego przywódcy. Jedynie ze strzępków informacji domyślać się można, że to nastolatki wkraczające w wiek dojrzały. Jednak... czy wszyscy są w podobnym wieku? Czy ktoś jest starszy? Czy ktoś jest dzieckiem? To niestety zostaje przed nami zatajone. Jestem więcej niż pewna, że w Nowej Ziemi autorka wykładała te wszystkie informacje jak na tacy, wtedy były one istotne. I słusznie. Wyszła również, najprawdopodobniej z założenia, że jeśli ktoś sięga po Nowego przywódcę, to zapewne wcześniej przeczytał pierwszy tom. Tak w końcu powinno być. Przyznam szczerze, że w przeszłości wielokrotnie poważnie się irytowałam, czytając kolejne tomy różnych serii, w których cały wstęp poświęcony był przypomnieniu wydarzeń poprzednich części. Zastanawiałam się, czy autorowi się nudziło, czy to lubił czy też brakowało mu stron do „normy”, którą musiał wypracować. Teraz jednak pożałowałam tamtych myśli. Tym razem bardzo przydałaby mi się taka retrospekcja. Ale i bez niej jakoś sobie poradziłam. Po dosłownym przebrnięciu przez pierwsze sto stron zaczęłam pojmować o co w powieści chodzi. Pokochałam bohaterów. Przestałam się ich brzydzić. Zaczęłam im kibicować. A potem... cierpiałam wraz z nimi. I to bardzo. Teraz z drżeniem serca wyczekuję finałowego tomu. I bardzo pragnę przeczytać Nową Ziemię. Niby znam kontynuację, wiem co wydarzy się dalej... jednak tajemnicą jest dla mnie to, jak bohaterowie żyli wcześniej.

Nowy przywódca to piękna powieść opowiadająca o sile przyjaźni, o potędze miłości i o nieokiełznanym żywiole, jakim jest nienawiść i pragnienie zemsty. To ostatnie łączy ponad barierami, skupia ludzi, którzy w normalnych warunkach stanęliby przeciw sobie, pomaga stanąć do walki... i wygrać. Jedno jest pewne, Julianna Boggott stworzyła niezwykłą, ale zarazem niezwykle realną powieść o zgubnym rozwoju społeczeństwa. Kto wie, jaka czeka nas przyszłość? Kto wie, jaką przyszłość utkał dla nas przebiegły los?

Niewiele zdradzam o treści samej powieści, wierzę jednak, że powyższy zlepek moich odczuć przekona was, że warto sięgnąć po serię, która według mnie jest najzwyczajniej w świecie GENIALNA.

Za książkę dziękuję portalowi Duże Ka i wydawnictwu Egmont