20 kwietnia 2017

Śmierć w powietrzu ("Epidemia" Alex Kava)


"Epidemia" Alex Kava
Seria: Ryder Creed
Tom: III
wyd. Harper Collins
rok: 2017
str. 320
Ocena: 5/6



Uwielbiam Alex Kavę. Czytam ją od lat i to moje przekonanie absolutnie nie osłabło. Co prawda wraz z kolejnymi tomami jej powieści zmieniła się ich objętość, ale jakoś nie wpłynęło to negatywnie na moje ich odbieranie. Zdziwiło mnie za to zmienienie tytułu serii, bo aktualnie traktują one niby o Ryderze Creedzie, ale przecież wciąż kluczową rolę odgrywa w nich Maggie O'Dell. Dla mnie więc ta zmiana nie miała większego sensu, choć oczywiście rozumiem, że chodzi o wprowadzenie nowego głównego bohatera i odświeżenie serii.

Po Chicago od kilku dni przechadzał się na pozór nieszkodliwy mężczyzna. On jednak wiedział, jaki cel mają jego wędrówki – znaleźć się w jak najbardziej uczęszczanych miejscach. Zetknąć się z jak największą liczbą osób, dotykać wszystkiego i wszystkich jeśli to tylko możliwe. Zapłacono mu w końcu za to, by zarażał. To kolejny eksperyment, taki test – jak tylko go wykona, oni mu zapłacą i podadzą antidotum. Tak przynajmniej robiono wcześniej. Więc i teraz tak się stanie. Prawda? Pewnie mocno by się zdziwił, widząc swoje ciało, zmiażdżone od samobójczego upadku z 18-tego piętra hotelu.

Tymczasem po Nowym Jorku zaczyna przechadzać się pewna kobieta. Codziennie rano otrzymuje karteczki ze wskazówkami, gdzie tego dnia powinna się udać. Dziewczyna nie czuje się najlepiej, kaszle, gorączkuje, strasznie się poci. Nie poddaje się jednak, bo ma do wykonania zadanie. Znaleźć się we wskazanych miejscach. Dotknąć jak największej liczby osób i rzeczy. Zarażenie wirusem kogo tylko się da. Sama nie może poddać się chorobie, spożywa więc jak najwięcej witaminy C i pije dużo wody. Rano nie zawsze ma siłę wstać z łóżka i coraz częściej zapomina, by powiesić plakietkę "nie przeszkadzać", gdy wychodzi na codzienną wędrówkę. Ale daje radę. Dopóki na ulicy nie zaczepia jej człowiek i nie przekazuje jej czegoś, co służby powinny znaleźć po wszystkim przy jej ciele. Jak to przy jej ciele. Przecież gdy wykona zadanie podadzą jej lek. Prawda?

Późnym wieczorem do Rydera Creeda przyjeżdża ekipa ludzi z agentem Taborem na czele. Chcą wybić całą jego psiarnie, bo jeden z jego psów tropiących podniósł martwego ptaka w lesie podczas akcji. Ludzie Creed'a do tego jednak nie dopuszczają. Wszyscy jednak zdają sobie sprawę, że to tylko odroczenie wyroku i jeśli szybko nie zadziałają, to wkrótce agenci wrócą i naprawdę skażą stado na zagładę. Hannah w tajemnicy przed Ryderem kontaktuje się z Maggie, mając nadzieję, że ta zrobi co tylko może, by im pomóc. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że opowiedziana jej historia jest tylko kolejnym kawałkiem układanki, nad którą pracuje właśnie agentka O'Dell. Jak skończy się ta historia? Czy dane nam będzie dowiedzieć się, jak potoczą się losy Rydera i Maggie? Czy wspólnie rozwiążą zagadkę, której zegar tyka coraz głośniej? By się tego dowiedzieć, koniecznie musicie sięgnąć po najnowszą powieść Alex Kavy, zatytułowana Epidemia.

Nie powiem – obawiała się odrobinę, że tym razem coś mi w powieści Kavy nie spasuje. Na szczęście autorka ponownie stanęła na wysokości zadania i oddała czytelnikom wspaniałą powieść. Ja się nie zawiodłam. Czytało się świetnie i w tempie dla mnie, szczególnie teraz, iście ekspresowym. Myślę, że i wam Epidemia przypadnie do gustu, szczególnie jeśli wcześniej mieliście już okazję zapoznać się z twórczością autorki. Jak dla mnie super. Zdecydowanie polecam.

Sil



7 kwietnia 2017

Wytrwałość ("Zły Romeo" Leisa Rayven)



"Zły Romeo" Leisa Rayven
wyd. Otwarte
rok: 2017
str. 440
Ocena: 5/6



Zwykle nie wiemy, co nas czeka. Każdy kolej krok może przynieść niespodziewane konsekwencje. Nie zawsze jesteśmy zaskoczeni, zazwyczaj jednak nie jesteśmy pewni, co będzie dalej. Zdarza się jednak, że jakiś cichy głosik, może siódmy zmysł podpowiada nam, że to, co właśnie się dzieje, zmieni nasze życie na zawsze. To, czy to będzie zmiana na lepsze czy gorsze, trudno zwykle stwierdzić. Jedno jest jednak pewne – ona nastąpi. I będzie wielka.

Cassandra Taylor od dawna marzy tylko o jednym – dostać się do najlepszej szkoły dla przyszłych aktorów – Grove. Niestety, jej marzenia są skutecznie tłamszone przez nastawionych na jeden cel rodziców – dziewczyna ma zdobyć konkretne, porządne wykształcenie, tak by nie martwić się o przyszłość. To, że dziewczyna znalazła się na przesłuchaniu do wymarzonej szkoły to niemal cud. Gdyby nie obiecała rodzicom odwiedzenia w tym czasie innej uczelni, zapewne nic by z tego nie wyszło. A tak – siedzi teraz na podłodze korytarza i zastanawia się, co tu tak w zasadzie robi. Bo na pewno nie czuje się tak pewna, dojrzała i doświadczona jak inni przybyli na casting. Dlatego gdy tylko nadarza się okazja, Cass wchodzi w swą rolę i stara się, by cala grupa ją polubiła. Nie rozumie tylko zachowania tego chłopaka… który jak ona od początku stał na uboczu… taki przystojny… i patrzący na nią z taką złością. Przecież nawet się nie znają, a on zachowuje się jakby mu wymordowała co najmniej połowę rodziny. To jego zachowanie to jeszcze nic wielkiego, w porównaniu z tym, co dzieje się dalej i jak traktuje ją ten intrygujący skądinąd chłopak. Co wpłynęło na jego podejście do Cassie? Czy to możliwe, by ta dwójka, jeśli dostanie się do wymarzonej szkoły, zostanie przyjaciółmi? A może połączy ich niespotykana chemia, która nie pozwoli im być daleko od siebie? Jak rozwinie się i zakończy ta niezwykła historia? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po Złego Romea, czyli debiutancką powieść Leisy Rayven.

Cassie i Ethan od początku znajomości działają na siebie dość intensywnie. Z lektury wręcz bucha buzującymi między nimi emocjami. Dzięki temu, oraz dzięki podzieleniu akcji na nie do końca oczywiste teraz i na początku jeszcze bardziej tajemnicze wtedy, autorka intryguje czytelnika. Wciąga go w mętną nieco fabułę i zachęca do jej śledzenia. Z każdą kolejną stroną powieści poznajemy coraz lepiej Cass i Ethana i krok po kroku dowiadujemy się, co zaszło między nimi lata temu. Co spowodowało, że z początkowych wrogów stali się znajomymi, przyjaciółmi, a w końcu kimś więcej. I co ostatecznie doprowadziło do zastanej obecnie sytuacji? Jedynym sposobem, na odkrycie tajemnic tej dwójki jest sięgnięcie po Złego Romea i zaczytanie się w nim. A gwarantuję, oderwać się od lektury będzie trudno.

Nie będę ukrywała, bardzo czekałam na tę powieść i gdy w końcu dane mi było jej przeczytanie, nie posiadałam się z radości. Zresztą, większość książek wydawanych przez Otwarte i klasyfikujących się do serii Moondrive tak na mnie działa. I zwykle mnie nie zawodzą. Zły Romeo tak jak i pozostałe – nie tylko nie zawodzi ale i cieszy. Nie mówię, że powieść czytało się fenomenalnie. Czasem przeskoki w czasie nieco mnie męczyły. Czasem nie umiałam się połapać w tym, co teraz się dzieje, gdzie tak naprawdę są bohaterowie. Gdzie jestem ja. Ostatecznie jednak wszystko pojęłam i chyba nawet pokochałam. Ujęła mnie szczególnie końcówka. Po zakończeniu lektury odczułam lekkie uczucie żalu. Czegoś mi brakowało. Ale dzięki temu mogę sama kreować ten brak. Tworzyć w głowie niekończące się dalsze ciągi. Takie powieści lubię. Takich powieści chciałabym czytać więcej. Zdecydowanie polecam.


Sil

10 marca 2017

Walka ("Chłopak, który chciał zacząć od nowa" Kirsty Mosely)

"Chłopak, który chciał zacząć od nowa" Kirsty Mosely
Seria: Fighting to Be Free
Tom: I
wyd. Harper Collins
rok: 2017
str. 384
Ocena: 3,5/6


Macie czasem  tak, że żyjecie nadzieją, że to, na co traficie tym razem, będzie strzałem w dziesiątkę? To łudzenie się, czy możliwe do ziszczenia pragnienie? Czy można się zmienić? Czy można zmienić swoje życie? Czy można zmienić sposób postępowania? Cóż, o tym chyba każdy musi przekonać się sam. Albo poczytać o tym.

Jamie Cole to dwudziestojednolatek z dość mroczną przeszłością. Od najmłodszych lat znany był pod ksywką Młody i, co tu dużo ukrywać, należał do grupy przestępczej. Kiedy wylądował w zakładzie poprawczym zdecydował, że nie tylko nie zdradzi nikogo z ekipy, ale i nigdy do niej nie wróci. Kiedy więc po wyjściu z tego przybytku obok zamówionej dla niego taksówki zobaczył jednego z "kolegów" z bandy już wiedział, że wprowadzenie jego planu w życie nie będzie takie łatwe. Poczuł nawet, że nadchodzący wieczór może się dla niego skończyć nie najlepiej. Kiedy więc udało mu się "dogadać" z szefem, odetchnął z ulgą. Jedna akcja i koniec, będzie wolny. Taki przynajmniej był plan. I nawet udałoby mu się go zrealizować, gdyby nie wydarzyła się pewna mała tragedia. Teraz jednak Jamie ma o wiele więcej do stracenia, bo w tak zwanym międzyczasie w jego życiu pojawiła się dziewczyna, dla której dość szybko stracił głowę. Nie odważył się jej jednak wyjawić tajemnic z własnej przeszłości, teraz więc, gdy nie ma wyjścia, musi kluczyć i udawać. Tylko – czy słusznie? Czy nie lepiej byłoby wyjawić prawdę? Czy nie rozsądniej byłoby podzielić się z ukochaną trapiącymi go problemami? Czy nie ułatwiłoby im to życia? By się tego dowiedzieć, należy sięgnąć po najnowszą powieść Kirsty Mosely, zatytułowaną Chłopak, który chciał zacząć od nowa.

Jakiś czas temu miałam okazję przeczytać inną powieść tej autorki. Zapowiadała się znakomicie. Sam pomysł na fabułę był, wydawałoby się, bardzo oryginalny i nie do podrobienia. Niestety, wykonanie kulało i to dość poważnie. Podczas lektury odnosiło się wrażenie, że całość potraktowana została bardzo płytko i nieprofesjonalnie. Od tamtego momentu minęło jednak już sporo czasu, odsunęłam więc od siebie obawy przed ponownym zetknięciem z autorką. Gdy dostałam odpowiednią propozycję i zapoznałam się notą wydawcy poczułam, że chcę przeczytać Chłopaka, który chciał zacząć od nowa. Bo sama chciałam zacząć od nowa. Tylko… czy słusznie zrobiłam?

Niestety ponownie zetknęłam się z tym samym problemem. Super pomysł, ciekawy tytuł, a wykonanie? W zasadzie leży i kwiczy. Tak, wiem, autorka pisze o młodych ludziach, może oni wydają się jej tak płytcy? Trochę jednak inaczej postrzegam osoby w tym wieku. Tak jak i starsi mają oni odrobinę oleju w głowie i raczej nie wypowiadają się w taki sposób, jak w tej powieści. A może jednak? Może się nie znam? Mnie jednak takie potraktowanie tematu odebrała całkiem sporą przyjemność z lektury.

To są jednak tylko moje poglądy, być może całkiem mylne. Nie chciałabym, by się okazało, że mój pogląd odciągnie was od lektury, która być może przez was byłaby odebrana zupełnie inaczej. Dlatego zachęcam was do zapoznania się z twórczością Kirsty Mosely i podzielenia się opinią. Może to ja zmienię moje zdanie?


Sil


23 lutego 2017

Kolor uczuć ("Księga snów" Nina George)

"Księga snów" Nina George
wyd. Otwarte
rok: 2017
str. 424
Ocena: 5,5/6




Co bym zrobiła, gdyby wszyscy wokół mnie ginęli?
Co bym zrobiła, gdybym chciała komuś zaufać, ale równocześnie śmiertelnie się tego bała?
Co bym zrobiła, gdybym znała swoje uczucia na wylot, ale nie potrafiła się do nich przyznać?
Co by było, gdybym…

Każdy z nas, codziennie zadaje sobie setkę pytań i na większość nawet nie zwraca uwagi. Przemykają one przez nasz umysł, wpadają i wypadają, pozostawiając tylko znikomy ślad, niemal zdarte wspomnienie po wykonywanej czynności.

Henri nie przyznaje się, do goszczących w nim pytań. Pomija je zupełnie. Stara się nawet nie pamiętać, że mógł kiedyś chciał o czymś pomyśleć. Dni, miesiące, lata jego życia mijają bez jakiegokolwiek zaangażowania. Tak to na pozór wygląda. Kobiety na jedną noc, teksty o pojedynczych przypadkach, szybkie przemieszczanie się z miejsca na miejsce, byle na dłużej się nigdzie nie rozgościć. Żyć trzeba szybko i prosto. Tylko… gdyby sen przychodził bez problemu… Niestety, Henri od lat boryka się z bezsilności, zdążył jednak do niej przywyknąć. Wszystko ulega zmianie, gdy w jego życiu pojawia się Eddie. Sen przychodzi bez problemu, a coraz gorętsze uczucie rozpala jego zmarznięte na kość serce. Tylko… czy w obliczu decyzji, będzie umiał się do niego przyznać? Czy jednym słowem nie przekreśli wszystkiego, co mógł od życia dostać? A jeśli tak, to czy dostanie jeszcze kiedyś od losu drugą szansę? By się tego dowiedzieć koniecznie należy przeczytać fenomenalną powieść autorstwa Niny George zatytułowaną Księga snów.

Zwykle nie czytam takich powieści, zwykle staram się od takiej problematyki trzymać z daleka. Zwykle… Jak się jednak okazało - nie tym razem. Bo teraz nie tylko trafiła mi się taka lektura, ale jeszcze na dodatek totalnie w nią wsiąknęłam. Na początku nie za bardzo widziałam w niej sens. Z biegiem czasu coraz więcej rozumiałam, równocześnie rozumiejąc coraz mniej. Na koniec ją pojęłam, choć trudno mi było się z tą wiedzą pogodzić. W końcu… ile można na siebie przyjąć? Ile można unieść na nieświadomych ciężaru barkach? Jak się okazuje - wiele. Tyle że to "wiele" w obliczu niektórych problemów, okazuje się być czymś maleńkim.

Księga snów zaczarowała mnie. Wciągnęła w swą toń i nie uwolniła od siebie aż do chwili, gdy ujawniła swe zakończenie. Gdy już je poznałam, gdy dowiedziałam jaki jest finał zmagań Henriego, Eddie, Sama i Maddie, wszystko stało się tak oczywiste i tak koszmarne zarazem. Niby piękne, ale równocześnie bardzo bolesne i wstrząsające. Ta powieść doszczętnie zniszczyła mur mojej wewnętrznej odporności. Lekturę skończyłam już jakiś czas temu, ale wciąż ją przeżywam. I wciąż nie mogę odbudować własnego spokoju. Pewnie, wcześniej lub później, w końcu mi się to uda. Na pewno jednak ślad po tej opowieści zostanie we mnie na długo, jeśli nie na zawsze. Nawet nie wiem, jakimi słowami polecić mam tę książkę. Dla mnie stała się ona fundamentem, na którym będę mogła budować. Myślę, że i wy na niej wiele zbudujecie. Naprawdę warto poznać tę historię.

Sil


14 lutego 2017

Różne oblicza samotności ("P.S. I Like You" Kasie West)

"P.S. I Like You" Kasie West
wyd. Feeria Young
rok: 2017
str. 392
Ocena: 5/6





Zasadniczo powinnam czuć się staro i zdecydowanie nie sięgać po tego typu powieści. Niewiele osób po 30-tce sięga w końcu po literaturę młodzieżową. Zasadniczo. Bo są i tacy, który sięgają po nią z przyjemnością. Jak ja na przykład. Wiele radości sprawia mi czytanie tego typu powieści, a jeszcze jak się okazuje, że nie tylko pomysł jest dobry, ale i wykonanie niczego sobie, to nie pozostaje mi nic innego, jak wiwatować. Więc wiwatuje, bo to już kolejna pozycja z biblioteki której mogę nadać tytuł "Kasie West" którą mogę spokojnie polecić. Bo P.S. I Like You jest jak najbardziej godne znalezienia się na liście must have fanów literatury młodzieżowej. Czemu? O tym może nieco poniżej.

Lily Magnes Abbott jest mało popularną trzecioklasistką, która jest pogodzona z życiem, jakim żyje. Rodzice to artyści, żyją więc od zarobku do zarobku. Ma troje rodzeństwa, w tym dwóch młodszych braci, którymi wciąż trzeba się zajmować. W każdej wolnej chwili może się okazać, że należy pomóc rodzinie, na przykład na jakichś targach. Nigdy więc tak naprawdę nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień, ba, kolejna godzina. Dziewczyna ma jedną prawdziwą przyjaciółkę – Isabel, na tyle wyrozumiałą, że nie tylko toleruje, ale i rozumie sytuację rodzinną Lil. I w zasadzie tyle. No nie, na tym kończąc chyba bym skłamała. Bo w życiu dziewczyny "jest" jeszcze dwóch chłopaków. O jednym Lily marzy nocami (Lucas), wrodzona nieśmiałość nie pozwala jej jednak nawet się z nim przywitać. O drugim najchętniej by zapomniała (Cade). To ten drugi kilka lat wcześniej nadał jej znienawidzoną przez nią ksywkę (Magnes), a do tego jest byłym chłopakiem jej najlepszej przyjaciółki. Byłym właśnie przez nią, przez Lily i jej niechęć do wybranka Iż. I tak oto od dwóch lat wojna między Cadem i Lily nie ustaje. Dziewczyna dostaje gęsiej skórki za każdym razem gdy widzi chłopaka. I nie potrafi się opanować, musi mu dogryźć bo wie, że jeśli ona tego nie zrobi, to on na pewno nie będzie siedział cicho i potulnie. I tak oto wzajemnie psują sobie swoje codzienności. W pewnym momencie, jedyną odskocznią dla Lily staje się lekcja chemii, na której do tej pory dziewczyna notowała pomysły na teksty piosenek, a teraz zmuszona jest notować, bo nieubłagany nauczyciel zauważył, co ona robi podczas jego leki. Któregoś dnia, z nudów, zamiast notować w swoim notesie, dziewczyna zaczyna pisać po ławce. Ku jej zaskoczeniu, następnego dnia znajduje odpowiedź. Tak oto świat Lily się zmienia i wszystko zaczyna się kręcić wokół lekcji chemii. Kim okaże się osoba, która jej odpisuje? Może to jakaś fajna dziewczyna, z którą będzie mogła się zaprzyjaźnić? A może chłopak, dla którego straci serce? By się tego dowiedzieć, koniecznie musicie przeczytać najnowszą powieść Kasie West zatytułowaną P.S. I Like You.

Jedno jest pewne – mnie ta powieść urzekła, choć, szczerze powiedziawszy, nie zaskoczyła. Niemal od początku przeczuwałam, kto odpisuje Lily i, jak się ostatecznie okazało – nie pomyliłam się. Nie oznacza to jednak, że książka była przewidywalna – co to, to nie. Bo nawet mnie wiele wątków zaintrygowało, a niejeden zadziwił, bo nie spodziewałam się takiego a nie innego obrotu spraw. Nie raz podczas lektury się zaśmiewałam. Kiedy indziej w oczach stawały mi łzy. Czyli pełna paleta emocji. Jak dla mnie dokładnie to, czego potrzebowałam.

P.S. I Like You czyta się znakomicie, w zasadzie jednym tchem. Fabuła jest ciekawie zarysowana, bohaterowie autentyczni, a całość wciąga i nie pozwala się oderwać od lektury aż do ostatnich stron powieści. Książka uczy wyrozumiałości i patrzenia na problemy innych z ich, a nie własnej perspektywy. Pozwala zrozumieć. Emanuje dobrem. Jeśli świetna. Godna polecenia.


Sil


5 lutego 2017

Poświęcenie ("Bez szans" Mia Sheridan)

"Bez szans" Mia Sheridan
wyd. Moondrive/Otwarte
rok: 2017
str. 320
Ocena: 5,5/6





Ostatnimi czasy rozpoczęłam ponowną przygodę z powieściami Mii Sheridan. Sięgnęłam po wychwalanego i osławionego Caldera i… przyznam bez bicia nieco utknęłam. Jakoś nie wciągnęła mnie jeszcze ta powieść, nie przekonała mnie do siebie, nie skradła mego serca i umysłu. Nawet zaczęłam się zastanawiać, czy ze mną jest wszystko w porządku. Wtedy, niemal rzutem na taśmę, otrzymałam egzemplarz Bez szans. Odłożyłam Caldera na półkę i sięgnęłam po czytnik. Nawet nie zauważyłam, jak minęło kilka ostatnich wieczorów, podczas których mogłam pozwolić sobie na czytanie. Lektura była… No, może nie będę tego zdradzała tak zaraz, na początku J

Tenleigh Falyn jest osiemnastoletnią uczennicą najstarszej klasy liceum w Dennville w stanie Kentucky. Miasteczko to zapadła dziura, która zawstydziłaby niejedne slumsy. Aż trudno w to uwierzyć, ale ta część Appalachów nie stanowi dla nikogo chluby. Ludzie są tam nie tyle ubodzy, co po prostu potwornie biedni. Dzieci czekają na poniedziałek, by pójść do szkoły, zagrzać się i może podkraść jakieś jedzenie. Jedynym źródłem utrzymania jest pobliska kopalnia, która pochłonęła już niejedno życie. Większość ludności żyje z tego, co przekaże im pomoc społeczna. Nie kupują jednak z tych funduszy jedzenia dla dzieci. Nie płacą nimi za prąd czy ogrzewanie. Co to, to nie. Wszystko co kupią niezwłocznie sprzedają i kupują to, na czym naprawdę im zależy – alkohol. I tak to trwa, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, z pokolenia na pokolenie. Bez szans na jakąkolwiek zmianę. Bez szans na lepszą przyszłość. Bez szans na cokolwiek. Dzieci wiedzą, jak potoczy się ich życie. Po skończeniu przez nielicznych edukacji, rozpocznie się etap pracy i życia od wypłaty do wypłaty. A kto nie zdecyduje się na kopalnie, może ewentualnie zatrudnić się w którymś z barów, w pobliskim Evenly. Jeśli oczywiście będzie mu dana taka szansa, bo bezrobocie w tej okolicy jest zastraszające. Jest jeszcze jedna opcja – dla jednej osoby rocznie. Można przez lata wykazywać się wiedzą, piąć się po jej szczeblach by ostatecznie podczas zakończenia nauki dowiedzieć się, czy udało się zdobyć stypendium, przyznawane na studia. Niewielu próbuje, ale zawsze ktoś staje w szranki o jego zdobycie. Od lat stara się o nie Ten, w tym roku w końcu się dowie, czy będzie jej dane radować się wiosną przeprowadzką do wyśnionej Kalifornii. Nie spodziewa się jednak, że na starcie stoi nie tylko ona i kilka miejscowych dziewczyn, ale też chłopak z pobliskiego domu, z jej wzgórza biedaków – przystojny Kyland Battett. Gdy w końcu dociera do niej ta informacja jest już niemal za późno, bo dziewczyna od wielu dni wodzi za nim rozmarzonym spojrzeniem. Czy uda się jej oddzielić własne marzenia, od kiełkującego w niej pragnienia? Czy Ky podzieli jej uczucia? Czy będzie im dane być razem? A może największe szkolne marzenie stanie się tym, co nie pozwoli im być ze sobą, lub ich rozdzieli? By się tego dowiedzieć musicie niezwłocznie sięgnąć po Bez szans i dowiedzieć się osobiście.

Jak już wcześniej wspomniałam – w moim życiu nastał czas na powieści Mii. Po przeczytaniu Bez szans wiem, że będzie to dobry okres. Wkrótce wrócę do Caldera i liczę, że tym razem pochłonie mnie całkowicie i da się poznać od tej lepszej strony. Bez szans okazało się cudowną powieścią, pełną pasji, miłości i bezinteresownego poświęcenia. Równocześnie historię bohaterów przepełnia rozpacz, samotność i głód – jedzenia oraz uczuć. Niezupełnie wiedzą, jak radzić sobie z kiełkującą w nich miłością. Jednego są pewni – muszą z nią walczyć, bo wewnętrznie czują, że nie przyniesie ona nic dobrego, jedynie ich zrani. Czy tak będzie faktycznie? Tego nie zdradzę. Mogę jednak powiedzieć, że na pewno czytelnik zostanie wielokrotnie zaskoczony – niestety nie zawsze pozytywnie. Jak dla mnie powieść Mii Sheridan stanowi wspaniałe studium miłości i przyjaźni. Warto poświęcić tej lekturze każdą możliwą chwilę. Bez szans pochłania bez reszty. Zachęcam.

Sil


24 stycznia 2017

Gwiazdka z nieba ("Boys from Hell" Agnieszka Lingas-Łoniewska)

PREMIERA 2.02.2017


"Boys from Hell" Agnieszka Lingas-Łoniewska
wyd. Novae Res
rok: 2017
str. 272
Ocena: 6/6

Na książki Agnieszki Lingas-Łoniewskiej czeka się jak na koncert ulubionego zespołu. Jak na spotkanie z najlepszymi przyjaciółkami. Jak na narodziny dziecka. Wyczekuje się ich z utęsknieniem, liczy się miesiące, dni, godziny do daty premiery. A gdy ta w końcu nastaje – radości nie ma końca. Macie tak? A tak mam. Nawet, jeśli wcześniej miałam już okazję przeczytać daną powieść. Teraz z niecierpliwością wyczekuje premiery Boys from Hell, choć przeczytałam ją już kilka razy. Ostatni raz miał miejsce kilka tygodni temu i mogę powiedzieć jedno – powieść wciąż wzbudza we mnie takie same emocje, jak za pierwszym razem. Jakie? O tym odrobinę poniżej. A reszta? Resztę musicie poznać na własnej skórze.

Anna Scott nie wyobrażała sobie, że kiedyś jeszcze będzie musiała zamieszkać w rodzinnym mieście. Od lat uczęszczała do prywatnych szkół i mieszkała w najwyższych standardów internatach. Spotykała się tylko i wyłącznie z "odpowiednimi" ludźmi. Choć bez bliskich – żyła tak jak chciała. Wszystko zmieniło się tuż przed rozpoczęciem przez nią nauki w klasie maturalnej. Ojciec wygrał wybory na burmistrza Freeport i ściągnął córkę do domu. Tak oto osiemnastoletnia Anna znalazła się w tym maleńkim miasteczku w Teksasie i musiała zacząć radzić sobie z zupełnie nową sytuacją życiową. Na miejscu nie miała żadnych koleżanek, nikogo nawet nie znała, a tych, których poznała w szkole, wolałaby nie znać. Sama starała się nie wywyższać, ale wszyscy traktowali ją właśnie jak dziewczynę z wyższych sfer. Za plecami nieustannie słyszała szepty, a nawet ciche dogryzanie. Kto w takich warunkach chciałby żyć? Na pewno nie główna bohaterka Boys from Hell. Bo Anna to nie tylko dziewczyna z dobrego domu, ale i zbuntowana, nieokiełznana, a nawet lekko szalona nastolatka, która pragnie od życia tego, co dla niej najlepsze. I dokładnie wie o co jej chodzi. Przynajmniej tak się jej wydaje, bo wiele w jej przemyśleniach zmienia spotkanie pewnego motocyklisty. Dobrze umięśnionego, przystojnego, wydawałoby się niebezpiecznego i starszego od niej – motocyklisty.

Jak już wcześniej wspomniałam – książki Agnieszki Lingas-Łoniewskiej są wyczekiwane, a także niezapomniane. Historia Anny i Jaxa krążyła we mnie od chwili, gdy pierwszy raz ją przeczytałam. Sięgając po nią teraz wciąż czułam te same emocje, to samo pulsowanie krwi, niecierpliwość i, co dziwne, niepewność co do dalszych losów bohaterów, choć przecież je znałam. Ale przecież, zawsze coś mogło się zmienić, prawda? Cóż, ja już teraz wiem, a wy wkrótce się dowiecie, jak naprawdę kończy się powieść Boys from Hell. Jedno jest pewne, zakończenie jest zaskakujące, ale na pewno nie rozczarowujące.

Najnowszą powieść Agnieszki-Lingas-Łoniewskiej czyta się niemal na jednym wdechu. Wciąga od pierwszych słów napisanych przez autorkę i trzyma czytelnika w swych okowach, aż do ostatniej postawionej kropki. A gdy już dotrze się do zakończenia, to człowiek żałuje, że nastąpiło ono tak szybko, tak nagle. Boys from Hell to kolejna świetna pozycja w dorobku Lingas-Łoniewskiej, zdecydowanie godna polecenia i zapamiętania jako świetny przykład połączenia romansu i dramatu. Czy można ją zaliczyć do tak popularnego teraz new adult? Według mnie bezsprzecznie. Szczerze zachęcam do lektury. Naprawdę warto.

Sil



17 stycznia 2017

Cztery strony ("November 9" Colleen Hoover)

"November 9" Colleen Hoover
wyd. Otwarte
rok: 2016
str. 336
Ocena: 5,5/6





Czasem przeznaczenie czeka na nas w bardzo dziwnych miejscach. Nietypowych. A czasem niesamowitych. Dworzec. Ulica. Centrum handlowe. Restauracja. Toaleta. Wszędzie.

Fallon O'Neil, to osiemnastoletnia była aktorka, która od dwóch lat boryka się z koszmarnym wspomnieniem. Widzi je codziennie w lustrze. Dotyka go przy każdym prysznicu. Przeżywa w każdym śnie. W tej właśnie chwili siedzi w restauracyjnej loży, przed ojcem, który odpowiada za ten koszmar i wysłuchuje imperatyw. Ostatni czas nie był dla niej łatwy. Dziewczyna nie potrafi się pogodzić z tym, co stało się w trakcie pożaru. Ojciec o niej zapomniał, zostawił ją w domu który płonął i doprowadzić do tego, jak w dniu dzisiejszym wygląda. Że nie ma już szans robić tego, o czym zawsze marzyła. Nikt już jej nie zatrudni jako aktorkę. Zaraz po wypadku wytwórnia zerwała z nią kontrakt, nikt nawet nie wziął pod uwagę, że mogłaby pracować dalej. Dlatego postanowiła wyjechać z Los Angeles do Nowego Jorku. Tego ojciec nie potrafi zrozumieć już zupełnie. Bo, co ją tam czeka? Według niego – nic dobrego. Według niej – nic gorszego niż w rodzinnym mieście nie może jej spotkać. Kiedy jest już u kresu sił, kiedy myśli, że nie da rady więcej na siebie przyjąć – pojawia się on. Zupełnie jej obcy chłopak z loży obok. Dosiada się do nich, a w zasadzie do niej, przytula, cmoka i prosi, by go nie wydała. I by improwizowała. I zaczyna udawać… zakochanego w niej po uszy chłopaka. Wyjaśnia jej ojcu jak wspaniałą ma córkę, i jaką szansą jest dla niej wyjazd i próba swoich sił na Brodwayu. To niemal niemożliwe. To jakby historia z książki – niewiarygodna, wręcz śmieszna. Ale w tej chwili Fallon nie jest do śmiechu. W sumie niezupełnie wie co robić. Czy ten Ben oszalał? Czemu się do nich dosiadł? Czemu tak wytrwale ją broni? Tak po prostu? Bezinteresownie? A może jednak, robi to z dobroci serca? Gdy tylko dziewczyna zaczyna w to wierzyć, wchodzi całą sobą w tę farsę. Dzięki temu wychodzi obronną ręką z rozmowy z ojcem. I zyskuje… chłopaka na kilka godzin. Bo Ben postanawia jej towarzyszyć do końca dnia, kiedy to dziewczyna wsiądzie na pokład samolotu i odleci na zawsze. A może, nie na zawsze? Może tylko na rok? A za rok, w tym samym dniu, w tym samym lokalu, o tej samej porze – spotkają się ponownie i będą dalej pisać swą historię? By się przekonać, jak będzie w rzeczywistości, koniecznie należy sięgnąć po najnowszą powieść mistrzyni young adult – Colleen Hoover, zatytułowaną November 9.

Nie będę ukrywać, ta książka pochłonęła mnie całkowicie. Wciągnęła od pierwszych stron i sprawiła, że nie tylko zaczęłam wierzyć w historie jak z powieści, ale i sama zechciałam taką przeżyć. Fallon i Ben stali się dla mnie bardzo realnymi bohaterami, pełnymi wad, wątpliwości, tajemnic, ale i swoistych zalet, obok których nie dało się przejść obojętnie. Przynajmniej ja nie mogłam. Pokochałam ich oboje, choć tak naprawdę, jak się poniewczasie okazało, niewiele siebie przed nami odkryli. Za to, gdy w końcu zaczęli ujawniać prawdziwe ja, trudno było uwierzyć, że to naprawdę wciąż te osoby, które było nam wcześniej dane poznać. A jednak. Nie zawsze to, co widzimy na pierwszy rzut oka, jest tym, co powinno być najważniejsze. Czasem prawdziwe intencje ukryte są pod grubym płaszczem. Tylko jego brutalne zdarcie może ujawnić prawdę, a ta, niejednokrotnie, jest niezmiernie bolesna. Ale może być również boleśnie piękna. Jaka będzie u Bena i Fallon? Musicie dowiedzieć się sami. Mi nie pozostaje nic innego, jak was gorąco zachęcić do lektury November 9. Naprawdę warto.

Sil



Za książkę dziękuję księgarni Matras

13 stycznia 2017

Wybrańcy losu "Naznaczeni śmiercią" Veronica Roth)

PREMIERA 17.01.2017

"Naznaczeni śmiercią" Veronica Roth
Seria: ?
Tom: I
wyd. Jaguar
rok: 2017
str. 536
Ocena: 5/6


Veronica Roth to już niemal legenda wśród autorów dystopii. A przecież ma na swoim koncie tylko jedną serię. Dziwne? A może wcale nie? W końcu Niezgodna to naprawdę coś wielkiego. Świetna książka, świetna seria filmowa. To nieuchronnie prowadzi nas do jednego – czy kolejne powieści autorki osiągną taki sam sukces, jak te już osławione? Chyba czas się o tym przekonać.

Akos Kereseth i Cyra Noavek żyją w jednej galaktyce. Ba, na jednej planecie. Ich rodziny przewodzą dwóm walczącym ze sobą narodom, z których jednej nie jest uznawany przez Zgromadzenie. Różni ich niemal wszystko. Język. Styl życia. Wychowanie. A jednak coś ich łączy, oboje są wybrankami Losu, jako jedni z nielicznych nie są w stanie wpłynąć na swoje życie. Ile wersji przyszłości by nie analizować, ich losy zawsze układają się tak samo. W rodzinie Keresethów losów dzieciom się nie wyjawia. Noavekowie ujawniają je w pewnym wieku. Cyra poznała więc swój los już jakiś czas temu, zresztą tez stosunkowo wcześniej uzyskała dostęp do swojego daru, który w jej przypadku okazał się przekleństwem. Akos nie poznał jeszcze ani swego daru, ani tym bardziej losu. To jednak zmienia się w dniu, w którym Zgromadzenie postanawia w trakcie emisji ujawnić losy wszystkich wybrańców. Tak oto, w jednej chwili, szczegóły z ich życia poznają wszyscy mieszkańcy galaktyki. Niektórych ujawnienie tych informacji będzie kosztować życie. Wśród Thuvhe wybucha panika. Dzieci w panice zabierane są ze szkoły, nikt nie wie, co tak naprawdę się dzieje. Keresethowie przewożeni są do domu. Okazuje się jednak, że nie jest on już bezpieczną przystanią. Czekają tam na nich Shoteccy żołnierze, którzy mają misję do wykonania – zabrać dzieci z najważniejszymi losami – średnie i najmłodsze. Reszta się nie liczy. No, może poza ich matką – Wyrocznią. Ona się jednak nie pojawia, a odkrycie kto jest kim okazuje się nie być niczym skomplikowanym. Niestety, w wyniku napaści ginie ojciec Akosa, wszystko również wskazuje na to, że matka mogła odebrać sobie życie sama. Chłopcy zabrani zostają za Przepiórzycę, za Dział, do okrutnego Ryzeka Noavek, władcy Shotetów. A tam, tam dopełnią się losy chłopców. Wszystko przynajmniej na to wskazuje.

Nie będę ukrywała, nie od razu spodobali mi się Naznaczeni śmiercią. Początki były dla mnie dość trudne i nie zawsze zrozumiałe. Autorka stworzyła w powieści zupełnie nowy świat, ba – całą galaktykę. Przypisała narodom języki (na szczęście ich nie używała!), nazwy, zwroty. Trudno było mi się połapać co jest czym i kto jest kim. Co gdzie jest, jak to wszystko wygląda. Cóż, trochę więc trwało nim powieść mi wciągnęła. Ale jak już to zrobiła, to nie potrafiłam się powstrzymać i czytałam. Czytałam, aż skończyłam. A teraz nie pozostaje mi nic innego jak czekać na pojawienie się drugiego tomu, który, mam nadzieję, odpowie na liczne pytania, które postawiono przed czytelnikami w Naznaczonych śmiercią.

Po zakończeniu lektury na pewno mogę powiedzieć jedno – autorka wiedziała co robi, pisząc tę powieść. Całość, po początkowych trudach, czyta się zdumiewająco dobrze. Bohaterowie są niezwykle przyciągający i przekonujący w swych kreacjach. Niezwykle łatwo zawierzyć ich słowom, a potem… potem pozostaje nam tylko zastanawiać się, czy zaufaliśmy właściwej osobie. Czy na pewno czarny charakter jest tym złym? A może ten dobry okaże się najgorszym z możliwych? By się tego dowiedzieć, koniecznie musicie sięgnąć po Naznaczonych śmiercią autorstwa Veroniki Roth. Z całego serca polecam.


Sil

9 stycznia 2017

Nie do zaakceptowania ("Buźka" Sophie Hannah)

"Buźka" Sophie Hannah
Seria: Konstabl Simon Waterhouse
Tom: I
wyd. Literackie
rok: 2015
str. 388
Ocena: 4,5/6


Czasem, zwykle w najmniej spodziewanym momencie, zostajemy dramatyczne zaskoczeni przez życie. Z minuty na minutę wszystko co do tej pory mieliśmy, co czciliśmy i dążyliśmy najwyższym szacunkiem - znika, rozpływa się, przestaje mieć najmniejsze znacznie. Kończy się pewna era, a nowa ma trudność z powołaniem się do istnienia. Bo jak tu dalej żyć?

Alice Fancourt kilkanaście dni wcześniej powiła córkę, z którą od tego czasu wręcz nie może się rozstać. Obie połączyła więź, której wydawałoby się, nikt ani nic, nie jest w stanie zniszczyć. Kobieta do tego stopnia troszczy się o swoje maleństwo, że nie chce go zostawić choćby na 5 minut. Co jednak może zrobić wobec wyzwania, jakim jest decyzja jej teściowej, którą traktuje jak matkę? Vivienne zażyczyła sobie, by jej synowa choć chwilę odpoczęła, w związku z czym zapisała ją do klubu, do którego sama uczęszcza. Co w tym dziwnego i niepokojącego? Zasadniczo nic, chyba że liczyć zestresowaną matkę, która nie chce odpoczywać od swojego dziecka. No dobra, może troszkę, ociupinkę odpoczynku by się jej przydało. Ale zdecydowanie niewiele. W końcu więc Alice ulega i wybiera się do Waterfront, gdzie jednak zamiast skorzystać z wszystkich dostępnych atrakcji porostu zwiedza i relaksuje się przy jednym, delikatnym drinku. Następnie wsiada do swojego wysłużonego samochodu i wraca do domu. Na miejscu jednak nic nie jest takim, jakim być powinno. Drzwi do domu są uchylone, a to się nigdy nie zdarza. To jednak nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, co kobieta odkrywa w pokoju dziecięcym. W kołysce, zamiast jej maleństwa, leży co prawda dziecko, jednak zdecydowanie nie jest to to samo dziecko, które zostawiła w tym miejscu kilka godzin temu. Ubranka się zgadzają, prosaki na nosku są, oczy niby w odpowiednim kolorze, ale… to zdecydowanie nie jest jej córka. Kobieta wpada więc w panikę, zaczyna nieopanowanie wrzeszczeć i… i w ten sposób wszystko się kończy. Już nie ma wspaniałego, idealnego życia. Jest jakiś koszmar, którego nie da się przeżyć. Mąż jej nie wierzy, odsuwa ją od tego maleństwa, które znajduje się w domu. Teściowa sama nie wie co ma powiedzieć, bo dziecko widziała raz, po porodzie. Potem wyjechała z wnukiem na wczasy. Zdjęcia malutkiej Florence zniknęły z aparatów fotograficznych, policja nie chce zrobić badania DNA a na prywatne badanie należy czekać tydzień. Kolejny tydzień w koszmarze. Czy Alice to przeżyje? Czy jej małżeństwo to przetrwa? Czy teściowa zrozumie? Czy Florence się znajdzie? Kto i jak zabrał ją z bezpiecznego domu? Aby się tego dowiedzieć, koniecznie musicie sięgnąć po Buźkę autorstwa Sophie Hannah.

Powieści tej autorki nigdy nie są "łatwą i przyjemną lekturą". Dlatego przeczytanie i przeanalizowanie całości zajęło mi kilka tygodni. Spodziewałam się co prawda, ze chwilę to potrwa, ale nie, że aż tyle. W sumie, wybrałam na czytanie tej książki jeden z najgorszych możliwych momentów. Gorzej by było, gdybym sięgnęła po nią posiadając już swoje maleństwo przy sobie. Wychodzę z założenia, że póki jest w mamusi, jest bezpieczne. Przynajmniej od takich atrakcji jakie przeżyła tytułowa Buźka je uchronię w ten sposób. Książki tej autorki są zdecydowanie pełne napięcia i stanowią wyzwanie dla takiego czytelnika jakim się stałam – odrobinę rozleniwionego i nie łaknącego skomplikowanej akcji i niecodziennych rozwiązań. To wszystko oczywiście autorce należy zaliczyć na plus, tym bardziej, że powieści na półkę nie odłożyłam, tylko codziennie wieczorem do niej wracałam i poznawałam kolejne odsłony opowieści o matce, walczącej o odzyskanie córki.

Historia pochłania czytelnika w zasadzie od pierwszych zdań napisanych przez autorkę. Rozpoczynając lekturę zaczynamy wędrówkę przez dość trudne tereny, nie zawsze od razu możliwe do zdobycia. Czasami niezbędne jest przygotowanie, kiedy indziej – przeczekanie. Zawsze jednak udaje się pokonać kolejną przeszkodę – z lepszym, bądź gorszym skutkiem. Osobiście wyszłam cało z wszystkich opresji i choć od jakiegoś czasu podejrzewałam takie, a nie inne rozwiązanie całej zagadki – i tak czułam się zaskoczona. Nie wszystko udało mi się przewidzieć. Nie na wszystko mój umysł był w stanie wpaść. Nie ze wszystkim się pogodziłam. Zdecydowanie jednak mogę stwierdzić, że Buźka ma w sobie to coś i warto zapoznać się z tą historią. Do czego z całego serca was zachęcam.


Sylwia Szymkiewicz-Borowska


6 stycznia 2017

Puchaty Maks ("Wombat Maksymilian i Królestwo Grzmiącego Smoka" Marcin Kozioł)

WITAMY W 2017 ROKU!!!

"Wombat Maksymilian i Królestwo Grzmiącego Smoka" Marcin Kozioł
Wyd. Edipresse Polska S.A.
rok: 2016
str. 290
Ocena: 5/6


Jeśli trafiliście tutaj, bo szukaliście czegoś o czochraniu wombata, lub innych mniej lub bardziej dziwnych rzeczy, to możecie od razu zamknąć stronę. Podobnie jeśli jesteście starsi niż 15 lat, albo nie macie dziecka w wieku wczesnoszkolnym, to też możecie wyłączyć tą stronę.

Ten wpis jest o książce "Wombat Maksymilian i królestwo Grzmiącego Smoka" napisanej, a może bardziej tu pasuje słowo "stworzonej" przez pana Marcina Kozioła (mam nadzieję, że dobrze odmieniłem). Książka opowiada o przygodach Maksymiliana, czyli Maksa, który jest wombatem. Tak, mieszkającym w Australii wombatem. Teraz jest chwila czasu by w internetach sprawdzić jak wygląda owy wombat. Czytając książkę Internet się przyda, ale o tym później. Wracamy do treści powieści. Nasz bohater dostał imię Maks, bo wszystko robi maksymalnie. Trochę tak jak ambitny pracownik korporacji. No i właśnie to jego oddanie i zaangażowanie przysparza mu odrobinę kłopotów, a w zasadzie to zmienia jego życie. Pewnie nie uwierzycie, ale wykopał taki tunel, że zatrzymał się dopiero pod Himalajami. Potem to już tylko poszukiwanie tytułowego Grzmiącego Smoka, w trakcie których odwiedza "magiczne" miejsca i spotyka dość nietypowych przyjaciół. W podróży wirtualnie wspierają go ojciec i przyjaciółka Zuza, którzy wyjaśniają bardziej złożone zagadnienia, które puchatemu wydają się niezwykłe. Więcej naprawdę nie ma sensu zdradzać, bo musiałbym opowiedzieć za dużo, a warto samemu zagłębić się w świat i przygody puchatego zwierzaka. Autor serwuje nam historię w sposób łatwy i przyjemny w odbiorze. Przy czym równocześnie demonstruje, jak uratować książki w dobie powszechnej komputeryzacji. Nie jest to pomysł nowy, ale został fajnie wykorzystany. Dzięki pojawiającym się co chwila na kartach opowieści łapkach z hasłami, czytelnik może zobaczyć to, co widzi i to o czym mówi Maks. Komputer lub telefon z odpowiednią aplikacją przenoszą nas w świat królestwa Grzmiącego Smoka. W mojej opinii jest to świetna sprawa i fajnie przygotowana przez autora. Mapy, filmy, czy też muzyka – to wszystko sprawia, że o wiele łatwiej przenieść się w świat wombata. Mam nadzieję, że to się upowszechni. Książka staje się dzięki temu atrakcyjniejsza, zwłaszcza dla młodszego czytelnika, a to przecież grupa docelowa. Samo wydanie jest bardzo poważne. Gruba okładka skrywająca w swoim wnętrzu 290 kolorowych stron. Wiele zdjęć, wspomniane "interaktywne" łapki, no i bardzo młodzieżowy format tekstu. Nie da się zagubić i pomylić, a to wielki plus. Nie mogę tu nie wspomnieć o świetnych rysunkach przedstawiających wombata i nie tyko. Bardzo przypadły mi do gustu i tyle.



Oczywiście polecam tę książkę młodszym czytelnikom, za formę, za interaktywność, ale przede wszystkim za historię, która toczy się tak jak powinna, nie za szybko i nie za wolno. Polecam, bo dzięki niej poznajemy mało znane królestwo mieszczące się u podnóży Himalajów. Poznamy szczęśliwych mieszkańców i fascynującą kulturę państwa rządzonego przez smoka. Jeśli marzą wam się podróże i jesteście jeszcze za młodzi na poważną literaturę, to z całego serca zachęcam.


Artur Borowski