Pokazywanie postów oznaczonych etykietą październik 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą październik 2012. Pokaż wszystkie posty

1 listopada 2012

Podsumowanie miesiąca października 2012

Czy wy tez tak macie? Że z każdym miesiącem zamiast lepiej - jest gorzej? Już sama nie wiem co myśleć o tym moim czytaniu - nieczytaniu. Choć w sumie... może nie jest tak źle? Czytam, tylko na innym "poziomie" pojmowania niż wcześniej... teraz zaś jestem chora, z jednej strony mam więc więcej czasu na czytanie, z drugiej... zamiast czytać i pisać recenzję siedzę przed telewizorem, oglądam zaległe seriale i uprawiam "drzemkę". Przede wszystkim to ostatnie :P A jutro.. eh, nawet nie chcę myśleć o dniu jutrzejszym :( Dobra, dość tego roztkliwiania się. Kilkanaście godzin temu skończył się październik, czas więc napisać kilka słów o tym, zakończonym właśnie, miesiącu.



W październiku przeczytałam:

"Księga kłamców" Mariusz Zielke (recenzja październik, 460, Principum, egz. autorski)
"Trzy oblicza pożądania" Megan Hart (recenzja październik, 416, Mira, Granice)
"206 kości" Kathy Reichs (recenzja październik, 408, Sonia Draga, Konkurs)
"Dziewczyna na Times Square" Paullina Simons (recenzja październik, 478, Świat Książki)
"Blogostan" Joanna Opiat - Bojarska (recenzja październik,308, Replika)
"Leksykon imion" Mirosław Winczewski (recenzja październik, 224, Studio Astropsychologii)
"Chorwacja" Rudolf Abraham (recenzja październik, 320, G+J Książki)
"Zanim zasnę" S.J.Watson (recenzja październik, 408, Sonia Draga, Granice)


Spośród przeczytanych... najlepsza była chyba Dziewczyna na Times Square i Zanim zasnę. Wyjątkowo fajną powieścią była również książka Kathy Reichs - 206 kości. Teraz czytam dwie książki, ale wejdą już w powieści przeczytane w listopadzie. Wśród nich jest Domena, jak dla mnie, super. I gdybym skończyła ją w październiku uznałabym ją za najlepszą lekturę tego miesiąca :)

Liczba wejść:
9451 - co daje około 305 wejść dziennie.  :)

W październiku przybyło mi 3 obserwujących. Miło mi Was powitać, nowi czytelnicy :) 30 października zaprezentowałam ostatnią nagrodę w Konkursowie 13, i tego samego dnia przedłużyłam konkurs do 4.11.2012. Wciąż czekam na Wasze prace :)

Liczba książek do recenzji otrzymanych we październiku: 12

Liczba prezentów książkowych: 10

Liczba książek zakupionych/książek z wymiany: 4

Wyzwanie "Z półki" - JEDNA - 206 kości :)

To by było na tyle... tragedii nie ma, ale mogłoby być znacznie lepiej. Może uda się w listopadzie? Oby :) a jak Wam poszło w ubiegłym miesiącu?


UPDADE: nawiązałam współpracę z portalem Audeo :)

31 października 2012

Coś o czymś („Księga kłamców” Mariusz Zielke)

„Księga kłamców” Mariusz Zielke
wyd. Principium
rok: 2012
str. 480
Ocena: 4/6



Przez Stany Zjednoczone, a dokładnie przez stan Nowy Jork przeszedł potężny huragan Irene i zabrał ze sobą kilka istnień ludzkich. Pierwszą ofiarą była dziewczyna trafiona w głowę skrzynką pocztową. Drugi zginął młody surfer, który poszukiwał dziesięciometrowych fal na plażach Coney Island. Ostatnią, ale nie mniej ważną ofiarą był agent CIA, który wrócił z misji w Marakeszu i miał zamiar spędzić pierwszy spokojny weekend od niepamiętnych czasów. Niestety, jak to często z planami bywa, te również spełzły na niczym. Tym razem pech chciał, że człowiek, który na co dzień brał udział w bardzo niebezpiecznych akcjach, zginął przygnieciony drzewem, siedząc w domu przed telewizorem. Wszystkie te wypadki gruntownie opisane zostały w jednym z internetowych magazynów. Jak się jednak okazało, rzeczywistość znacznie odbiegała od tego, co zostało opisane w artykule. Z wszystkiego, co znalazło się w przytoczonym felietonie, prawdą był sam fakt wystąpienia huraganu. No i trzy trupy. Dlaczego dziennikarz zdecydował się na opisanie nieprawdziwych wydarzeń? Czy zdawał sobie sprawę, jak łatwo dojść do tego, skąd zaczerpnął te historie? I w końcu… co to wszystko ma wspólnego z Anną Blum i Siergiejem Jaszynem, których losy, w dość zagmatwany sposób, zostały opisane w dalszej części książki? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć Księgę kłamców autorstwa Mariusza Zielke.

Od dłuższego czasu wpatruję się tępo w coraz szybciej mrugający kursor w Wordzie. Pulsuje, odliczając czas, testując mnie, sprawdzając jak długo będzie musiał czekać na wstukanie przeze mnie tekstu recenzji. I chyba to mruganie nigdy nie ustanie, bo po lekturze Księgi kłamców w moim umyśle panuje burza z piorunami, istny chaos, który uniemożliwia mi logiczne rozumowanie. Tknięta niepewnością co do sensu własnych odczuć zagłębiłam się w lekturze opublikowanych w sieci recenzji. I, szczerze powiedziawszy, odetchnęłam z ulgą. Bo nie tylko ja zagubiłam się w gąszczu, często zupełnie niezrozumiałych, wydarzeń mających miejsce w najnowszej powieści Mariusza Zielke.

Księgę kłamców czytało mi się … mozolnie. Po prologu, który rozbudził we mnie zainteresowanie i żądzę nabycia wiedzy, o czym jest ta tajemnicza „książka”, dalej niestety nie było już tak łatwo. Akcja przeniosła się, tak przynajmniej mogłoby się wydawać, w zupełnie inne miejsce. Zmieniła się również narracja i w ogóle… wszystko uległo przeobrażeniu. Zaczęły dziać się dziwne, niewyobrażalne wręcz i niesamowite rzeczy. I nie mówię tu o pojawieniu się jakichś paranormalnych postaci z niezwykłymi zdolnościami… nie, to potrafiłabym sobie jakoś wytłumaczyć. Każde zdanie wymagało ode mnie skupienia na niewyobrażalnym wręcz poziomie. Niestety, nawet gdy dawałam z siebie wszystko, nie zawsze byłam w stanie pojąć to, co się działo i co autor napisał. W pewnej chwili, podczas czytania, utknęłam na słowie „ale” zastanawiając się, co znaczy to słowo. To zdarzenie idealnie obrazuje to, co działo się, i dzieje, w mojej głowie z powodu Księgi kłamców. Chyba, bo… teraz już niczego pewna nie jestem. Może wcale nie przeczytałam tego, co przeczytałam? Może to, co wydumałam, ma się nijak do tego, co rzeczywiście miało miejsce w powieści? Może zwariowałam? Może… całkiem nawet prawdopodobne…

Wątpię, bym powyższym tekstem komukolwiek pomogła podjąć decyzję odnośnie lektury. Chciałabym Was jednak zachęcić do przeczytana tej powieści. Jest zagmatwana, nie jest łatwa w odbiorze, trudno przez nią przebrnąć… ma jednak w sobie to coś, co sprawia, że… chce się poznać zakończenie danej historii. I zdecydowanie, dzięki swojej niejasności, zapada w pamięć czytelnika.

Za książkę dziękuję Autorowi

29 października 2012

Gorąco tu („Trzy oblicza pożądania” Megan Hart)

„Trzy oblicza pożądania” Megan Hart
wyd. Mira
rok: 2012
str. 416
Ocena: 4/6



Ostatnio na rynku wydawniczym zaroiło się od powieści mocno seksualnych. Są nasycone erotyzmem, pikantnym słownictwem i mogą sprawić, na niejednym czole wywołają pojawienie się kilku kropelek potu. Nie są to jednak, przynajmniej w większości wypadków, książki pornograficzne, wywołujące niechęć czy niesmak. Skąd jednak taka popularność? Czy to nagle w autorach narodziła się chęć współdzielenia z czytelnikiem najskrytszych uczuć i pragnień? Czy może chodzi raczej o zaspokojenie głęboko skrywanych potrzeb odbiorców? Czyżby prawdą było, że ludzie kłamią, a gdy mówią, że tak nie jest, oznacza to, że już nawet nie zdają sobie sprawy czym jest prawda? Na to pytanie każdy chyba musi odpowiedzieć sobie sam. Ja dość długo broniłam się przed tego typu literaturą, bynajmniej nie z powodu jakichś purytańskich przesądów czy obrzydzenia. Bałam się jednak, że nie sprostam zadaniu i nie będę w stanie zrecenzować danej pozycji. Obawiałam się, że nie znajdę w otrzymanej książce niczego, poza czystą żądzą, w związku z czym nie będzie o czym pisać. W końcu zdecydowałam, że raz kozie śmierć, najwyżej nie podołam. Albo umęczę się podczas pisania recenzji. Czy któraś z tych sytuacji miała miejsce? Najprawdopodobniej dowiecie się tego podczas lektury poniższej opinii. 

Dalszy ciąg recenzji dostępny jest TUTAJ

Za książkę dziękuję wortalowi Granice

26 października 2012

„Leksykon imion” Mirosław Winczewski


Dziś kolejna recenzja mojego szanownego małża, liczę, że się Wam spodoba :)

„Leksykon imion” Mirosław Winczewski 
wyd. Studio Astropsychologii 
Ocena 3/6
str. 224
rok: 2006



Gdy zobaczymy tę książkę na półce, na pewno nie będziemy spodziewać się dramatu czy horroru – tak, to po prostu leksykon imion. Przy czym, ze względu na ograniczoną ilość stron, nie znajdziemy tu absolutnie wszystkich imion, tylko te najpowszechniejsze spośród tysięcy. Słowo „tylko” nie jest tu właściwe, bo nie znalazłem ledwie jednego czy dwóch, spośród znanych mi imion, np. Gabriela. Autor przedstawił w książce pochodzenie imion i zestaw cech, którymi charakteryzują się lub powinni się charakteryzować ich posiadacze. Każde imię ma swoją numerologiczną moc. O tym jak ludzie będą postrzegać „nosiciela” danego imienia, jakie będzie miał on wnętrze, czy też jak będzie podchodzić do napotkanych problemów, przekonamy się dzięki sumowaniu samogłosek i spółgłosek – tak „My” jesteśmy zapisani w liczbach. Podchodzę do tego sceptycznie, ale książkę przeczytałem z czystej ciekawości. „Rozmyte” opisy cech imion, przypominają to co możemy przeczytać w horoskopach, czyli tekst bardzo łatwo poddaje się różnorakiej interpretacji – tak więc każdy może sobie dopasować praktycznie co chce.  Po każdym imieniu szukałem znajomej osoby, która by je nosiła i starałem się ją dopasować do cech. Jak się mogłem spodziewać, nie zawsze to pasowało. Znajomi, którym dałem książkę do przejrzenia również dość sceptycznie się do niej odnosili – może po prostu nie trafiła na podatny grunt? Logicznie patrząc, każdy z nas ma znajomych, którzy mają takie same imię, a są do siebie podobni niczym woda i ogień. Mało tego, z opisu mojego imienia wynika, że dobrze bym się czuł jako kontroler – czyli każdy napotkany przez nas kontroler lotów czy biletów powinien mieć na imię Artur.

Wróćmy jednak do książki. Po słowie wstępu autor pisze troszkę o numerologii imion i  przedstawia znaczenie każdej z liczby z trzech kategorii (sumowania liter) – są one również bardzo rozmyte. Następnie znajdują się już same imiona, podzielone alfabetycznie. Na końcu znajduje się najlepsze: wykaz patronów. Powiem szczerze nie wiedziałem, że blacharze, chorzy na grypę i ekolodzy mają swoich patronów.

Książka ta na pewno jest obowiązkowa dla osób lubujących się w astrologii, numerologii i innych takich „magicznych” sprawach. Leksykon imion może być również wspaniałym prezentem dla par spodziewających się pociechy – a nóż widelec ich Józef będzie aktywistą społecznym, tak jak chcieli tego rodzice. Dla mnie to po prostu ciekawostka, opisy traktuję z przymrożeniem oka, ale pochodzenie imion jest dla mnie czymś ciekawym. A co najważniejsze dla mnie, w książce są wypisane wszystkie daty imienin – może w końcu o jakiś nie zapomnę? Z uwag technicznych, autor nie wyjaśnił o co chodzi ze znakami zodiaku, mogę się jedynie domyślać, że podane są znaki najbardziej pasujące do danego imienia.

Artur Borowski

Za książkę dziękujemy wydawnictwu Studio Astropsychologii

24 października 2012

Kawałek po kawałku („206 kości” Kathy Reichs)

„206 kości” Kathy Reichs
wyd. Sonia Draga
rok: 2011
str. 408
czas trwania: 11:04:00
Ocena: 4,5/6



Jako prawdziwa miłośniczka serialu Kości nie mogłabym, od czasu do czasu, obyć się bez porządnej dawki jego literackiego odpowiednika, który nomen omen niemal w niczym nie przypomina tego, co możemy obejrzeć w telewizji. Tym razem zdecydowałam, z racji niewielkiej ilości „wolnego” czasu, sięgnąć po audiobooka. I powiem Wam jedno, z każdą kolejną wysłuchaną książką, kocham tę formę przekazu coraz bardziej.

Audiobooki to nie tylko sposób na zapoznanie się z tajemnicą ukrytą za słowami napisanymi przez autora. Czytane książki umożliwiają przede wszystkim lepszą organizację czasu mola książkowego. Dzięki nim czytelnik nie musi się już zastanawiać, czego nie zrobił, bo poświęcił czas lekturze. Wysłuchanie przeczytanej na głos przez kogoś innego książki pozwala równocześnie wykonywać kilka rzeczy. Słuchamy i w tym samym czasie sprzątamy/gotujemy/remontujemy. To od nas zależy, w co w danej chwili „włożymy” ręce. Dzięki audiobookom przestałam czuć wyrzuty sumienia, które pojawiały się u mnie za każdym razem, gdy za wiele czasu poświęciłam wciskając nos w książkę, nie robiąc nic „dla domu”. Wciąż kocham czytać, wąchać książki, czuć delikatną teksturę papieru pod palcami. Nigdy nie zrezygnuję z prawdziwej powieści na rzecz audiobooka, ale bardzo chętnie, od czasu do czasu, włączam werbalną wersję powieści, by poświęcić się domowym obowiązkom.

Temperance Brennan, jedna z najlepszych i najpopularniejszych antropologów sądowych na świecie. Jest genialna, miła i atrakcyjna. Żadnego wyzwania się nie boi i zawsze wie, jak postępować z przekazanymi jej do zbadania szczątkami. Nie popełnia błędów. Ciało to kopalnia informacji, z której Temperance wydobywa wszelkie niezbędne do zbadania sprawy kryminalnej dane. Nim więc wyda zawodową opinię, nim powie jak i najprawdopodobniej dlaczego ktoś zginął, analizuje wszystko, łączy fakty i dedukuje. Podejmuje decyzje i podaje ją do publicznej wiadomości. Nie ma miejsca na pomyłki. Jak powie – tak jest. Dlatego tak zaskakujące jest dla niej wezwanie do Chicago, gdzie do tej pory znajdowało się ciało badane przez doktor Brennan przed kilkoma miesiącami. Sprawę wraz z nią prowadził detektyw Andrew Ryan, który również został sprowadzony do wietrznego miasta celem złożenia wyjaśnień. Tylko jakich, skoro jednoznacznie stwierdzono, że znaleziona kobieta, a w zasadzie to, co z niej zostało, zamarzła i została rozszarpana przez leśne zwierzęta? Co tu wyjaśniać? Na miejscu okazuje się jednak, że do wyjaśnienia jest kilka kwestii bo ktoś anonimowo doniósł, że pani doktor popełniła błąd, a ofiara nie zginęła w skutek własnej głupoty, lecz została brutalnie zamordowana. Jak potoczą się sprawy? Czy Temeperance rzeczywiście popełniła błąd? Czy to możliwe, by coś ją tak rozkojarzyło, by błędnie odczytała sygnały wysyłane przez szczątki? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po 206 kości autorstwa Kathy Reichs.

Powieść słucha się znakomicie. Akcja wciąga i zaciekawia już od pierwszych zdań wypowiedzianych przez Joannę Jeżewską, której hipnotyzujący głos nie pozwala oderwać się od słuchania. Lektorka idealnie moduluje głos, dzięki czemu zawsze wiadomo czyją postać w danej chwili odgrywa i co przeżywa konkretny bohater. 206 kości miejscami przeraża, miejscami śmieszy. Czytelnik, a w tym wypadku słuchacz, angażuje się w przeżywane przez bohaterów wydarzenia i zaczyna odczuwać to, co oni. Kathy Reichs pisze w bardzo sugestywny i ciekawy sposób. Dzięki temu łatwo uwierzyć, że opisane przez nią wydarzenia rzeczywiście miały miejsce, a ludzie istnieją bądź istnieli naprawdę. Trudno się więc dziwić, że jej powieści stały się podstawą do stworzenia kultowego już serialu. Cieszę się jednak, że wersja telewizyjna tak bardzo różni się od książki. Dzięki temu nie muszę się zastanawiać czemu w serialu jest tak, a w powieści inaczej. Temperance książkowa i ekranowa to dwie zupełnie inne postaci. Różni je wiek, rodzina, przeżycia, doświadczenie, miejsce wykonywania pracy, podejście do ludzi… w zasadzie łączą je jedynie dane personalne i wykonywany zawód, choć i tu pojawiają się pewne rozbieżności. 206 kości polecam wielbicielom dobrych kryminałów oraz pasjonatom archeologii i dziedzin pokrewnych, bo z książek Kathy Reichs zawsze można dowiedzieć się czegoś ciekawego. Warto posłuchać.

Recenzja bierze udział w konkursie

Baza recenzji Syndykatu ZwB

22 października 2012

Co się stało z miłością? („Dziewczyna na Times Square” Paullina Simons)

„Dziewczyna na Times Square” Paullina Simons 
wyd. Świat Książki
rok: 2012
str. 478
Ocena: 4,5/6



Nie da się ukryć, że najnowsza powieść Paulliny Simons „chwilkę” przeleżała w mojej biblioteczce. Zdecydowanie odczekała swoje, a jak to bywa z odkładanymi na później powieściami – z czasem ich siła przyciągania słabnie. O danej książce myśli się coraz rzadziej, lista lektur rozrasta się w zastraszającym tempie, a do tego w pewnym momencie zauważamy, że minęła nam ochota na dany typ powieści. I ten ostatni, niewątpliwy i niezaprzeczalny fakt, jest najgorszy. Bo jak przeczytać coś, co najzwyczajniej w świecie człowieka nie pociąga? Zdecydowanie nie jest to zadanie łatwe. Zwykle, na szczęście, już po kilku przeczytanych zdaniach chęć do czytania powraca, powieść wciąga i od razu wiemy, dlaczego jakiś czas wcześniej zdecydowaliśmy się na tę pozycję. „Zwykle” nie oznacza jednak „zawsze”. Jak było w moim przypadku? By się tego dowiedzieć koniecznie musicie przeczytać poniższą recenzję.

Lily, a w zasadzie Liliane Quinn, przez bliskich zwana Liliput ma przed sobą całe życie. Dopiero co wkroczyła w dorosłość, która już zdążyła ją przytłoczyć. Za kilka tygodni kończy naukę a rodzice od wielu miesięcy powtarzają, że jeszcze chwila i przestaną płacić czynsz za wynajem jej mieszkania. Na szczęście kolejne czeki spływają regularnie. Wiosną 1999 roku ma miejsce sytuacja, z którą Lily trudno się pogodzić – opuszcza ją chłopak Joshua, który nomen omen dotychczas płacił wraz z nią część opłaty za lokum. Dziewczyna musi więc poradzić sobie nie tylko z rodziną, która uważa ją za nieroba, ale i z widmem zaharowywania się w okolicznych restauracjach umożliwiających jej dorobienie do czynszu. Wizja głodu bynajmniej jej nie przeraża, teraz przynajmniej nie będzie musiała dzielić i tak skromnego posiłku między siebie i chłopaka. Jest to więc jakieś pocieszenie, choć trzeba przyznać, że niewielkie. Wraz z odejściem Johsuy, Lily uświadamia sobie, jak bardzo samotna jest i jak strasznie uzależniła się od chłopaka. Codziennie modli się, by ten zmienił zdanie i do niej wrócił, zdaje sobie jednak sprawę, że to mało prawdopodobny scenariusz wydarzeń. Tuż przed rozdaniem dyplomów, które miało zakończyć edukację dziewczyny, ta zostaje poproszona przez liczne rodzeństwo, by pojechała na Maui odwiedzić matkę. Wszyscy niezmiernie się o nią martwią. Odkąd wraz z ojcem, emerytowanym dziennikarzem, przeprowadziła się w ten malowniczy zakątek świata, nie układa się im najlepiej. George nie potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji, a i Allison nie radzi sobie najlepiej. Ich prywatna Itaka stała się dla obojga najgorszym rodzajem piekła. On męczy się nie mogąc robić tego, na co tak naprawdę ma ochotę, ona przeżywa katusze samotności związanej z oderwaniem od bliskich. Lily, choć nie ma na to za dużej ochoty, w połowie maja pakuje bagaż i wyrusza do rodziców, a w zasadzie do matki, bo ojciec postanawia w tym czasie odwiedzić swojego syna, kongresmena Andrew Quinna. Na Maui wychodzi na jaw kilka faktów z bieżącego życia Lilu, które zupełnie odmieniają jej dalszą przyszłość. Przede wszystkim okazuje się, że dziewczyna nie zaliczyła odpowiedniej ilości godzin zajęć, więc z automatu nie weszła do grona studentów, którzy w danym roku otrzymają dyplom. Do tego okazuje się, że spotkanie z matką, jak się można było spodziewać, przynosi więcej szkód niż pożytku. Ich wspólne relacje z dnia na dzień stają się coraz odleglejsze i mało przyjemne. Dlatego z ogromnym poczuciem ulgi dziewczyna przyjmuje rozmowę z nowojorskiej policji, która informuje ją o tajemniczym zaginięciu jej najlepszej przyjaciółki – Amy. Lily, choć tak naprawdę nie jest to potrzebne, postanawia odciąć się od toksycznej matki i niezwłocznie wrócić do Nowego Jorku. To właśnie w tym mieście toczy się akcja całej niemalże powieści i to właśnie tu niestrudzeni oficerowie NYPD poświęcą wiele, by tylko odnaleźć Amy. Czy im się to uda? Jak potoczy się akcja? Co oznaczają tajemnicze cyfry, które Lily nieustannie powtarza w swojej głowie? Gdzie jest Amy? Jaki związek ma jej zniknięcie z bratem Lily – Andrew? Dokąd doprowadzi czytelnika lektura Dziewczyny na Times Square? By się tego dowiedzieć koniecznie musicie sięgnąć po tę powieść.

Jedno jest pewne – to nie była lekka i przyjemna lektura. Książki w żaden również sposób nie jestem  stanie zaliczyć do łatwych i czytanych w ekspresowym tempie. Nic z tych rzeczy. Dziewczynę… czyta się powoli, wręcz w ślimaczym tempie. Każdy rozdział jest tak naładowany emocjami i tak przeładowany informacjami, że jego zakończenie musi zostać okupione przerwą od lektury. Jak się jednak okazuje, takie przerwy na niewiele się zdają, bo… gdy już czytelnik pozwoli sobie na chwilę wytchnienia, to nie może zapomnieć o tym, o czym dopiero co przeczytał. I tak oto koło się zamyka, bo po książkę sięga się ponownie i to jak najszybciej.

Mi, jako czytelnikowi, najtrudniej było przebrnąć przez sam początek powieści i przyznam szczerze, że niewiele brakowało, bym rzuciła książką w ścianę i na tym zakończyła tę całą zabawę. Pierwsze strony czytało mi się strasznie mozolnie. Nie podobało mi się to co pisze i jak pisze autorka. Nie przypadł mi do gustu w pierwszych zdaniach poruszany temat. Delikatnie mówiąc nie zaprzyjaźniłam się z główną bohaterką. Jednak gdy tylko siadałam i zastanawiałam się, co powiedzieć o tej nieprzeczytanej do końca książce i jak wyjaśnić, że nie mogę jej kontynuować, miałam pustkę w głowie. Przeczytałam kilka recenzji, zobaczyłam same ochy i achy i zaatakowało mnie wrażenie, że zaś nie jestem taka jak reszta. Że to co czyta ogół nie przypada mi do gustu. Postanowiłam więc dać Dziewczynie na Times Square jeszcze jedną szansę. Powiedziałam sobie – przeczytaj pierwsze sto stron i wówczas zdecydujesz co dalej. I co było dalej? Dalej było kolejne, kolejne i kolejne sto stron. Bo książka mnie wciągnęła, pochłonęła, pożarła. I choć czytało się ją małymi kroczkami i trwało to bardzo długo, to nie mogłam sobie odpuścić i czytałam dalej. Choć głównej bohaterce działy się z każdą stroną coraz dziwniejsze i gorsze rzeczy, w które w normalnych warunkach po prostu bym nie uwierzyła, to… po prostu wierzyłam. Bo całość była napisana w taki sposób, że trudno było nie uwierzyć. Ostatnich kilka nocy z powodu Dziewczyny… zarwałam. Czytałam jeden rozdział, odkładałam książkę, myślałam – i brałam powieść z powrotem do ręki. Gdyby nie konieczność wyjścia rano do pracy pewnie czytałabym co noc do świtu. A gdy zakończyłam lekturę… odetchnęłam z ulgą i jednocześnie pokręciłam głową z niedowierzaniem - co też ludziom przychodzi do głowy?

Dziewczyna na Times Square jest jedną z najtrudniejszych powieści, jakie miałam okazję przeczytać. Porusza wątki, o których zwykle myśli się w kategoriach „przydarzy się innym, bo na pewno nie mi”. Walka Lily o własną przyszłość dogłębnie wzrusza czytelnika, zachowanie jej bliskich – bulwersuje. Całość to znakomity dramat psychologiczny z nutą, sama nie wiem, thrillera? Książka warta przeczytania, jeśli oczywiście można jej poświęcić więcej czasu niż normalnej lekturze. Polecam.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Świat Książki
Baza recenzji syndykatu ZwB

10 października 2012

O, naiwności… („Blogostan” Joanna Opiat-Bojarska)

„Blogostan” Joanna Opiat-Bojarska
wyd. Replika
rok: 2012
str. 308
Ocena: -4/6



Czasem czekamy na coś bardzo długo i wytrwale, wierząc, że im dłużej i mocnej będziemy danej rzeczy chcieć, tym więcej przyjemności sprawi nam osiągnięcie wymarzonego celu. Czasem... ale nie zawsze. Zdarza się, chyba nawet częściej niż rzadziej, że marzenia okazują się piękniejsze od ich urzeczywistnienia. Gdy mamy już to „coś”, gdy dobiegamy do mety, gdy nasza wędrówka się kończy… okazuje się, że nie tego chcieliśmy. Miał być wybuch petard, jakieś olśnienie, gwiazdka z nieba…  dostajemy szarą, płytką, po prostu nieciekawą rzeczywistość. Tak bohaterka powieści czekała na swoją przyszłość. Tak ja czekałam na tę książkę. Czego doczekała się ona? Co przeżyłam ja? O tym w poniższym tekście.

Sylwia Michalak (tak w ogóle to bardzo ładne imię J) pragnie zostać rekinem rynku nieruchomości. Jednak przez dwa lata od ukończenia studiów niezupełnie jej się to udaje. Nie oznacza to jednak, że dziewczyna załamuje ręce i się poddaje. Co to, to nie. Jednak gdy już zaczyna tracić wiarę w to, że jej marzenia zaczną się ziszczać, nagle znajduje wymarzoną pracę. Szef jest wspaniały, pokłada w niej wielkie nadzieje i rozpościera przed nią wizje ogromnego sukcesu. Lada dzień panna Michalak podbije świat. Nie będzie już rybką w malutkim, domowym akwarium. Stanie się rekinem ludojadem, przed którym umykają wszystkie inne morskie stworzenia. Nie tylko życie zawodowe zaczyna się jej układać. Wyraźnie widzi również światełko w tunelu życia osobistego. Patryk, mężczyzna życia Sylwii, zaczyna przejawiać symptomy chęci zacieśnienia ich związku. Zdecydowanie szykują się zaręczyny. Szczególnie, że ukochany zaprosił Sylwię na randkę do bardzo drogiej restauracji. O cóż więc innego może chodzić, niż powiedzenie sakramentalnego „tak”? By się tego dowiedzieć należy sięgnąć po powieść Joanny Opiat-Bojarskiej.

Blogostan chwilę przeleżał na mojej półce, nie oznacza to jednak, że nie miałam ochoty na tę lekturę. Wręcz przeciwnie. Patrzyłam na nią tęsknie za każdym razem, gdy przechodziłam obok mojej biblioteczki. Sama jestem blogerką i bardzo chciałam dowiedzieć się, jak blogowanie widzą inni. Musze jednak przyznać, że byłam bardzo ograniczona w swoim rozumowaniu. Nigdy nie interesowało mnie poznawanie cudzego życia od podszewki. Internetowego pamiętnika nie prowadziłam nigdy, a i taki zwykły, papierowy – przez bardzo krótki czas. Gdy zakładałam swój blog, niemal w zupełności poświęcony literaturze, nawet przez chwilę nie myślałam, by zrobić z niego moją własną spowiedź przed światem. Nie ukrywam, że zdarza mi się, od czasu do czasu, uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć cos więcej o sobie. Nie zdarza się to jednak zbyt często. Niezupełnie bawi mnie taki publiczny ekshibicjonizm. Są rzeczy, o których rozmawiam tylko z najbliższymi, są i takie, które mogę ujawnić szczerszemu audytorium. Nie wyobrażam sobie jednak zdawania relacji całemu światu z każdej chwili mojego życia. A są tacy, którzy właśnie tego pragną najbardziej. Uchylają drzwi do swojego wnętrza i piszą internetowe pamiętniki. Sylwia pewnego dnia stwierdza, że musi podzielić się z kimś szczęściem, jakie gości w jej sercu i zakłada bloga. Blogostan opowiada właśnie o tym, co wydarza się w życiu głównej bohaterki wkrótce po podjęciu decyzji o rozpoczęciu blogowania.

Powieść pisana jest dwutorowo. Poza trzecio osobowymi opisami perypetii Sylwii autorka prezentuje również posty oraz komentarze czytelników Blogostanu, pisane w pierwszej osobie. I choć to te wpisy sprawiły, że blogerka osiągała w sieci coraz większą popularność, to mnie one w żaden sposób do siebie nie przekonały. Zarówno ich forma jak i przekaz okazały się nie być w moim guście. Całkiem jednak możliwe, że najzwyczajniej w świecie się uprzedziłam. Sylwia od początku wydała mi się bardzo infantylna i, przepraszam za szczerość, niezmiernie naiwna, a czasami wręcz głupia. Wiem co miłość robi z człowiekiem. Wiem, że zaślepia i robi z mózgu papkę. Ale przecież to nie trwa wiecznie. W pewnym momencie zakochanie przekształca się w miłość. Człowiek zauważa wówczas wady partnera, wie jednak, że szczęście oznacza chodzenie na kompromis. Są jednak pewne granice, których nie należy przekraczać. Każdy powinien wiedzieć ile jest wart i kiedy powiedzieć dość. Sylwia tego nie wie. Idzie do przodu niczym muł. Słyszy przykre słowa, przesiaduje na nieustannej huśtawce uczuć a i tak tkwi w tym bagnie. Bo KOCHA. Bo to jest TO. Bo TAK. Ani na chwilę nie przystaje i nie zastanawia się, jak to wygląda z boku. Jak mogą to wszystko postrzegać inni. Ba, by przez przypadek nie usłyszeć, że źle robi, pomija pewne fakty w swoich codziennych postach. Wszystko przecież musi być wspaniale. A jak nie jest to… jest i tak. Czy jest to uczciwe postępowanie względem czytelników? Nie wydaje mi się. Skoro już ktoś decyduje się na opisywanie swojego życia osobistego, to powinien to robić uczciwie i kompletnie, a nie wybierać tylko te fakty, które mogą podnieść popularność wpisów.

Musicie wybaczyć mi tę prywatę, ale odrobinę zawiodłam się na tej książce. Nie oznacza to jednak, że jest ona zła. Bo nie jest! Po prostu jest inna niż sobie wymarzyłam. Nie powoduje fanfar, nie sprawia, że strzelają petardy, że zmienia się wszystko. Blogostan jest jak… szara, nudna, przeciętna rzeczywistość. Jest jak spełnienie najpiękniejszych marzeń – nie tak piękny jak marzenia. Niewystarczający. Przynajmniej dla mnie. Oczywiście jest to wyłącznie moja opinia, której nie chcę narzucać Wam. Zachęcam więc do przeczytania tej pozycji, może znajdziecie w niej coś, co ja przegapiłam. Może pokochacie głównych bohaterów i zrozumiecie przyczyny ich postępowania? Chyba warto spróbować i przekonać się na własnej skórze, jaki Blogostan jest w rzeczywistości.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Replika 

8 października 2012

Do Chorwacji z książką („Chorwacja” Rudolf Abraham)

Dziś ponownie mam Wam do zaprezentowania recenzję autorstwa mojego męża :) Mam nadzieję, że i ta przypadnie Wam do gustu :)

„Chorwacja” Rudolf Abraham
wyd. G+J Książki
rok: 2012
str. 320
Ocena: 4/6



Większość z nas w czasie kolejnych godzin, dni i tygodni morderczej pracy/szkoły znosi wszystko, ba -zwykle się uśmiecha, oczywiście skrycie, bo gdzieś tam w najgłębszych zakamarkach umysłu rodzi się plan, rodzi się wizja: URLOP/WAKACJE. Wszystko zaczyna się od planowania. Może znowu nudny wyjazd do rodziny na wsi? Te same pola, lasy i jeziora. A może by w tym roku zaszaleć? Tak, może morze, a może góry? Ale przecież deszcz, zimno i o słońce trudno. A więc szykujemy się na wyjazd za granicę. Przed nami otwierają się wrota Meksyku, Grecji, Tunezji, a może nawet Tajlandii – a co tam, kto bogatemu zabroni? Niestety, dla większości z nas tak łatwo nie jest i wakacyjne marzenia o egzotycznych podróżach ogranicza gotówka. Wraz z rodziną i przyjaciółmi przechodziłem przez to samo i nasz wybór padł na Chorwację. Nie mam zamiaru wychwalać tu tego kawałka ziemi, ale żałuję, że w czasie planowania urlopu nie posiadałem przewodnika „Chorwacja” R. Abrachama, wydanego przez National Geographic. Po jego lekturze na pewno spędzilibyśmy urlop trochę bardziej aktywnie, na zwiedzaniu kraju i poznawaniu kultury, a nie poświęcili 90% czasu na kamienistej plaży.
Lektura przewodnika pozwala nam nie tylko zapoznać się z ciekawymi do zobaczenia miejscami, ale dodatkowo początkowe rozdziały książki prezentują w bardzo obrazowy i przystępny sposób, historię i dzieje Chorwacji oraz kulturę i sztukę tego kraju. Dzięki tej książce dane jest nam również zapoznanie się z kuchnią i przyrodą tamtych rejonów. Mało tego, autor proponuje kilka możliwych wariantów zwiedzania Chorwacji, w zależności od czasu jakim dysponuje podróżnik i od jego preferencji.
Dalsza część książki podzielona została na rozdziały opisujące poszczególne krainy geograficzne. To właśnie lektura tej części przewodnika pozwoli czytelnikom zapoznać się z ciekawymi miejscami do zwiedzania. Znajdziemy tu opisy interesujących miast i ich zabytków, oraz takich pomników przyrody jak Jeziora Plitwickie. W przewodniku znajdziemy także krótkie i praktyczne porady bywalców, którymi są współpracownicy National Geographic. Do tego dość często napotkamy mapy i mapki oraz wyróżnione kolorem niebieskim lub zielonym ramki, a nawet strony zawierające dokładne opisy poszczególnych miejsc, wydarzeń, a także praktyczne porady dla zwiedzających. O przepięknych i licznych zdjęciach nie wspomnę. Autor stara się przekazać tak wiele czytelnikowi i czasami te kolorowe dopiski i strony sprawiają, że główny przekaz staje się trochę nieczytelny i aby dokończyć jakieś zdanie, trzeba przeskoczyć nawet dwie strony. Przez to czasami się denerwowałem i odkładałem książkę w kąt, by po kilku minutach do niej powrócić. Bardzo podobało mi się to, że w książce znajdują się liczne adresy stron internetowych różnych instytucji lub przewoźników, na których to stronach możemy zorientować się co do cen, godzin otwarcia i temu podobnych informacji. Sama końcówka lektury to zestawienie adresów pensjonatów wraz z danymi teleadresowymi oraz poradami praktycznymi co do zakupów, obyczajów, rozrywek i wycieczek czy też środków lokomocji.
Czytając ten przewodnik po Chorwacji odnosiłem wrażenie, że jest on pisany dla osób dysponujących znaczną ilością gotówki i przede wszystkim bardzo aktywnych, którzy cały swój wolny czas, zwany urlopem, poświęcają na zwiedzanie. Książkę, mimo niewielkiego chaosu, mogę polecić każdemu, który poszukuje miejsca na wypoczynek, i to nie tylko ten letni, ale także pozasezonowy, a nawet narciarski. Stali bywalcy tego, jak mówią legendy, „boskiego” kawałka ziemi, po przeczytaniu tej książki na pewno inaczej spojrzą na Chorwację i znajdą miejsca warte zobaczenia. Ponieważ co nieco widziałem w Chorwacji, to czytanie tego przewodnika przywoływało bardzo przyjemne wspomnienia. Książkę tę będę miał pod ręka, w trakcie planowania kolejnego wyjazdu wakacyjnego bo, bez dwóch zdań, będzie to już trzeci wyjazd do tego kraju. Tym razem może uda mi się zobaczyć większy kawałek tego państwa i z większą świadomością spojrzę na liczne zabytki. Mało tego, jak żona znajdzie trochę czasu między kolejnymi lekturami, to jej podrzucę przewodnik po Chorwacji i może kolejne wakacje spędzimy na zwiedzaniu, a nie leniwym plażowaniu.
PS. Z doświadczenia wiem, że podróż do i po Chorwacji własnym samochodem jest bardzo przyjemna i opłacalna, wbrew temu co jest napisane w tym przewodniku. Tarabanienie się komunikacją publiczną nie tylko ogranicza naszą mobilność, ale także i ilość bagaży (przypis nie dotyczy samochodów marki Renault Laguna II).

Artur Borowski

Za książkę dziękujemy wydawnictwu G+J Książki

4 października 2012

Przebudzenie („Zanim zasnę” S.J. Watson)

„Zanim zasnę” S.J. Watson 
wyd. Sonia Draga
rok: 2012
str. 408
Ocena: 5/6 



Budzisz się rano i… wiesz, że coś jest nie tak. Coś ewidentnie się nie zgadza, elementy układanki nie pasują do siebie. Nie przypominasz sobie, byś poprzedniego dnia zabalował. Czy to możliwe, że wylądowałeś w łóżku z zupełnie obcą osobą? Przecież nie żyjesz w ten sposób. Jasne, skręt od czasu do czasu, impreza z przyjaciółmi, jakiś alkohol… ale nie przypadkowy seks z zupełnym nieznajomym. A może jednak?

Gdy Christine Lucas budzi się pewnego listopadowego poranka jest zupełnie zagubiona. Nie przypomina sobie, by poprzedniego wieczora była na jakiejś imprezie. A na pewno musiała być, przecież w innym wypadku nie znalazłaby się z obcym mężczyzną w łóżku… z jakimkolwiek mężczyzną w łóżku. Podenerwowana wstaje cicho i na palcach idzie do łazienki. „Szybko się ogarnę i zmywam się z tego mieszkania” – myśli i otwiera drzwi, nie spodziewając się tego, co zobaczy za nimi.

Ciąg dalszy recenzji dostępny TUTAJ

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wortalu Granice i wydawnictwa Sonia Draga
Baza recenzji Syndykatu ZwB