Pokazywanie postów oznaczonych etykietą listopad 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą listopad 2013. Pokaż wszystkie posty

2 grudnia 2013

Szczypta rozkoszy („Afrodyzjaki wszech czasów” Małgorzata Caprari)

„Afrodyzjaki wszech czasów” Małgorzata Caprari
wyd. Buchmann
rok: 2013
str. 162
Ocena: 4,5/6


Chyba każdy, choć w raz w życiu, chciał przygotować jakiś wyjątkowy posiłek. 
Na wieczór.
Na wyjątkową okazję.
Na randkę.
To na pierwszy rzut oka może wydawać się dość banalne, z czasem jednak okazuje się śmiertelnie trudne. No bo czym zachęcić i zaskoczyć partnera? Jak trafić w jego gusta kulinarne? Czym rozbudzić jego uśpione libido? Czy jedzenie w ogóle może zadziałać na człowieka rozpalająco?

Małgorzatę Caprari miałam już okazję "poznać" przy okazji lektury Polskiej kuchni domowej i muszę przyznać, że ta lektura bardzo przypadła mi do gustu. Do dziś zajmuje jedno z głównych miejsc w mojej kuchennej biblioteczce i, co tu dużo mówić, stosunkowo często do niej sięgam. Jest dobrze napisana, zawiera ciekawe przepisy i bardzo fajne ilustracje. Dlatego gdy ukazała się jej nowa książka, z afrodyzjakami w tle, a w zasadzie w roli głównej, nie mogłam się na nią nie zdecydować.

Afrodyzjaki wszech czasów to 162 strony interesujących przemyśleń, analiz i odwołań do historii. Jednak nie tylko na tych elementach oparta została ta pozycja. Znaleźć w niej możemy również, a może przede wszystkim, multum przepisów wykorzystujących produkty, dzięki którym pobudzić można nie tylko do kulinarnych rozkoszy, zarówno podniebienie jak i całe ciało. W książce nie zabrakło również ilustracji, przy czym nie doszukamy się na nich ani krztyny pokarmu. Myślę, że mogą one rozbudzić czytelnika równie mocno, co ugotowane na podstawie Afrodyzjaków wszech czasów dania.


Jak się można spodziewać, przepisy skupiają się na wykorzystaniu ogólnie dostępnych pokarmów, które mają wyjątkowy wpływ na libido człowieka. Autorka dodatkowo postarała się, by potrawy przez nią przedstawione były ciekawe, zmysłowe i smaczne. Receptury są zwięzłe i jasne. Czytelnik wie, co będzie mu potrzebne podczas pichcenia i jak konkretne danie powinno zostać przygotowane. A przecież o to chodzi w książce kucharskiej, by była logiczna i zrozumiała. Zdecydowanie polecam tę rozpalającą zmysły pozycję.


29 listopada 2013

Szmaragdowe („Córka Czarownicy” Anna Klejzerowicz)

„Córka Czarownicy” Anna Klejzerowicz
wyd. Prószyński i S-ka
rok: 2013
str. 312
Ocena: 4,5/6


Anię Klejzerowicz od dawna podziwiam i szanuję, zarówno jako człowieka jak i jako pisarkę. Jej poprzednia powieść - Czarownica na długo zapadła mi w pamięć. Bardzo więc się ucieszyłam, gdy okazało się, że nie tylko napisała kontynuację tej pozycji, ale i będzie dane mi ją przeczytać. Jak to zwykle bywa nie wszystko ułożyło mi się tak, jak zaplanowałam. W związku z powyższym dopiero niedawno, w połowie listopada, udało mi się sięgnąć po najnowszą powieść tej autorki. Podeszłam do niej niczym do Świętego Grala i... chyba odrobinę z tym przesadziłam. Ale, ale - o tym poniżej.

Córka czarownicy, bo o tej książce chcę Wam opowiedzieć, pojawiła się na rynku wydawniczym kilka miesięcy temu i, mam nadzieję, radzi sobie dobrze. Do mnie uśmiechała się przez kilka długich tygodni z półki, aż w końcu niemal sama znalazła się w moich rękach.

Od wydarzeń mających miejsce w Czarownicy minęło kilkanaście lat. Ada i Michał są szczęśliwym małżeństwem, wciąż mieszkają w zacisznej mieścince pod Gdańskiem. Małgosia co prawda wróciła do rodzonego ojca i postanowiła zostać z nim oraz z Ulą, ale nigdy nie odwróciła się od przybranych rodziców. Przez lata regularnie ich odwiedzała, a ci czekali na jej przyjazd jak na zbawienie. W ogóle obie rodziny bardzo zacieśniły łączące ich więzi i z czasem staly się grupą przyjaciół. Gosia, na co dzień radosna i odrobinę szalona, po kolei realizowała wyznaczone przez siebie cele. Szkoła, liceum, w końcu wymarzone studia weterynaryjne. Życie jak z bajki. Tylko przy żadnym chłopaku dziewczyna nie potrafiła zagrzać miejsca. Z każdym spotykała się przez chwilę i... uciekała ile sił w nogach. Tak było od lat i w zasadzie obecnie niewiele się zmieniło. No może tylko to, że teraz Gosia nie spotykała się z nikim. Zaraz po zaliczonej sesji, jeszcze w czerwcu, postanowiła wybrać się do przybranych rodziców, by w spokoju napisać artykuł. O jego zilustrowanie poprosiła przyjaciela z dzieciństwa - Damiana, starszego od niej o dwa lata i wiernego jej jak pies (oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Istna sielanka, przynajmniej do czasu, gdy przestaje nią być. A ma to miejsce dość szybko, jak się okazuje. Bo z Małgosią zaczyna się dziać coś bardzo złego i nikt, ani nic nie jest w stanie jej pomóc. Zresztą dziewczyna nie za bardzo chce, by w ogóle ktoś jej pomagał. O co tak naprawdę chodzi? Co dzieje się z Gosią? Gdzie leży przyczyna jej wewnętrznego bólu i rozdarcia? Czy ktokolwiek jest w stanie przywrócić jej psychikę do poprzedniego stanu? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po Córkę czarownicy.


Najnowsza powieść Anny Klejzerozwicz jest ciekawa, niestety chyba nie tak dobra jak jej poprzedniczka. Takie przynajmniej odniosłam wrażenie. Może za bardzo chciałam ją przeczytać i za duże pokładałam w niej nadzieje? Chciałam bomby, a dostałam petardę. Fajną, cudnie rozbłyskającą, ale nie powalającą na kolana. Troszkę szkoda, ale niewielka, bo książkę i tak zaliczam do bardzo fajnych. Czyta się płynnie, a autorka miała na nią bardzo ciekawy pomysł. Niestety książka jest odrobinę przegadana. Jestem czytelnikiem uwielbiającym czyny i dialogi, dużo mniej przypadają mi do gustu głębokie przemyślenia i tępe patrzenie w sufit. Jak się można domyślić, powieść w większości skupiona została na tym drugim sposobie radzenia sobie z problemami. Rozwiązanie zagadek w większości opiera się na "opowieściach", w których jedna osoba snuje historię a inne jej nie przeszkadzają. Nie wyrażają swojego zdania, nie dają po sobie poznać co czują... w ogóle nie ma ich w tych opowieściach. Bardzo pasuje mi to do Ani Klejzerowicz, niestety odrobinę mniej do mnie samej. Wiem jednak, że książka jest bardzo dobra i zdecydowanie zasługuje na uwagę. Zachęcam do przeczytania. Książkę polecam raczej dojrzalszemu czytelnikowi, bez względu na płeć. 


20 listopada 2013

Fortunny Zbieg Okoliczności („Miasto kości” Cassandra Clare)

„Miasto kości” Cassandra Clare
seria: Dary Anioła
tom: I
wyd. MAG
rok: 2013
str. 512
Ocena: 4,5/6


Kilka tygodniu temu miałam przyjemność zobaczyć ekranizację powieści Cassandry Clare - Miasto kości. Jest to pierwsza część bestsellerowej serii zatytułowanej Dary Anioła. Miasto kości w wersji kinowej po prostu mną... zawładnęło. Już wcześniej słyszałam o tej powieści i zdawałam sobie sprawę, że to może być "coś" dla mnie, taki mój klimat. Zawsze jednak coś powstrzymywało mnie przed sięgnięciem po tę powieść. Gdy tylko film się skończył, wiedziałam że zaraz muszę przeczytać książkę i dowiedzieć się, co było dalej. Tak, wiem, nie powinno się tak robić. Muszę jednak szczerze przyznać, że chyba wszystkie zekranizowane powieści czytałam dopiero po zobaczeniu. To takie moje odstępstwo od normy, bo przecież czytam namiętnie, dużo i często... tylko zwykle nie to, co inni chcą nakręcić :) Co tym razem wygrało, książka czy film? Za czym będę bardziej tęsknić? Na co wyczekiwać? By się tego dowiedzieć koniecznie musicie zapoznać się z poniższą opinią.

Clarissa Fray ma piętnaście, a w zasadzie PRAWIE piętnaście lat. Za kilka dni będzie obchodziła swoje urodziny i ma wrażenie, że już jest niemal dorosła. W końcu wie lepiej, co jest dla niej dobre. Wie do jakich klubów powinna zaglądać i gdzie spędzać wolny czas. Wie również z kim powinna się spotykać, a z kim przyjaźnić. Jest normalną nastolatką, kłócącą się z matką i głośno wyrażającą swoją opinię. Gdy nadarza się okazja, nawet chwilę nie myśli tylko wybiera się do uwielbianego przez siebie klubu - Pandemonium. To właśnie tu spotykają się największe friki w mieście. Wewnątrz zawsze można spotkać wybuchową mieszankę ludzi. Dziewczyny w białych sukniach, chłopcy z błękitnymi włosami, nastolatki z... nożami? Nie no, tego akurat tu być nie powinno. Kto pozwolił tej grupie młodzieży, odzianej od stóp do głów w broń, wejść do środka? Co tam wejść! Panoszyć się, chodzić za bezbronnymi ludźmi, straszyć! Kiedy tylko Clary ich zauważa, czuje, że ten wieczór źle się skończy. Może nie dla niej, ale zdecydowanie dla śledzonej przez nich osoby. Dziwne jest tylko to, że nikt poza nią nie reaguje na to, co się dzieje. Czyżby naprawdę ludzi opanowała aż taka znieczulica, że nie widzą nic poza czubkiem własnego nosa? Clary nie potrafi przejść nad tym do porządku dziennego, prosi swojego przyjaciela, Simona by wezwał policję, a sama postanowić wkroczyć w akcję. Jak skończy się ta impreza? Czy dziewczyna zrozumie, dlaczego nikt nie reagował na wydarzenia mające miejsce w klubie? Czy dowie się czegoś o sobie samej? A może odkryje jakąś straszną tajemnicę, skrywaną przez jej rodzinę? Odpowiedzi na te, i na wiele innych pytań, znaleźć można w pierwszej części serii Dary Anioła, zatytułowanej Miasto kości.

Jak wspomniałam na wstępie - film bardzo mi się podobał. Przez kilka dni nie potrafiłam zapomnieć o tym, co dane mi było zobaczyć na ekranie. Oczywiście ekranizacja miała pewne niedociągnięcia. Nie wszystko było zrozumiałe, czasem akcja była odrobinę nieskładna i brakowało jej logiki. Zastanawiałam się, czy czegoś nie doczytałam, czy może faktycznie nie wyjaśniono niektórych wątków. Mimo wszystko uważam, że film był bardzo dobry. Takiego samego efektu spodziewałam się po powieści. Czy słusznie?

Książka jest bardzo obszerna i składa się naprawdę z licznych opisów. Jednak nie są one ani przytłaczające ani nie powodują, że powieść się czytelnikowi dłuży. Wręcz przeciwnie. Każdy opis coś wyjaśnia i coś wnosi. Dzięki lekturze Miasta kości zrozumiałam niewyjaśnione w filmie kwestie. Ale i... poczułam się znacznie zaskoczona. Bo, jak się okazuje, film to nie książka. Niby to prawda znana od lat, a jednak...

Okazuje się, że film opowiada historię jedynie zbliżoną do książki, ale inną. Inaczej w niektórych sytuacjach postępują bohaterowie, inaczej dochodzi do pewnych zdarzeń. Wielu zdarzeń w ogóle nie ma, albo zostają przedstawione jakby na opak. Po filmie bardzo przypadły mi do gustu niektóre postaci, które w książce zostały opisane w taki sposób, że trudno je w ogóle lubić. Innych w filmie zaprezentowano koszmarnie, a w książce "grali" oni przodujące role. No i zakończenie, niby obrazowo podobne, a jednak tak radykalnie różne od tego przedstawionego na kinowym ekranie.


W tej chwili niezwykle trudno mi stwierdzić, co według mnie było lepsze -książka czy film. I jedno i drugie ma swoje wady i zalety. Film jest miejscami pobieżny, ale przemawia do widza i wnika w pamięć. Książka jest dokładna, ale bohaterowie niejednokrotnie są zdecydowanie zbyt dziecinni. Tak sobie myślę, że druga część powieści i druga część filmu to będą już zupełnie inne historie - szczególnie biorąc pod uwagę zakończenia pierwszych części. Jednak z wielką przyjemnością przeczytam książkę i obejrzę film. Bo, choć tak różne, to jednak są takie w moim stylu :) Polecam.

18 listopada 2013

Szczęśliwe zakończenie to tylko w książce... („Love story” Jennifer Echols)

„Love story” Jennifer Echols
wyd. Jaguar
rok: 2013
str. 376
Ocena: 4/6


Idealna powieść by złapać oddech.

Każdy czasem potrzebuje chwili odpoczynku i relaksu. Nieważne jak twardy kij trzeba nosić w sobie na co dzień, od czasu do czasu należy go z siebie wyjąć i odłożyć na bok. Wówczas spokojnie można usiąść na kanapie, rozłożyć wokół siebie poduszki, przykryć się puszystym kocem i sięgnąć po niezobowiązującą powieść, po lekturze której nie będzie się odczuwało dławienia w dołku.

Życie Erin Blackwell kilka miesięcy wcześniej uległo radykalnej zmianie. Z multimilionerki, która nie musiała absolutnie niczym się martwić, stała się biedną studentką, ciułającą każdy grosz by opłacić czynsz w akademiku. To, że teraz nie ma za sobą poparcia rodzinnego majątku może zawdzięczać tylko i wyłącznie sobie i decyzji jaką podjęła, a niestety wybór, którego musiała dokonać nie był prosty. Nie mogła jednak postąpić tak, jak się tego po niej spodziewano, bo pragnęła spełniać swoje, a nie cudze marzenia. Zawsze słowa, a nie liczby rządziły w jej życiu, to właśnie dlatego zdecydowała się na studiowanie literatury zamiast zarządzania. Tego jednak nie mogła ścierpień jej babka, właścicielka jednej z największych stadnin w Kentucky, w związku z czym starsza pani zdecydowała się wydziedziczyć swoją jedyną spadkobierczynię. Na tym jednak zemsta babci się nie skończyła. Kobieta zdecydowała się przekazać cały swój majątek chłopcu stajennemu, najlepszemu przyjacielowi Erin z młodości, chłopakowi w którym od lat dziewczyna bez wzajemności się podkochiwała. Już sam fakt, że taka decyzja pojawiła się w głowie babci Erin, nie mieści się w głowie, a co dopiero, że Hunter Allen zdecydował się przyjąć ten niespodziewany prezent. W tym momencie Erin wiedziała już na pewno jedno - z tego związku (wykreowanego póki co w jej głowie) na pewno nic nie będzie. Spakowała więc swoje walizki i wyjechała do Nowego Jorku, gdzie dzięki stypendium miała szansę rozpocząć wymarzoną ścieżkę życia. Niestety do tego miasta marzeń wybrał się również Hunter, który zgodnie z życzeniem pani Blackwell rozpoczął studia umożliwiające mu w przyszłości poprowadzenie stadniny. Jak to możliwe, że tych dwoje znalazło się na jednych i tych samych zajęciach? Jak złośliwy musiał być los, skoro umieścił oboje na różnych piętrach tego samego akademika? To nie jedyne pytania, które zaprzątają głowę głównej bohaterki, gdy rozpoczyna się rok akademicki. Do czego doprowadzą ją niedawno podjęte decyzje? Czy to możliwe, by coś jeszcze się odmieniło i jej życie wróciło na wcześniejsze tory? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po powieść Jennifer Echols, zatytułowaną Love story.


Muszę przyznać, że książkę czytało się bardzo przyjemnie i bez oporu polecam ją wszystkim, którzy potrzebują oderwać się na chwilę od rzeczywistości. Ja się oderwałam. Powieść przeczytałam w iście ekspresowym tempie, strony przelatywały przez moje palce z prędkością światła. Przedstawiona historia zawładnęła moim światem na kilkanaście godzin i pozwoliła mi na pełne oczyszczenie umysłu z nagromadzonych w ciągu mijającego właśnie tygodnia myśli. Postępowanie bohaterów niejednokrotnie wydać się może mało realne i dziecinne. Wydarzenia można często zakwalifikować do grupy wyssanych z palca. Mimo to książka jest po prostu dobra i przyjemnie się ją czyta. Zapraszam do lektury :).


8 listopada 2013

Niezniszczalni („Zamek z piasku” Magdalena Witkiewicz)

„Zamek z piasku” Magdalena Witkiewicz
wyd. Filia
rok: 2013
str. 284
Ocena: 5/6


Kocham cię. Tak łatwo to pomyśleć. Napisać. Powiedzieć.
Oczywiście jest to dość banalne, gdy nie mówi się tego pierwszy raz w życiu. I gdy osoba, której chcemy tę informację przekazać, nie jest tą, z którą chce się spędzić resztę życia. Sprawa ma się inaczej, gdy takie wyznanie ma przesądzić o naszej przyszłości. Wówczas zaczyna mieć znaczenie wszystko. I czas. I miejsce. I intonacja. Bo to ma być nie tylko teraz, ale na zawsze. Bo kocha się raz i do końca życia. Prawda?

Weronika miłość swojego życia spotkała w szkole średniej. Dokładnie rzecz ujmując - na lekcji muzyki. Przez tę "miłość" była skutecznie poklepywana przez kolejne lekcje, aż w końcu uległa i umówiła się na randkę. I tak zaczęło się wielkie, wszechogarniające uczucie między nią, a Markiem. Bardzo wcześnie się odnaleźli, ale niemal natychmiast zorientowali się, że to uczucie na całe życie i, że nic ani nikt ich nie rozdzieli. Rodzicom Marka ich związek niezupełnie przypadł do gustu, ale cóż mieli robić? Syn się zakochał i to było najważniejsze. Losy młodych potoczyły się dość płynnie. Oboje skończyli liceum i udali na wymarzone, zupełnie różne studia. Rozpoczęli pracę. Wzięli ślub. Byli dla siebie najlepszymi przyjaciółmi, kochankami i rodziną. Świata poza sobą nie widzieli i nie widzą. Mają podobne poglądy, nie mają problemów z podejmowaniem jednomyślnych decyzji. Nikomu z ich otoczenia nawet go głowy by nie przyszło, że ta dwójka mogłaby się rozstać. Przecież gołym okiem widać, że są dla siebie stworzeni. Stanowią przykład dla niejednej znajomej pary. Kiedy pewnego dnia najlepsza przyjaciółka Weroniki - Ewa, oznajmia, że jest w ciąży, w głowie Weroniki dochodzi do pewnego przetasowania wartości. Dziewczyna uświadamia sobie, że chce zostać mamą i to teraz, zaraz, NATYCHMIAST. Na szczęście Werka ma pełne poparcie małżonka, który niczego bardziej nie pragnie, niż uszczęśliwić żonę. A dziecko będzie idealnym dopełnieniem ich miłości. Jednak nawet przez ułamek sekundy, nie biorą pod uwagę jednej rzeczy, a mianowicie braku możliwości zajścia w ciąże. Przecież bezpłodność dotyka innych ludzi. A nawet jeśli przytrafi się komuś bliskiemu, to na pewno istnieje magiczna pigułka, która wyleczy wszystko. Nie może być inaczej.

A jednak. Nie zawsze życie układa się tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Nie zawsze udaje nam się osiągnąć to, co sobie założyliśmy. Często, za często, ludzkie marzenia legają w gruzach. Niejednokrotnie razem z marzeniami traci się wiele więcej. Szacunek dla siebie samego, zaufanie do ludzi, miłość bliskich. Czasem może warto się zastanowić, czy niektóre marzenia warto realizować. W końcu same marzenia często dają człowiekowi więcej radości, niż ich zrealizowane wersje. Tylko jak zrezygnować z upragnionych rzeczy? Jak powiedzieć sobie nie? Czy w ogóle się da?

Zarwałam noc przez tę książkę. Nie, wróć. Zarwałam dwie noce. Pod rząd. Tylko zdrowy rozsądek sprawił, że to nie była jednak jedna noc. W końcu następnego dnia musiałam iść do pracy, być przytomna, myśląca, rzetelna. I byłam. Tylko cały czas myślałam o Zamku z piasku, o Weronice i... o tym, jak jej życie przypomina moje. Oczywiście nie dosłownie, oczywiście nie w 100 procentach, ale i tak dość znacznie. Może Magdalena Witkiewicz mnie podglądała? Może czytała w moich myślach? Może wyjątkowo postanowiła napisać książkę na faktach a nie fabularną? Tylko dlaczego wzięła mnie na tapetę? Zupełnie nie wiem. Na szczęście dalszy ciąg opowieści snutej przez autorkę znacznie odbiegał od mojego życia. Ufff. Czyli to jednak fikcja literacka. Całe szczęście :). Nie zmieniło to jednak mojego podejścia do Zamku..., który skradł moje serce. I choć nie zawsze rozumiałam postępowanie bohaterów, choć nie z wszystkim się zgadzałam, choć brakowało mi niektórych rzeczy, a innych było aż nadto, to i tak muszę stwierdzić, że powieść wyjątkowo do mnie przemówiła. Współgrała z moimi uczuciami i z moimi myślami. Wryła mi się w pamięć i na pewno na długo ze mną zostanie.

Przejmująca.
Prawdziwa.
Bolesna, ale i radosna zarazem.
Powieść - pamiętnik, pokazująca dramatyczną wędrówkę głównej bohaterki przez dżunglę, jaką stało się jej życie. Dżunglę wypełnioną nie gąszczem drzew, a uczuciami i piętrzącymi się problemami. Problemami często zgotowanymi na własne życzenie, znikającymi, gdy w życiu zaczyna brakować tej drugiej połówki. Pozostaje więc się tylko zastanowić, czy chęć rozwoju, rozbudowy rodziny, ba - czy rodzący się w kobiecie instynkt macierzyński ma miejsce tylko wtedy, gdy jest się tylko z tą jedną konkretną osobą? Czy gdy miłość się kończy, kończą się również wewnętrzne pragnienia? Czy możliwy jest powrót na początek życiowej ścieżki bez bólu i wściekłości? Wątpię. Trudno mi uwierzyć, że można zapomnieć o najgłębszych pragnieniach. Jednak, jeśli faktycznie jest to możliwe - to chcę, by było mi to dane. Otrzymanie takiej dzikiej karty od losu musi być czymś wspaniałym.


Zdecydowanie polecam lekturę Zamku z piasku. Warto. A, i jeszcze jedno, tytuł zdecydowanie bardzo dobrze dobrany do zawartości.

 Za książkę dziękuję Autorce i Wydawcy :)

6 listopada 2013

Wybory („Przez bezmiar nocy” Veronica Rossi)

„Przez bezmiar nocy” Veronica Rossi
wyd. Otwarte
tom: II
rok: 2013
str. 350
Ocena: 5/6


Jak postąpić, gdy nie do końca ma się wybór? W którą stronę skierować swe kroki, gdy dróg w danym kierunku tak wiele? Jaką obrać strategię działania by osiągnąć konkretny cel, gdy w rzeczywistości pragnie się czegoś zupełnie innego? Jak ukrywać przed bliskimi głębokie i trwałe, niestety zakazane uczucie? Jak udowodnić otoczeniu, że możesz pomóc, gdy wszyscy wokół nie chcą mieć z tobą nic wspólnego? Jak przetrwać, gdy każdy chce cię zdradzić? Czy miłość jest w stanie przetrwać wszystko?

Peregrine od miesięcy... tęsknił. Niby żył. Niby dowodził Falami. Walczył. Ale gdzieś tam, w tle jego myśli nieustannie była ona - Aria. Miłość jego życia. Dziewczyna nie z tej ziemi. Osadniczka pochodząca z Podu. Kret. Znienawidzona przez Wykluczonych. A do tego jest Audem, a Perry Scirem. Ich związek jest więc w zasadzie z góry skazany na przegraną. A mimo to młodzi się kochają i nie potrafią bez siebie żyć. Kiedy więc nadchodzi właściwy czas, kiedy w końcu mogą do siebie wrócić, nie zastanawiają się nawet sekundę. Po prostu to robią. Dość szybko jednak uświadamiają sobie, jakie będą konsekwencję ich postępowania i decydują się... na ukrywanie swojego związku. Tak będzie łatwiej. W ten sposób może Aria zyska szacunek Fal? Może gdy odnajdzie wraz z Perrym Wielki Błękit zrozumieją, jak wartościowym członkiem ich społeczeństwa może się stać? Może ją zaakceptują? Być może nawet zrozumieją, że tylko z nią ich Wódz Krwi będzie szczęśliwy? A może nie? Może całe plemię stanie przeciwko niej? Może będą próbowali ją zabić? Może nawet im się to uda?

Jedno jest pewne, Przez bezmiar nocy, tak samo zresztą jak Przez burze ognia, czyta się w tempie iście ekspresowym. W jednej chwili czytelnik sięga po książkę, w następnej odkłada ją na nocny stolik. Jest druga w nocy, lektura została zakończona. W brzuchu burczy, w gardle sucho, serce wali niczym młot, a w głowie wciąż słychać jeden zdanie: "JAK TO KONIEC?". Nie da się ukryć, że najnowsza powieść Veronici Rossi może czytelnika powalić na kolana. Przepełniona jest żarem, pasją, namiętnością, bólem i tajemnicami. Tak to właśnie jest, gdy autorka przedstawia w powieści tak wszechogarniającą, skrywaną miłość. Ziemia trzęsie się u podstaw. Wybuchają petardy. Nic nie jest normalne. Nic nie jest jak u przeciętnego Kowalskiego. Tylko to wszystko się dzieje tak... po cichu, w ukryciu, tam, gdzie wzrok przeciwników nie sięga. I to sprawia, że książka jest jeszcze lepsza i z jeszcze większą chęcią czytana. Bo kto nie lubi przeszkód, buntu i walki o to, co dla człowieka najlepsze? Trudno byłoby mi zliczyć takie osoby na palcach dwóch rąk.

Przez bezmiar nocy to nie tylko romans paranormalny, ale również, a może przede wszystkim, wywołujący dreszcze przerażenia dramat. Nieustanne burze, pożary, poszukiwanie jedynego miejsca na Ziemi, w którym wszechogarniający Eter nie wyniszcza ludzi. Porywacze dzieci, mutacje i nadprzyrodzone zdolności - to, i wiele więcej, można znaleźć w ...Bezmiarze...  W tej powieści odnalazłam jednego z najbardziej przemawiających do mnie bohaterów paranormalnych. Zakochanego, oddanego ale czasami niepewnego, zazdrosnego i zlęknionego. Znalazłam również wspaniałą bohaterkę - nie tylko odważną i piękną, ale i stałą w swoich uczuciach. W jej wypadku nie ma mowy o zwątpieniu. Nie ma szans na to, by choć przez chwile pomyślała: a może nie powinnam słuchać serca, tylko rozumu. Aria od początku do końca wierzy, ba, wie, że to co ją spotkało to miłość na całe życie. Nic więc nie jest w stanie stanąć jej na drodze, postanowiła, że będzie szczęśliwa - i taka będzie. Co prawda piętrzą się przed nią przeszkody, ale raz dwa je pokona i ponownie wróci w ramiona Peregrine'a. Może odrobinę pokiereszowana, ale wróci. I to w tej książce jest piękne - stałość.


Całość napisana została w pierwszej osobie, ale z dwóch punktów widzenia. Historia raz jest opowiadana przez Arię, a raz przez Perriego. Dzięki temu czytelnik może jeszcze mocniej odczuwać, co przeżywają główni bohaterowie. Zdecydowanie polecam tę powieść. Warto po nią sięgnąć.

4 listopada 2013

Wewnętrzne rozdarcie („Ostatnia spowiedź. Tom II” Nina Reichter)

„Ostatnia spowiedź. Tom II” Nina Reichter
wyd. Novae Res
rok: 2013
str. 354
Ocena: 4/6


Długa czekałam na możliwość sięgnięcia po drugi tom Ostatniej spowiedzi i choć leżał on spokojnie na mojej półce, nie od razu mogłam się z nim zapoznać. Na szczęście, jeszcze nim z drzew opadły wszystkie jesienne liście zakończyłam lekturę i... no właśnie. Czy zachwyciłam się, jak przy okazji pierwszego tomu? O tym przekonacie się jedynie zapoznając się z poniższym tekstem.

Pierwszy tom serii zatytułowanej Ostatnia spowiedź zakończył się dość tragicznie i, jeśli mam być zupełnie szczera, to chyba właśnie to zakończenie sprawiło, że książka tak zapadła mi w pamięci. W końcu, bądźmy szczerzy, większość autorów wie, że żeby zadowolić czytelnika muszą postępować według określonego schematu (przynajmniej jeśli w grę wchodzi jakikolwiek romans). I tak zawsze mamy jego i mamy ją (dla odmiany czasem ją i ją lub jego i jego). On i Ona się poznają, zakochują, tworzą parę, pojawiają się problemy, które pokonują i następuje happy end (ewentualnie coś staje im na przeszkodzie, pokonują przeciwności, tworzą parę i następuje szczęśliwe zakończenie). W wypadku Ostatniej spowiedzi wszystko potoczyło się zgoła inaczej. Niby jest on i ona. Niby coś między nimi iskrzy i mają się ku sobie. Jednak ich potencjalny związek z góry skazany jest na przegraną. Tak to przynajmniej wygląda na pierwszy rzut oka. Na szczęście nie zawsze to, co nam się wydaje, jest rzeczywistością. Kiedy tę starą prawdę odkrywają główni bohaterowie, odnieść można wrażenie, że ich uczucie jest w stanie przenosić góry. Wtedy jednak ma miejsce prawdziwa tragedia, która przekreśla dosłownie wszystko, ale... No właśnie, na szczęście jest ale i ta "tragedia" nie przekreśla jednak absolutnie wszystkiego. Bohaterowie zmieniają jednak odrobinę sposób patrzenia na świat i na samych siebie. Ta zmiana powoduje, że Bradin i Ally oddalają się od siebie i wszystko na niebie i ziemi wskazuje, że jednak się ze sobą nie zestarzeją. Chyba, że... coś ponownie stanie im na drodze i ich losy po raz wtóry się odmienią.

Wiele sobie obiecywałam po tej książce. W mojej wyobraźni, od chwili odłożenia do biblioteczki pierwszego tomu, rodziły się różne scenariusze tego, jak mogą zakończyć się przygody Ally i Bradina. Nie spodziewałam się jednak takiego obrotu wydarzeń. Oczywiście mogłam przewidzieć pewne wątki, inne były logicznym następstwem tego, co autorka zaprezentowała w części pierwszej, nie myślałam jednak, że wszystko aż tak się... rozkręci. Bo problemy między parą zaczynają narastać zamiast maleć. Mnożą się w nieskończoność, w pewnym momencie można wręcz dojść do wniosku, że są one silniejsze niż miłość łącząca tę dwójkę. A sama miłość może być tak różna i skierowana w tak wiele stron i odbierana na tak wielu płaszczyznach, że... czasami można się pogubić. Czasem można wręcz zapomnieć, kogo rzeczywiście się kocha, kogo szanuje, a z kim chce się przyjaźnić. Może nawet osoba, która jest twoim najlepszym przyjacielem, w rzeczywistości jest miłością twojego życia, a ukochany to bratnia dusza, ale do miłości mu jednak daleko?


Po lekturze drugiego tomu Ostatniej spowiedzi mam mieszane uczucia. Książka mi się podobała. Dobrze mi się ją czytało. Dialogi były ciekawe i wciągające, a opisy, w zdecydowanej większości, nieprzegadane. Autorka miała również bardzo ciekawy pomysł na powieść, ale... chyba w pewnym momencie przesadziła z pomysłami. Podczas lektury odniosłam wrażenie, że czytam nie do końca fenomenalne połączenie kilku książek, zamiast bardzo dobrej jednej. Szkoda, bo potencjał był i to ogromny. Mimo jednak pewnych niedociągnięć uważam, że książka była dobra. Zachęcam więc do zapoznania się z nią i wyrobienia na jej temat własnej opinii.