Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czerwiec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czerwiec. Pokaż wszystkie posty

24 czerwca 2019

Bo diabły są tu (Bezlitosna siła. Kastor – Agnieszka Lingas-Łoniewska)


Bezlitosna siła. Kastor – Agnieszka Lingas-Łoniewska
Burda Książki 2019

Czujesz to wszechogarniające uczucie? Tę siłę, popychającą cię do zaciskania pięści i wysuwania kolejnych uderzeń? Ta moc, którą masz w pięściach, to ona tobą włada. Nic nie jest w stanie cię powstrzymać. Bo nic nie czujesz. Ani bólu. Ani lęku. Tylko przeogromną żądzę pchającą cię do przodu. Potrzebę wyrządzania ran, zadawania bólu, rozlewu krwi i śmierci. O tak, to o to chodzi. O krew i śmierć. Niech świat spłonie, a ludzie, ludzie niech zginą. Bo zło jest tutaj, zapanowało na ziemi. W piekle nie ma już nic strasznego, bo wszystkie diabły są tu.

Kastor nie narodził się jak każdy inny człowiek. Nie przyszedł na świat w bólach porodowych swojej matki, nie wydarł się z jej wnętrza oznajmiając głośno swoje przybycie. O nie. Kastor a i owszem, rodził się bólach, ale zupełnie innych. W bólach swego drugiego ja, które od wieku lat kilku, aż do pełnoletności poddawane było swoistym torturom. Tresura, bo inaczej tego nazwać się nie da, trwała latami i z każdym rokiem jedynie przybierała na sile. Nie było opcji, by z istnych męczarni, ciągłych treningów i poniżania psychicznego wyszło coś dobrego. I nie wyszło. Powstało za to ogromne smoczysko, ziejące mrożącym krew w żyłach ogniem, które siało spustoszenie wszędzie tam, gdzie się pojawiło. I ten smok rósłby w siłę, nabierałby coraz więcej dystansu do otoczenia i rujnowałby wszystko to, co wokół piękne i wyjątkowe, gdyby pewnego dnia na swej drodze nie spotkał jej. Anity. Pokiereszowanej przez życie. Umęczonej. Uciekającej. Pragnącej nowego i równocześnie tkwiącej dalej w starym. Tylko ona jedna, nikt inny, mogła stawić czoła smokowi. Tylko, czy odważy się wyjść z własnej skorupki?

Powieści Agnieszki Lingas-Łoniewskiej są chyba jedynymi (a na pewno jednymi z nielicznych) książkami polskiego autora, po które sięgam bez mrugnięcia okiem. Niestety, należę do tych osób, które rodzimych pisarzy wystrzegają się jak złego szelągu. Nic na to nie poradzę, większość po prostu nie spełnia moich wymagań. Nieliczni dają radę, ale… jakoś trudno mi się przekonać, by sięgać po te powieści w ciemno i zawodzić się w dziewięciu na dziesięć przypadków. Z Łoniewską jest jednak inaczej. Tu wiem, że nigdy się nie zawiodę. Jasne, czasem tematyka niezupełnie trafia w moje oczekiwania. Czasem spod jej pióra wyjdzie coś spokojniejszego, gdy ja mam akurat ochotę na mocną dramę. Czasem zasadzi nam ową dramą, a ja akurat nie jestem w stanie takiej przetrawić. Ale zawsze to są dobre powieści. Oczywiście, mam na swojej liście kilka jej nieprzeczytanych powieści (pochodzących z okresu mojej ciąży i okresu macierzyńskiego, gdy nie czytałam nic zupełnie), ale planuję to niedopatrzenie pilnie nadrobić (o wyższa instancjo, rządząca moim wolnym czasem, daj mi tę możliwość). W te wakacje udało mi się sięgnąć po jej najnowszą powieść, która powstawała właśnie gdy na świecie pojawiła się moja córeczka. W sumie cieszę się, że nie było mi dane jej wówczas przeczytać. To chyba nie był odpowiedni moment na taką tematykę. Ale teraz? Gdy trwa upalne lato a noce są tak krótkie? W moim grafiku bez problemu znalazło się miejsce dla Kastora. I powiem wam jedno, gdyby powieść miała jeszcze drugie tyle stron, też bym ten czas wygospodarowała. Bo choć to mocna lektura, pełna pasji, pożądania, scen miłości, ale i pełna bólu i rozlewu krwi, to jednak jest to powieść znakomita. Napisana lekkim piórem. Wciągająca od pierwszej postawionej przez autorkę litery, nie opuszczająca człowieka nawet, gdy dane mu będzie zobaczyć już ostatnią kropkę. Kompletna. Znakomita. Porywająca i pouczająca. Pełna kontrastów, miłości pięknej i przerażającej, patologii i idylli, biedy i bogactwa. Wiele światów ściera się na łamach tej powieści. I wiele się jeszcze zetrze, bo Kastor to dopiero pierwsza część kwadrylogii. I powiem wam – ja już drżę na myśl o pozostałych częściach. Drżę z przerażenia. I z podniecenia. Zapraszam do lektury. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć!!!

22 czerwca 2019

Pewna jest tylko śmierć (Twoje fotografie, Tammy Robinson)


Twoje fotografie – Tammy Robinson
IUVI 2019

Co byś poczuł, gdybyś usłyszał wyrok? A gdyby takie zdarzenie miało miejsce w twoim życiu po raz kolejny? Ile razy można uciekać śmierci spod kosy? Na każdego w końcu przychodzi pora. Na jednych wcześniej, na innych później. Tylko czasem, choć dzieje się to zdecydowanie rzadziej śmierć puka do drzwi bardzo młodych ludzi. Jak poradzić sobie z taką rzeczywistością?

Ava jakiś czas temu dowiedziała się, że ma raka. Niewiele brakowało, by się załamała. Było jednak wokół niej wielu życzliwych jej ludzi, zaczęła więc walkę. Chemia, radioterapia, badania czy inne takie – nic nie było jej straszne, chciała żyć. Wypadły jej włosy, straciła siły, ale wierzyła, że da radę. I pokonała tę straszną chorobę. Kiedy jednak w okolicach kolejnych urodzin przechodzi badania i okazuje się, że rak wrócił, nie może w to uwierzyć. Szczególnie, że wraz z wiadomością o powrocie choroby lekarz przekazuje jej kolejną, że tym razem walka skazana będzie na porażkę. Nie ma szans na wyleczenie, mogą jej tylko poprawić jakość życia. Lekarz nawet bierze się za opisywanie szeregu czynności, badań, leków i procedur, jakim zamierza poddać Avę, ta jednak już go nie słucha. Skończyła w momencie, gdy usłyszała, że ten czort wrócił. I tym razem zabije ją na pewno. Wychodzi więc czym prędzej od lekarza i chce zapomnieć o tej koszmarnej diagnozie. Bo dziewczyna miała takie plany. Chciała jeździć i zwiedzać, zobaczyć świat, poczuć na własnej skórze to, jak to jest być gdzie indziej. Gdy w dniu urodzin od rodziców otrzymuje wymarzony na podróż plecak, a wraz z nim bilet na pierwszą podróż nie potrafi już z tym wszystkim wytrzymać i wyznaje rodzinie, że choroba wróciła. Wówczas to dopiero życie staje na głowie, bo każdy chce walczyć. Każdy pragnie, by Ava podjęła wyzwanie i spróbowała wygrać z rakiem po raz kolejny. Ale ona już tego nie chce. Ma już tylko jedno marzenie, o którym śniła od dzieciństwa. Chce wziąć ślub. I nie ważne, że nie ma z kim. Pragnie wesela. Białej sukni, imprezy z bliskimi jej ludźmi. Chce się cieszyć i bawić. I to właśnie jest jej plan na najbliższe miesiące, nim pożegna się z tym ziemskim padołem.
Czy uda się jej zrealizować wyznaczony przez siebie cel? Czy uzbiera środki i zorganizuje wesele marzeń? A może spotka na swojej drodze miłość swojego życia? By się tego dowiedzieć koniecznie musicie sięgnąć po Twoje fotografie autorstwa Tammy Robinson.

Będę szczera, na początku książka przytłacza. Ja czytałam po jednym rozdziale wieczorem i odkładałam ją na szafkę, nie mogąc przyjąć więcej na raz. Jednak wraz z każdą kolejną stroną rozumiałam bohaterkę coraz lepiej, coraz bardziej się z nią zżywałam i chciałam się dowiedzieć, jak cała ta opowieść się skończy. Należałam (pewnie dość naiwnie) do grona osób wierzących, że wydarzy się cud. Że do Avy na białym koniu przyjedzie królewicz, zabierze ją daleko, do lekarzy którzy znają lek na jej chorobę. I będzie happy end. I wszystko skończy się dobrze. Oj głupia ja. Piszę to, byście wiedzieli, że nie ma się co łudzić. Lekarze nie dają Avie szans. Ona też wie, że nie ma szans. Bo tych szans naprawdę nie ma. Nie ma więc co wierzyć, że na koniec przyjdzie wróżka i odczaruje dziewczynę. Nie zrobi tego. Na końcu książki jest śmierć. Ale jak do niej dojdzie? Jak swoje życie przeżyje Ava? Tego wam nie zdradzę. Tego musicie dowiedzieć się sami. Mogę tylko powiedzieć, że naprawdę warto poznać tę historię. Zdecydowanie polecam.


17 czerwca 2019

Złe dobrego początku ("Save us" Mona Kasten)

PREMIERA 19.06.2019


Save us - Mona Kasten
Jaguar 2019

Czy na was Word też działa tak deprymująco? Masakra.

Kilka godzin temu skończyłam czytać Save us, a co za tym idzie zakończyłam najnowszą trylogię Maxton Hall autorstwa Mony Kasten. Jak było? O tym na pewno musicie przekonać się sami. Mogę jednak podzielić się z wami moimi spostrzeżeniami.

Mona Kasten ma niezwykłą zdolność wciągania czytelnika w opowiadaną przez siebie historię. Mnie ta seria poniekąd uratowała (co do bohaterów nie będę się wypowiadała). W ostatnich miesiącach moje czytanie ograniczało się do analizy etykiet na jedzeniu dla bobasów. Przeczytanie więcej niż strony przy małym zajmującym dziecku i pracy graniczyło z cudem. Do tego niemal wszystko po co sięgałam nie pochłaniało mnie na tyle, by poświęcić np. czas przeznaczany na sen lekturze. Aż nastało Save me i zapomniałam, że sen jest jednak niezbędny do życia. Książka pochłonęła mnie do tego stopnia, że po jej odłożeniu na półkę nie mogłam o niej zapomnieć. Wciąż wracałam myślami do bohaterów i zastanawiałam się, jak potoczą się ich losy. Małym niedopowiedzeniem będzie powiedzieć, że wyczekiwałam publikacji Save you. Wręcz liczyłam dni. Kiedy w końcu dane było mi sięgnąć po drugą część trylogii utonęłam w niej ponownie. Choć muszę szczerze przyznać, że nie zachwyciła mnie ona już tak, jak wstęp do tej historii. Nie mówię, że powieść była zła, ale już nie tak genialna jak poprzednia. Mimo to na koniec zostawiła mnie z takim samym niedosytem jak Save me. I zaś przyszły miesiące oczekiwania. Gdy okazało się, że ostatnia część pojawi się, gdy będę na urlopie byłam wniebowzięta. W końcu mogłam poświęcić nie tylko sen na czytanie. Jak było? Czy było warto? O tym nieco poniżej.

Na koniec Save you Mona zostawiła nas z kolejną zagwozdką, którą przez większą część Save us bohaterowie rozplątują. Bo przecież życie nie może się tak potoczyć, a plany nie mogą zostać tak niecnie zniweczone. Koniec końców wszystko udaje się doprowadzić do jako takiego ładu i składu. Wówczas ponownie na bohaterów sypie się grad problemów. Jednak – kto jak nie oni?! I choć wydaje się, że niektóre problemy nie zostaną już rozwiązane, a tajemnice rozwikłane, ostatecznie okazuje się, że poznajemy wszystkie skrywane sekrety i niecne postępki złych ludzi. Autorka daje nam nawet na deser smakowity epilog, który dopina klamrą całą opowieść.

Jakie ogóle wrażenia? Niestety wydaje mi się, że Mona Kasten z kolejnymi częściami serii nieco straciła na świeżości. Najlepsza zdecydowanie była część pierwsza cyklu, najgorsza (choć nie zła oczywiście) ostatnia. Save us choć czyta się dobrze, nie jest tak wciągające i poruszające jak Save me. Część pierwsza była nieoczywista, pełna zakrętów życia i niepewnego jutra. W kolejnych odsłonach otrzymujemy co prawa wiele nowych tajemnic, ale już nie tak spektakularnych jak to było na początku. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że cała seria jest po prostu dobra i warto ją przeczytać bez względu na aurę na zewnątrz. Z czystym sumieniem – polecam.

3 lipca 2017

50 twarzy Dubaju ("Dubaj. Prawdziwe oblicze" Jacek Pałkiewicz)

"Dubaj. Prawdziwe oblicze" Jacek Pałkiewicz
wyd. Zysk i S-ka
rok: 2016
str. 388
Ocena: 3/6 



Zjednoczone Emiraty Arabskie, a zwłaszcza Dubaj to synonim luksusu i bogactwa, oraz bardzo szybkiego rozwoju i niesamowitego przepychu. Właśnie temu krajowi, a przede wszystkim odkrywaniu jego ciemnych stron, poświęcił swoją książkę znany podróżnik J. Pałkiewicz. Bardzo długo zbierałem się do tego, aby napisać swoje odczucia o tej książce. Dla tych wszystkich, którzy mają jako takie pojęcie o świecie, nie znajdą w tej książce nic nowego, a pozostali zapewne nawet nie wiedzą, co to litery.  Tak więc po kolei. Autor jest znanym podróżnikiem – niestety nigdy wcześniej o nim nie słyszałem. No, ale ja ani nie jestem podróżnikiem, ani wielkim czytelnikiem. Autor starał się pokazać „nam” jaki jest prawdziwy Dubaj. Autor obok przepychu pokazuje biedę pracowników kontraktowych i zakłamanie establishmentu. Świat jaki pokazuje nam podróżnik jest z jednej strony piękny i zachwycający, a z drugiej strony bardzo sztuczny i szczerze powiedziawszy im więcej czytałem, tym miałem mniejszą ochotę pojechać do tego „państwa miasta” i zobaczyć wszystkie te cuda architektoniczne, a wśród nich najwyższy budynek świata, czyli Burdż Chalifa. Ten drapacz chmur jest Dubajem w pigułce. Powstał na kredyt by zachwycić świat, a zbudowali go źle opłacani pracownicy (niemal przymusowi) z Azji.  

Czytając książkę nie odniosłem wrażenia, że Pan Pałkiewicz jest wielkim podróżnikiem, który w pocie czoła zdobywał niedostępne regiony świata, choć zapewne tak jest. Autor sam o tym pisze, że często spotyka ludzi, którzy go rozpoznają. Odniosłem za to wrażenie, że podróżnik wraz z żoną opływają w luksusach. Może podróżnicza emerytura to właśnie siedmiogwiazdkowe hotele, drogie butiki znanych marek i loty w klasie biznes. No i nie zapominajmy o spotkaniach z wpływowymi ludźmi ot tak, po prostu, jakby to było wyjście do supermarketu osiedlowego po bułki.


Czułem lekką nutkę nieufności, jakiejś sztuczności czytając strony poświęcone tej brudniejszej twarzy emiratu. Wszyscy zwierzają się autorowi książki jakby był ich najbliższym przyjacielem. On sam potrafi się idealnie wtopić w otoczenie i pozostać niezauważonym spędzając noc (jakkolwiek to brzmi) z pracownikami kontraktowymi z Azji.  No po prostu polski agent 007 połączony z psychologiem.

Czy książka była stratą czasu? Oczywiście, że nie. Udało mi się dowiedzieć kilku ciekawych rzeczy o obyczajach panujących w tym „dzikim” kraju. Psy nie spacerują po mieście, chodników prawie nie ma, a kobiety czują się wyzwolone. No łatwo jest być wyzwolonym, gdy nie trzeba pracować, bo Państwo płaci za niemal wszystko. Rodowici mieszkańcy mają się jak pączki w maśle. Ten świat kusi fachowców z całego cywilizowanego świata. Niestety, napływa tam też fala biednych ludzi z Pakistanu, czy Indii aby „dorobić” się ciężką pracą za przysłowiową kromkę chleba.  Szkoda tylko, że cały ten świat jest na pokaz, a kiedyś ta piękna, szklana bańka pęknie. I co wtedy?


Artur Borowski


30 czerwca 2017

Sięgając gwiazd ("Piosenki o dziewczynie" Chris Russell)

"Piosenki o dziewczynie" Chris Russell
Seria: Piosenki o dziewczynie
Tom: I
wyd. Feeria Young
rok: 2017
str. 384
Ocena: 5/6


Czasami życie bardzo nas zaskakuje. Zwykle w najmniej spodziewanym momencie. Jakiś banał czy zwykła wiadomość mogą odmienić nasz byt o 180 stopni. Nawet jeśli nie będziemy tego chcieli.

Charlie Bloom jest idealnym przykładem takiego zarządzenia losu. Z zamiłowania fotografka, uczęszcza do liceum w Reading (Anglia). Z pozoru to zwykła placówka, nic nie jest jednak tak do końca oczywiste. Dwa lata wcześniej ukończył ją Olly Samson, obecnie jedna z gwiazd boysbandu Fire&Lights. Dodajmy - najpopularniejszej kapeli na świecie, która już jeździ w trasy koncertowe, choć piosenki na ich płytę wciąż się tworzą. Któregoś dnia Charlie odczytuje na Facebooku wiadomość i zamiera na kilka dni. Ale jak to? Jak ona? Jak on? Tak do niej? Tak po prostu? W końcu dziewczyna postanawia zmierzyć się z tym trudnym zadaniem i odpisać chłopakowi. Bo napisał do niej niemal Bóg, czyli poznamy na szkolnym korytarzu, wtedy niczym się niewyróżniający, Olly. I to nie napisał ot tak sobie. Tylko z konkretną propozycją. Ona robiąca zdjęcia im. Na backstage’u. Podczas koncertu. W najbliższą sobotę… Nieee, to by było najwspanialsze wydarzenie w jej dotychczasowym życiu. Tylko… czy ona dobrze się spisze? Czy da radę? Charlie dochodzi do wniosku że nie i tak też chłopakowi odpisuje. Oddycha z ulgą i zapomina o temacie -aż do chwili, gdy Olly ponownie do niej pisze. Zachwycony, że zmieniła zdanie. I niestety zmartwiony, bo miejsca dla jej przyjaciółki nie ma. Bilety już dawno zostały wyprzedane. Dziewczyna wie już na pewno kilka rzeczy. Teraz nie ma wyjścia. Musi pojawić się na koncercie. Wie też jednak, że ktoś ja w to wrobił. Ktoś, kto ją dobrze zna. Ktoś, kto zna się na sprzęcie komputerowym i systemach informatycznych, bo ewidentnie włamano się na jej konto. A to mogła być tylko jedna osoba - jej najlepsza przyjaciółka Melisa.

Jak skończy się ta szalona historia? Czy zabawa w fotografa najsłynniejszego zespołu to będzie jednorazowy epizod czy dłuższa przygoda? Czy uda się jej dzięki niej zrobić karierę, a może to fotografie staną się jedynie tłem dla całej opowieści? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po powieść “piosenki o dziewczynie tym bardziej, że to dopiero pierwszy tom i zapowiada się ciekawa kontynuacja, jeśli patrzeć z perspektywy zakończenia.

Ogólnie książka mi się podobało, przyjemnie i dość szybko się ją czytało. Należy raczej do powieści lekkich, z maleńkimi dramatami, które choć widocznie zarysowane nie przytłaczały. Mi Piosenki o dziewczynie przypadły do gustu, szczególnie zakończenie. Osobiście nie mogę się doczekać kolejnej części, w związku z czym gorąco polecam.


Sil


11 sierpnia 2016

TYDZIEŃ Z UGLY LOVE" DAY 1 - Bez przeszłości, bez przyszłości… (Ugly love" Colleen Hoover)

TYDZIEŃ Z UGLY LOVE

Jakiś czas temu, na fanpejdżu Colleen Hoover Książki wzięłam udział w konkursie. Bardzo zależało mi na najnowszej powieści jednej z moich ulubionych autorek - samej Colleen Hoover. Zadanie nie było proste. Trzeba było wymyślić akcję promującą książki autorki. Więc się postarałam. Wymyśliłam akcję "Tydzień z...". A w nim: recenzje, cytaty i dyskusje. Troszkę się do tego zabierałam, ale jest. Pierwszy wpis z serii :) Dziś specjalnie dla Was recenzja Ugly love :) Mam nadzieję, że książka podobała się (lub będzie się podobała), tak jak i mnie :) Zapraszam do komentowania :)


"Ugly love" Colleen Hoover
wyd. Otwarte
rok: 2016
str. 344
Ocena: 6/6



Macie tak czasem, że kończycie czytać książkę i… chcielibyście zacząć od nowa? Tak bardzo nie chcecie odkładać powieści na półkę. Tak strasznie nie macie ochoty rozstawać się z bohaterami lektury. Ja tak miałam tej nocy. Dość niespodziewanie, po kilku dniach przemykania się przez historię wykreowaną w Ugly love, zarwałam ostatnią noc. Zaczęłam czytać i nie mogłam się oderwać. Z każdą kolejną stroną chciałam więcej i więcej. A gdy skończyłam, trudno było mi uwierzyć, że więcej już nie będzie. Postawiono ostatnią kropkę, nie jest to seria, więc nie będzie ciągu dalszego. Historia się skończyła, choć mogłaby trwać, wraz z nami, do końca naszych dni.

Tate, a w zasadzie Elizabeth Tate Collins, chce coś zmienić, stawia więc wszystko na jedną kartę i przeprowadza się do brata – pilota. Corbin rzadko bywa w domu, a z dwa lata młodszą siostrą nie widział się już prawie rok. Jest bardzo zapracowany, mimo to wciąż traktuje Tate jak swoje oczko w głowie. Nieprzychylnie patrzył na jej kolejnych chłopaków, a gdy tylko któryś z jego kolegów zaczynał smalić do niej cholewki, ten natychmiast ustawiał ich do pionu. Nie inaczej było i tym razem, Corbin jeszcze przed pojawieniem się siostry w apartamentowcu ostrzegł wszystkich, co ich czeka, jeśli któryś złamie serce Tate. Dziewczyna nie miała jednak zamiaru przejmować się poglądami brata, oczywiście, jeśli spotka odpowiedniego kandydata. Za takiego na pewno nie uważa pijanego faceta, opartego o drzwi mieszkania jej brata. Tym bardziej, że uniemożliwia on jej bezpieczne dostanie się do apartamentu. Potrzebuje więc dużo samozaparcia, by pokonać tę przeszkodę. Gdy w końcu to się udaje, okazuje się, że na korytarzu zostawiła wszystkie rzeczy. Nie ma więc wyjścia i informuje o tym brata, który ma wysłać jej na pomoc przyjaciela, mieszkającego naprzeciw. Jak się można było spodziewać, wywoływany do tablicy Miles Archer, jest owym pijaczkiem spod drzwi Corbina. Cóż więc począć, na prośbę brata Tate wciąga totalnie zalanego chłopaka do domu, a potem, zamiast spokojnie wyspać się po długiej podróży, opiekuje się nim w nocy. Rano Miles nic z tego nie pamięta, wie za to, że coś stało się z jego ręką… Czyżby ktoś przytrzasnął ją drzwiami? By się dowiedzieć, co się faktycznie wydarzyło, trzeba koniecznie przeczytać najnowszą powieść Colleen Hoover, czyli Ugly love.

Od bardzo dawna chciałam przeczytać tę książkę. Uwielbiam wszystko, co wychodzi spod pióra pani Hoover, wiedziała więc, że i UL mnie nie zawiedzie. Muszę jednak przyznać, że na początku, choć lektura była interesująca, nie czytało mi się rewelacyjnie. Codziennie spokojnie przechodziłam przez kilkanaście stron i gdy oczy zaczynały się kleić, odkładałam lekturę na później lub na kolejny dzień. Przełom nastąpił wczoraj, w okolicach końcówki pierwszej ćwiartki książki. Gdy to nastąpiło byłam stracona, nie było już opcji by odłożyć Ugly love na półkę. Musiałam skończyć czytać, dowiedzieć się co będzie dalej, jak potoczą się losy bohaterów i czy jest w ogóle cień nadziei na happy end. A powiem szczerze – nie wierzyłam, by to wszystko mogło skończyć się dobrze. Cały czas miałam przed oczami tragedię i jakoś nie mogłam pozbyć się tej wizji. Nie zdradzę wam, jak powieść się kończy, nie będę rozwodziła się nad poszczególnymi fragmentami książki. Nie zrobię tego, choć miałabym wielką nadzieję podzielić się tym z wami. Ugly love mnie zachwyciło. Wypełniło wszystkie moje myśli, sprawiło, że zaczęłam żyć losami Tate. Do tej pory nimi żyję. Wracałam do domu myśląc, że jak tylko będę miała chwilę, siądę do czytania. A potem uświadomiłam sobie, że nie mam już do czego wracać. Historia się skończyła, została zamknięta na cztery spusty i więcej w tym temacie powiedzieć już nie można. Może więc faktycznie należałoby Ugly love zacząć czytać od początku? Może to zapełniłoby pustkę, jaka pozostaje w człowieku po takiej lekturze.

Z czystym sumieniem polecam wszystkim tę książkę. Naprawdę warto ją przygarnąć, przeczytać, zapamiętać. Colleen Hoover w jednej ze swoich najlepszych odsłon. Zdecydowanie polecam.

Sil

15 lipca 2016

MasaKra ("Masa o kilerach polskiej mafii" Artur Górski, )

"Masa o kilerach polskiej mafii" Artur Górski, Jarosław Sokołowski
wyd. Prószyński i S-ka
rok: 2016
str. 256
Ocena: 4/6


Seria książek ukazujących kulisy polskiej mafii autorstwa duetu Sokołowki i Górski, ma już ugruntowaną pozycję na rynku. O ile przed pierwszą częścią tego cyklu wzbraniałem się rękami i nogami, to druga część trafiła do mnie całkiem przypadkowo. Przeczytałem i czytało się to dobrze. Kolejna część trafiła jakoś z rozpędu i długo czekałem na kontynuację cyklu pod tytułem "Masa o kilerach polskiej mafii". Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że w między czasie przeszła mi koło nos cała masa informacji zawartych w czwartej części cyklu pod tytułem „Masa o bossach polskiej mafii”.

Forma samej książki nie zmieniła się niczym w porównaniu z poprzednimi wydaniami. Znaczy między przednią a tylną obwolutą ukryte są rozmowy autorów oraz kilku innych postaci z mafijnego półświatka. Nie mogę narzekać, bo lekko ponad 250 stron czyta się niemal jednym tchem i to niezależnie, czy się interesuje opisywanym światem, czy nie. Autorzy opisują działania zabójców, którzy działali w strukturach tej organizacji.  Czasami jest zabawnie, ale przede wszystkim obaj panowie i ich goście pokazują jak niewiele znaczyło ludzkie życie, gdy w grę wchodziły pieniądze, zraniona duma i dość wypaczony honor. Masa po trochu okrywa przed nami mały brutalny świat i historię żyjących w nim ludzi, którzy dla pieniędzy zabijali innych. Kilka "patyków" sprawiało, że jeden człowiek mógł zabrać życie drugiemu. Bossowie bez mrugnięcia okiem wydawali wyroki na ludzi z powodów tak błahych, że czasem aż irracjonalnych dla zwykłego szarego człowieka. Poznajemy historię ludzi, których życie stawiało przed wyborami i sytuacjami, które "mimowolnie" przypisały im miano kilera. Tak więc dla jednych zabijanie było zwykłą pracą, dla innych chęcią zaimponowania i wybicia się w kręgach zorganizowanej przestępczości, a czasem zbiegiem nieszczęśliwych sytuacji. Była jednak grupa ludzi, która robiła to dla przyjemności i dobrej zabawy – tych bali się wszyscy, tak przynajmniej wynika ze słów Masy. Jarosław Sokołowski i Artur Górski w swojej najnowszej książce opowiadają o znanych i mniej znanych osobach odpowiedzialnych za zabójstwa w czasach mafii pruszkowskiej. Morderstwa i zaginięcia szeroko opisywane w mediach autorzy pokazują trochę z innej strony i odkrywają przed czytelnikami nowe fakty.  Ponadto pozwalają nam poznać choć odrobinę ludzi drugiego i trzeciego sortu, a może nawet znajdujących się na samym dnie tej dobrze zorganizowanej grupy, która na całe szczęście lata świetności ma już za sobą.

Jarosław Sokołowski, czyli najsłynniejszy polski świadek koronny, to człowiek z głową do interesów. W świece są tacy ludzie, którzy po prostu wiedzą jak zarabiać pieniądze. Pewnie czasy swoich największych osiągnięć finansowych ma za sobą, skończyły się, gdy "Pruszków" przeżywał kryzys, powiedzmy personalny, a definitywnie zakończyły się, gdy został człowiekiem, który swoimi zeznaniami pogrążył cały nielegalny biznes i ludzi nim kręcących. Teraz w czasie, gdy (jak sam mówi) stał się popularny, choć tego nie chciał to strumień, zapewne dużo mniejszy, na powrót się otwiera. Jednak obiektywnie rzecz ujmując "Masa" jest małym wytrychem, ułatwiającym zaistnienie na polskim rynku wydawniczym, o czym sam świadek koronny wspomina w przedmowie – dodajmy, że robi to w bardzo charakterystyczny dla siebie sposób, taki mafijny.

Na sam koniec podsumowanie. Z książki Masa o kilerach polskiej mafii  dowiemy się, że polski kiler nie ma w sobie nic z tego, jak pokazuje go Hollywood. To nie honorowy i niezwyciężony, a przy tym dobrze ubrany i przystojny Keanu Reeves z filmu John Wick, czy nawet profesjonalny Leon zawodowiec z filmu Luca Besson. To dobrze napisana i ułożona książka, a cała seria stanowi spójną całość i to nie tylko merytorycznie, ale także i wizualnie na półce. Niestety, po wcześniej przeczytanych przeze mnie częściach nic mnie w tej najnowszej nie zaskoczyło. Z tym, że nie wiem, czy to dobrze o mnie świadczy. Choć z drugiej strony dobrze, że ci nasi lokalni kilerzy, mimo wszystko, nie byli tak wielkimi zwyrodnialcami jak ich południowo amerykańscy odpowiednich. Szczerze, to mam nadzieję, że nie będzie już więcej części serii, ale wiedząc jak to wszystko działa, to zapewne para autorów zaskoczy nas czymś jeszcze. Osobiście liczę na "Wakacje polskiej mafii" z komentarzem np. Martyny Wojciechowskiej, albo "Domy polskiej mafii", w której udział miałaby Dorota Szelągowska, komentująca kolorystykę i układ pokoi. Dobra, a tak na poważnie, to gdy w księgarniach pojawi się tom zatytułowany "O rodzinach polskiej mafii" to będę jednym z pierwszych którzy go kupią.

Pewnie autorzy nigdy nie trafią na tę recenzję, a jeśli jakimś cudem tak się stanie, to na miłość boską, proszę, aby podpisali zdjęcia ukazujące się w książce, bo takie gołe fotografie absolutnie nic nie wnoszą, przynajmniej w mojej opinii.


Artur Borowski


13 lipca 2016

Przyszłość w przeszłości ("Tu i teraz" Ann Brashers)

"Tu i teraz" Ann Brashers
wyd. YA!/GW Foksal
rok: 2016
str. 240
Ocena: 5/6




Wielu, a myślę nawet, że większość, z nas nie zdaje sobie sprawy, w jaki komfortowych warunkach żyje. Gro populacji nie musi martwić się o to, co następnego dnia włoży do garnka. Nie mówię, że na świecie nie ma głodu, bo wiem, że jest. Jest prawdziwy głód. Nie objął on jednak całego świata, wciąż większość z nas bardziej marnotrawi pożywienie niż zastanawia się, jak nim racjonalnie gospodarować. Chcemy więcej i więcej. Sklepy zawsze mają być pełne, pułki mają uginać się od towaru. Gdy w piekarni widzimy ostatni bochenek chleba zastanawiamy się, czy nadchodzi koniec świata – wszystko wykupiono, więc dla nas jest za mało. Bo dziś jest ten dzień, w którym na pewno zjedlibyśmy dwa bochenki, ale dla nas brakło. Na świecie jest wiele chorób, jednak nie dochodzi do masowych śmierci z tytułu pandemii, których w żaden sposób nie da się opanować. Żyjemy, może nie do końca szczęśliwi, może odrobinę zatroskani – ale jednak żyjemy i pławimy się w naszych prywatnych luksusach. To się może jednak kiedyś skończyć. Kiedyś może nie nadejdzie jutro ani za tydzień. Może to kiedyś nie pojawi się za rok. Ale za jakiś czas wszystko się zmieni. Wtedy będzie jednak już za późno na dokonywanie zmian. Degradacja posunie się za daleko, nie będzie możliwości cofnięcia się o kilka kroków i wybrania innej ścieżki dla naszego życia. Nie ukrywajmy, nasz świat z każdym dniem jest bliżej niż dalej sromotnego końca. Czy zechcemy coś z tym zrobić?

23 kwietnia 2010 roku młody Ethan Jarves udał się sam na ryby. Chciał pokazać ojcu, że potrafi. Wydawało mu się, że skoro tak często wybierali się nad rzekę razem, bez problemu trafi w to miejsce, które zawsze odwiedzali z tatą. Niestety, las spłatał mu figla i Ethan co prawda odnalazł ścieżkę nad rzekę, ale zdecydowanie znalazł się w innym jej punkcie niż zwykle. To nic, pomyślał dzieciak i zarzucił wędkę. Łowić w końcu można wszędzie. Tym jednak razem chłopak nie wyłowił żadnej ryby, zamiast tego zauważył coś dziwnego. Jakieś nagłe falowanie powietrza, jakieś niesamowite zakrzywienie i połączenie wody i lądu. A pod koniec tego zjawiska pojawiła się ona. Naga, niczym nieskrępowana dziewczyna. Nie było mu jednak dane dowiedzieć się, kim ona jest, bo już po kilku chwilach uciekła. Zdążył jej tylko wskazać, gdzie znajdzie most i obdarować ją swoją bluzą. I już jej nie było. Ethan długo po tym zdarzeniu nie mógł dość do siebie. Wciąż i wciąż je rozpamiętywał, wspomnienia rozkładał na czynniki pierwsze, aż w końcu zaczęły się one zlewać w całość i zaczęły być zupełnie nierealne. Coś mu się musiało wydawać, niemożliwe, by ta dziewczyna pojawiła się zupełnie znikąd. Kiedy jednak dwa lata później weszła do jego klasy i usiadła na krześle obok niego, już wiedział, że nic mu się nie uroiło. Wydarzenia sprzed dwóch lat naprawdę miały miejsce. A teraz rozgrywają się nadal. Kto wie, jak się zakończą?

Jedno jest pewne – Tu i teraz niczym nie przypomina książek, z którymi do tej pory się zetknęłam. Nie jest to powieść idealna, ale i tak jest całkiem wspaniała, a może wręcz nieziemska… Bohaterowie niby żyją tuż obok, a jednak bardzo daleko. Niby są tacy jak my, a jednak zupełnie inni. Niby mają takie same doświadczenia, a jednak zgoła bardziej tragiczne. Niby mają wszystko zmienić, a jednak nie ruszają nawet końcówką małego palca, by odmienić przyszłość. Tu i teraz według mnie zawiera wiele błędów rzeczowych, przez które niektóre osoby zupełnie tę książkę mogą zdyskwalifikować. Może gdyby autorka bardziej przyłożyła się do tych kontrowersyjnych elementów, to powieść nie tylko byłaby bardziej rzeczywista, ale i zyskałaby więcej stron? Bo dla mnie zdecydowanie za wcześnie się skończyła. Może autorka napisze kolejną część przygód Prenny i Ethana? Może uda znaleźć się sposób na to, by wszystko skończyło się inaczej, niż się skończyło? Może niewyjaśnione w Tu i teraz wątki, które powodują tak wiele kontrowersji (przynajmniej w moim umyśle) da się jakoś rozsądnie wytłumaczyć? Chciałabym, by tak właśnie było. Was zachęcam do lektury i do dzielenia się po niej swoimi wrażeniami. Ja powieść połknęłam w zasadzie w jeden dzień. Czyta się ją świetnie, jest naprawdę porywająca i warta poświęconego jej czasu.

Sil


11 lipca 2016

Nowy początek ("Kiedy pada deszcz" Lisa De Jong)

wyd. Filia
rok: 2016
str. 424
Ocena: 5/6


Tak sobie myślę, że chyba nastał jakiś trend na śmierć, zgodzicie się ze mną? Właśnie skończyłam czytać chyba trzecią albo czwartą książkę z rzędu, w której jeden z głównych bohaterów jest poważnie chory. Czy to normalne? Skąd nagle na rynku tak dużo powieści tego typu? Czy to rynek wymusza taki kierunek, czy też autorzy teraz dążą do takiej destrukcji? Powiem szczerze, że nie przepadam za tym motywem w literaturze i najchętniej unikałabym go jak i kiedy tylko się da. Niestety, jak się czasem okazuje, nie zawsze jest to możliwe. W ciągu ostatniego miesiąca dwa razy zdecydowałam się na to sama, ale dwa pozostałe przypadki? Były absolutnie niezamierzone… Nie wiem jak wam, ale mi nie jest do śmiechu, gdy w trakcie lektury wychodzi na jaw, że ktoś tu właśnie umiera…

Gdy Kate Alexander miała pięć lat przeprowadziła się wraz z matką do malutkiej miejscowości - Carrington, która nie liczyła wtedy ani teraz więcej niż 10 przecznic. Tego samego dnia, gdy wprowadziły się do swojego nowego domu, Kate poznała swojego rówieśnika – Beau Bennetta, który był jej sąsiadem. I jak to zwykle w takich historiach bywa – dzieciaki bardzo szybko się ze sobą zaprzyjaźniły. U dziewczynki to uczucie dość szybko przekształciło się w zauroczenie, a później zakochanie. Beau nigdy nie dał jej jednak odczuć, ze czuje do niej jakiekolwiek uczucia, poza dozgonną przyjaźnią. Nie odstępował jej jednak na krok, zawsze jej towarzyszył, zawsze się z nią wygłupiał i zawsze bronił. Byli nierozłączni aż do pewnej piątkowej imprezy po meczu, na którą chłopak nie mógł pójść z powodu szlabanu. Przez kilka następnych lat Kate zadawała sobie pytanie, czemu wybrała się na to cholerne ognisko bez niego. Poszła co prawda z najlepszą przyjaciółką, ta jednak dość szybko się upiła i zniknęła gdzieś ze swoim chłopakiem. Kiedy ognisko zaczęło dogasać, a z nieba powoli zaczynały spadać krople deszczu, dziewczyna zaczęła marznąć. Zapomniała z domu kurtki, nic tylko zacząć się śmiać, lub ewentualnie płakać. Kiedy więc Drew Heston zaproponował, że jak pójdzie z nim do domu, to da jej którąś ze swoich bluz, dziewczyna po prostu się zgodziła. Ten wieczór nie skończył się dla niej niestety dobrze. Nie można nawet powiedzieć, że skończył się źle, bo finał był po prostu tragiczny. Siedemnastoletnia Kate została zgwałcona i zastraszona, a w związku z tym ostatnim, przez następne dwa lata nikomu o tym zdarzeniu nie powiedziała. Odcisnęło się ono jednak na niej poważnym piętnem. Przestała wychodzić z domu. Przestała spotykać się ze znajomymi. Prawie nie rozmawiała z Beau, przynajmniej przez pierwszy rok po tym wydarzeniu. Opuściła się w nauce. W końcu zrezygnowała z planów związanych z wyjazdem na studia. Z jakiegoś przedziwnego powodu czuła się gorsza od swojego otoczenia. Po części obwiniała siebie za to, co jej się tego feralnego piątku przytrafiło. Nie potrafiła ruszyć dalej, wciąż tkwiła w tamtej tragicznej chwili. Więc kiedy Beau wyznał jej, co czuje, nie była w stanie się z nim związać. Choć pragnęła tego od tak dawna. W końcu, nie znał on jej największego sekretu. Czy to jednak oznacza, że Kate już zawsze będzie sama? Czy kiedykolwiek uda się jej zapomnieć, albo choć odrobinę zamazać te dramatyczne wspomnienia? Może by ruszyć dalej, musi uciec z tego miasteczka? Albo związać się z kimś zupełnie nie związanym z jej przeszłością? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy sięgnąć po powieść Kiedy pada deszcz.

Nie mogę powiedzieć, by ta książka podobała mi się od samego początku. Coś w sposobie narracji wyjątkowo mi nie pasowało. To, jak bohaterka opisywała całą swoją historię… czasami miałam ochotę zacząć się śmiać. Bo niby czytałam o strasznych, naprawdę strasznych przeżyciach. I te wszystkie słowa o tym mówiły… Ale nie było tego czuć. Czułam sztuczność. Miałam ochotę zacząć bić głową o ścianę. Ale czytałam dalej, bo chciałam się dowiedzieć, jak to wszystko się rozwinie. No i jak się skończy. Z czasem sposób narracji mniej mi przeszkadzał, ewidentnie się do niego przyzwyczaiłam. Wciąż jednak miałam takie dziwne uczucie sztuczności. Bohaterka wykazywała się czasem zupełną dziecinnością, a zaraz potem nad wyraz dojrzałą postawą. Przyjmowała wszystko z wybitną wytrwałością i zrozumieniem, o które według mnie trudno w jej wieku, by chwilę później oddawać się kilkudniowej rozpaczy. Nie mówię, że tacy ludzie nie istnieją, ale myślę, że raczej nie chodzi ich zbyt wielu po ziemi.

Ostatecznie jednak muszę przyznać, że książka bardzo mi się podobała. Czytało się ją po prostu ekspresowo, wręcz fenomenalnie. Ja połknęłam ją w niecałą dobę. Nawet nie wiem, kiedy te wszystkie strony przeleciały. Wieczorem zaczęłam, a popołudniu następnego dnia odłożyłam książkę na regał. Historia się zaczęła, trwała i się skończyła. I choć mam z nią pewien problem, na pewno na jakiś czas utkwi mi w pamięci.


Sil

6 lipca 2016

Dzień z życia partyzanta ("Kraków niezłomnych 1946" Paweł Słomiak)

"Kraków niezłomnych 1946" Paweł Słomiak
wyd. Novae Res
rok: 2016
str. 248
ocena: 3,5/6




W powszechnej wiedzy tej wyjętej ze szkolnych książek wiadomo, że II Wojna Światowa skończyła się 8 maja 1945r. Tego dnia wszelkie działania wojenne się skończyły, nastał pokój i wszyscy byli szczęśliwi. Tak społeczeństwu mózg "wyprał" poprzedni ustrój. Tymczasem historia, odkrywana po zmianach ustrojowych, okazuje się być o wiele bardziej złożona. Polska spod okupacji niemieckiej przeszła w ręce czerwonych braci pod wodzą Stalina. Dla wielu żołnierzy Armii Krajowej wojna trwała dalej. Walczyli wierząc, że zachód uderzy na Związek Radziecki. Wiemy jednak, że było inaczej i cały ich trud poszedł na marne. Zapomniano o nich na wiele dziesięcioleci, zrównywano ich z bandytami oraz wyłapywano i rozstrzeliwano po torturach.

Książka "Kraków niezłomnych 1946" to pędząca do przodu niczym pendolino powieść opisująca działania polskiego podziemia tuż po II Wojnie Światowej. Mistyczne postacie podziemia walczącego z okupacją komunistyczną były ubrane w same zalety, były pomnikowe. Paweł Słomiak w swojej powieści nadaje im człowieczeństwo. Członkowie krakowskiego oddziału targani są emocjami, mają swoje humory i spostrzeżenia. Każdy ma swoje zainteresowania, od piłki nożnej po samochody. Są po prostu normalnymi ludźmi, różniącymi się od innych jedynie tym, że w każdym miejscu czai się na nich śmierć. Ta książka maluje obraz nieprzerwanych sukcesów i zwycięstw. Ma się wrażenie, że walka z komunistycznym rządem, a zwłaszcza z czerwoną armią, to coś w rodzaju obozu harcerskiego, albo walka taka jaką widzą ją młodzi chłopcy. Baza w mieście pod nosem przeciwnika. Szybkie akcje z wykorzystaniem GMC. Ze starć zawsze wychodzili zwycięsko, no prawie zawsze. Po prostu królowie miasta robią co chcą, gdzie chcą i nikt nie może im się przeciwstawić.

Książkę czyta się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Jest to fabularny pamiętnik opisujący pewien niewielki wycinek z życia oddziału krakowskiego żołnierzy wyklętych. Dokładnie poznajemy ich życie, dzień po dniu. Szkoda tylko, że to wszystko się nagle urywa, kończy. Czytelnik pozostaje z niedosytem, brakuje kilku słów o bohaterach, o ich dalszych losach. Autor też stara się za bardzo jeśli chodzi o patos. Wkłada w usta bohaterów zdania wyciągnięte żywcem z plakatów propagandowych o wielkiej Polsce.  Jeszcze jedna sprawa dotycząca oprawy wizualnej. Po prostu już nie wspomnę, że nie ma zdjęć, a ich bardzo brakuje. O wiele bardziej brakuje mi map sytuacyjnych. Pan Paweł zapomniał, że nie wszyscy czytelnicy są z Krakowa, a powiem nawet więcej, że nie wszyscy czytelnicy żyli w tamtych czasach. Osobiście nie maiłem pojęcia gdzie w Krakowie rozgrywa się akcja.

Ostatnio Polska Walcząca i żołnierze niezłomni czy też wyklęci, stali się bardzo modni w niektórych kręgach. Czy to dobrze, czy źle, to na pewno pokaże czas. Wśród młodych patriotów chodzących w modnych patriotycznych koszulkach z okrzykami o wielkiej i niezależnej Polsce książka ta znajdzie swoje miejsce. Pytanie tylko czy powinna? Autor z lekkością opowiada o walce z radziecką okupacją. Wszystko się załatwia i zdobywa bez najmniejszych problemów, zabicie komunisty to nie morderstwo i tak dalej. Czy to dobry komunikat? Mam nadzieję, że autor dokończy książkę i powie coś niecoś o bohaterach i ich dalszych losach.


Artur Borowski

1 lipca 2016

Perswazje ("Zanim się pojawiłeś" Jojo Moyes)

"Zanim się pojawiłeś" Jojo Moyes
wyd. Świat Książki
rok: 2016
str. 384
Ocena: 4,5/6



Pewnie po tej recenzji i ocenie tej książki wydam się niektórym dziwna. Innym może nawet bardziej niż dziwna? Bo choć książka Zanim się pojawiłeś naprawdę mi się podobała, to raczej mną nie wstrząsnęła. Nie zmieniła tego, jak patrzę na życie. Nie sprawiła nawet, że płakałam jak bóbr. W ogóle nie płakałam. Bardzo obawiałam się zakończenia powieści, a gdy w końcu przyszło co do czego, czułam się nawet odrobinę… zawiedziona? Nie wiem, czy można tak napisać, gdy właśnie odłożyło się na półkę opowieść tak smutną i dramatyczną jak Zanim się pojawiłeś. Takie jednak miałam odczucie, gdy przeczytałam ostatnie zdanie w powieści. Czegoś mi w tym złym zakończeniu brakło. Coś mi nie pasowało. Może było za bardzo przesłodzone? A przecież naprawdę niewiele brakowało by albo je odmienić, albo choć odrobinę bardziej je urozmaicić. Tymczasem całość potoczyła się dość przewidywalnym torem i to już od samego początku. Ale, może tylko mnie to wszystko wydawało się oczywiste?

Dwudziestosześcioletnia Louisa Clark prowadzi raczej mało skomplikowane życie. Od urodzenia mieszka z rodzicami. Od sześciu lat pracuje jako kelnerka/barmanka w kawiarni którą uwielbia. Niemal tyle samo czasu spędziła w związku z Patrickiem, któremu ostatnio znacznie bliżej do znajomych podzielających jego pasję do sportu, niż do Lou. Sytuacja finansowa całej rodziny nigdy nie była zachwycająca, a kolejne lata przynosiły tylko kolejne tragedie, katastrofalne dla domowego budżetu. Dziadek znacząco podupadł na zdrowiu, matka musiała więc się nim zająć. Genialna młodsza siostra, w której rodzina pokładała wielkie nadzieje, wróciła z randki z brzuchem i musiała rzucić studia niemal przed ich samym końcem. Choć znalazła pracę, to ciężko jej było wysupłać cokolwiek, co mogłaby dołożyć do domowego budżetu – w końcu musiała wychować małe dziecko. Od miesięcy ojciec rodziny chodzi jak struty, bo przeczuwa, że w pracy nie przedłużą mu umowy. Kiedy więc okazuje się, że kawiarnia którą Lou traktuje jak drugi dom przestaje prosperować, cała rodzina się załamuje. Dziewczyna wie, że najszybciej jak się da musi wyeliminować problem bezrobocia. Jest młoda i energiczna, co prawda nie ma wyższego wykształcenia i raczej cechuje ją brak ambicji oraz predyspozycji zawodowych, ale wie, że jakąś pracę musi mieć. Niestety – każda kolejna zaproponowana w pośredniaku tylko bardziej ją dołuje. Kiedy pada propozycja, by została striptizerką myśli, że już gorzej być nie może. Niemal równocześnie pojawia się możliwość opieki nad osobą niepełnosprawną, która ma polegać bardziej na towarzyszeniu, niż aktywnym pielęgnowaniu mężczyzny z czterokończynowym porażeniem. Jej wybór pada na bramkę numer dwa, i już wkrótce okazuje się, że przypadła pracodawcy do gustu, choć trudno stwierdzić dlaczego. Tak właśnie zaczyna się ten trudniejszy okres w życiu głównej bohaterki, która zamiast na starszego, niedołężnego pana trafia na mężczyznę w kwiecie wieku, którego cudowne życie skończyła jedna tragiczna w skutkach decyzja. Will nie szczędzi bliskim bólu. Jest złośliwy i nieprzystępny. A do tego chce o sobie decydować sam. Czy będzie miał taką możliwość? Czy Lou pokaże mu, jakie życie może być piękne? Czy najbliższe sześć miesięcy będą koszmarem, czy idyllą? By się tego dowiedzieć koniecznie musicie przeczytać Zanim się pojawiłeś. Tym bardziej, że ekranizacja tej powieści właśnie weszła na kinowe ekrany. Ja jeszcze nie miałam okazji obejrzeć, więc kto wie, może adaptacja potoczy się nieco inaczej niż pierwowzór?

Nie jest tak, że książka mi się nie podobała. Broń Boże, naprawdę przypadła mi do gustu, wciągnęła i pochłonęła moje myśli na kilka dni. Chciałam wiedzieć, co będzie dalej i czy losy bohaterów potoczą się tak, jak przewiduję. Interesowało mnie, dlaczego Lou kilka lat wcześniej bardzo się zmieniła. Chciałam wiedzieć, Ale, jak już wcześniej wspomniałam, akcja miejscami była nad wyraz przewidywalna, a główna bohaterka bywała dziecinna. To jednak nie odstraszało mnie lektury, a każda kolejna zmiana zachodząca zarówno w Louisie jak i Willu zachęcała mnie do czytania dalej. Zanim się pojawiłeś zostawiło po sobie bardzo miłe wrażenie, co jest dość dziwne, bo to w końcu był dramat… Autorka napisała kontynuację tej, zdawałoby się, zakończonej i zamkniętej historii. Co w niej znajdziemy? Tego nie wiem, ale na pewno postaram się dowiedzieć.


Sil

29 czerwca 2016

Chcąc znów być sobą ("Kamień i sól" Victoria Scott)

"Kamień i sól" Victoria Scott
Seria: Ogień i woda
Tom: 2
wyd. IUVI
rok: 2016
str. 368
Ocena: 5,5/6

Długo czekałam na drugi tom serii Ogień i woda. Pierwsza część mną wstrząsnęła, sprawiła że, sama wiem, że to głupio zabrzmi – ale rozpadłam się i złożyłam na nowo. Wspomnienie tej powieści prześladowało mnie przez wiele miesięcy. Chciałam jak najszybciej dowiedzieć się, co będzie dalej, a gdy w końcu Kamień i sól trafiła w moje ręce, zaczęłam się bać. Strach mnie obleciał i przez jakiś czas już nie miałam ochoty dowiadywać się, co będzie dalej. Nie mogłam przeżyć tego, że wszystkie zagadki zostaną rozwiązane. Bo to przecież oczywiste, że nie będzie już nic dalej, że gdy powieść się skończy, to skończy się również ta opowieść, prawda? Innego rozwiązania, nawet nie brałam pod uwagę…

Tella Holloway od kilku tygodni bierze udział w Piekielnym Wyścigu. Robi wszystko co może, naprawdę wszystko, by uratować swojego śmiertelnie chorego brata – Cody'ego. Nikt nigdy nie dowie się, że to zrobiła. Nikt się nie dowie, że jego choroba nie jest naturalna. Nikt nie pomyśli nawet, że to wszystko jakaś śmieszna gra, w której tylko jedna osoba z setek biorących udział otrzyma lek dla bliskiej jej osoby. Niewiele brakowała, by to Tella wygrała II etap wyścigu. Pozwoliła jednak, by do mety pierwsza dotarła Harper. To ona otrzymała lek dla córki, który powinien jej pomóc w przeżyciu kolejnych pięciu lat. Niestety, malutka umarła jeszcze nim dostała lek. Harper zdecydowała się oddać lek komu innemu i poprzysięgła, że wróci i pomoże wygrać Telli ten Piekielny Wyścig. Zrobi wszystko co w jej mocy, by brat dziewczyny przeżył, a ta chora organizacja rozpadła się w drobny pył. Rozpoczyna się etap trzeci – Ocean. Harper do tej pory się nie pojawiła. To nawet dobrze, już nie będzie się narażać. Tak dużo osób zdążyło zginąć w trakcie dwóch poprzednich etapów, Harper nie może do nich dołączyć. Lepiej więc, że jej tu nie ma. Wystarczy, że wciąż jest tu Guy, Olivia, Jaxon i Braun. Każda z tych osób może w każdej chwili zginąć. Mogą umrzeć również ich Pandory. Dla Telli to bardzo duże obciążenie psychiczne, bo bardzo przywiązuje się do ludzi oraz do ich towarzyszy. Kiedy więc niespodziewanie na statek wsiada Harper, nadzieja dziewczyny, że choć ona będzie bezpieczna, po prostu znika. Jak potoczy się dalej Wyścig? Kto umrze? Kto odejdzie z własnej woli? Kto będzie walczył jeszcze bardziej zajadle? Czy ostatecznie znajdziemy odpowiedzi na wszystkie dręczące nas pytania? Czy zakończenie będzie zamknięte? A może nic tak naprawdę nie zostanie wyjaśnione? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy przeczytać Kamień i sól.

Wczoraj, w drodze powrotnej z urlopu, skończyłam czytać tę książkę. Skończyłam i… zatkało mnie zupełnie. Odłożyłam powieść na bok i nie mówiłam nic przez kilkanaście minut, aż w końcu mąż zapytał, czy coś się stało. No i jak już zapytał, to mu opowiedziałam, z drastycznymi szczegółami, o czym właśnie czytałam. Opowiedziałam mu i pierwszą i drugą część, oraz druzgocące mnie zakończenie i zapytałam: jak myślisz, będzie ciąg dalszy? On z całym przekonaniem zapewnił mnie, że tak. Zapewnił, więc ja zaczęłam szukać, ale niestety nie znalazłam nic w sieci. Naprawdę mam nadzieję, że Victoria Scott napisze trzecią część serii Ogień i woda, bo takie zakończenie mnie nie satysfakcjonuje. Ja muszę poznać odpowiedzi na męczące mnie pytania. Po prostu muszę.

Kamień i sól czyta się wręcz znakomicie. Książka wciąga od pierwszych napisanych przez autorkę zdań, aż po sam, jak już wcześniej wspomniałam, szokujący finał. Ten pasjonujący thriller czyta się z zapartym tchem i trudno od niego oderwać wzrok, a gdy to już się uda – to trudno oderwać myśli. Czytelnik wciąż się zastanawia, co będzie dalej, czy autorka skończy zgodnie z naszymi przewidywaniami, a może zaskoczy wszystkich. Czasem trudno ogarnąć to, co się dzieje w tej książce. W jednej chwili jest spokojnie, a chwilę później dochodzi do kolejnej tragedii, która sprawia, że jedyne na co mamy ochotę, to usiąść w kącie i się kiwać. Nie można się jednak poddawać, trzeba czytać dalej. A potem? Potem zostaje nam tylko modlitwa, by autorka zlitowała się nad nami i napisała kontynuację losów Telli i grupy ludzi, których w trakcie wyścigu zaczęła traktować jak rodzinę. Z mojej strony nie pozostaje już nic, poza zachęceniem was do lektury. Naprawdę warto po nią sięgnąć.


Sil

27 czerwca 2016

Numer ósmy ("Zanim umrę" Jenny Downham)

wyd. Nasza Księgarnia
rok: 2016
str. 352
Ocena: 5,5/6


" - Kocham cię – szepcze gniewnie z ustami przy mojej szyi. – Czuję ból, jakiego nigdy dotąd nie doświadczyłem, ale cię kocham. Nie masz prawa temu zaprzeczać. Nie mów tak więcej!"1)

Przyznam, że umyślnie przez kilkanaście dni pomijałam tę powieść. Leżała w trakcie urlopu na półce nad łóżkiem, a ja po nią specjalnie nie sięgałam. Nie robiłam tego, bo w trakcie urlopu aż dwie książki mówiły o śmierci, nie chciałam, by te wakacje wpisały się w moją pamięć pod znakiem tragicznych powieści. Odkładałam więc lekturę Zanim umrę tak długo, jak tylko mogłam. W ten sposób wróciłam do domu i… w końcu musiałam sięgnąć po tę książkę. Początki nie były łatwe. Czytało się dość trudno i, szczerze powiedziawszy, było jakoś mało pociągająco. Wstęp był napisany jakoś tak… odstraszająco. Przemykałam wzrokiem przez kilka stron i musiałam odkładać powieść na półkę. Niewiele brakowało, a zarzuciłabym lekturę zupełnie. Jednak z każdą kolejną pokonaną stroną Zanim umrę bardziej mnie do siebie przyciągało. W pewnej chwili rozkręciło się na całego i… już nie byłam w stanie odłożyć książki na bok. Czytałam, aż autorka postawiła ostatnią kropkę.

Tessa Scott ma szesnaście lat i białaczkę. Ot tyle. I aż tyle. Jedno jest pewne – wcześniej czy później umrze. Może to mieć miejsce za rok, może za pół roku, może jutro? Tessa prawie nie wstaje z łóżka. Niewiele rozmawia z ludźmi. Spotyka się tylko ze swoją szkolną przyjaciółką Zoey, a nawet ona odwiedza ją rzadziej niż dawniej. Matka wyprowadziła się lata temu, odwiedzają ją z bratem tylko w wyznaczonych terminach. Pozostałą część miesiąca spędzają z ojcem, który robi wszystko, by Tessa żyła jak najdłużej. Konwencjonalne metody zawiodły już dawno, teraz przyszedł czas na te mniej popularne, i zdecydowanie mniej dotowane. Specjalna dieta? Zioła? Ojciec nic więcej nie może zaproponować swojej umierającej córeczce. Ta jednak ma dla siebie nieco inny plan. Już od jakiegoś czasu nosi się z zamiarem jego wcielenia w życie. Ułożyła listę rzeczy, które chce zrobić nim przyjdzie na nią czas. Na pierwszy ogień idzie seks. Dziewczyna czuje, że nie zostało jej dużo czasu, postanawia więc wziąć byka za rogi i… niezwłocznie udaje się na łowy. Jak zakończy się ta szalona wyprawa z Zoey? Czy Tessa pozna księcia z bajki, a może raczej przeżyje najgorszą noc w swoim życiu? Czy to możliwe, by ostatnie miesiące swojego życia szesnastolatka spędziła tak, jak to sobie wymarzyła? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy sięgnąć po najnowszą powieść Jenny Downham.

Jak już wcześniej wspomniałam, początkowo Zanim umrę mnie do siebie nie przekonało. Zupełnie. Chciałam odłożyć książkę i o niej zapomnieć. Nie chciałam więcej czytać o śmierci. Nie zrobiłam tego jednak i przeczytałam powieść do końca. A wtedy, na finiszu, nie było już ani zabawnie, ani pięknie, ani nawet ciekawie. Było przerażająco i dołująco. I bardzo prawdziwie. Może to śmiesznie brzmi, bo przecież nigdy nie umarłam. Wydaje mi się jednak, że tak to musi wyglądać. Śmierć przychodzi i zabiera nas po kawałku, każdego dnia jest nas mniej, aż w końcu otoczenie nas już w zasadzie nie zauważa. My je jeszcze tak. Wołamy, krzyczymy wręcz… Ale nikt nas nie słyszy, bo to wszystko odbywa się wewnątrz nas i nie dociera do tych, którzy są jeszcze blisko nas. A potem nie pozostaje już nic poza ciszą.

Nie popłakałam się, ale niewiele brakowało. Pewnie gdybym kończyła lekturę wieczorem, w łóżku, łzy byłyby bardziej oczywiste. Nie udało mi się jednak wieczorem książki skończyć, więc sam finał został mi na poranek. Wówczas już nie było to takie uderzające, wiedziałam co nadciąga.

Zanim umrę to dobra książka, przemyślana i mądra. Myślę, że jest to lektura dla każdego. Nie jest łatwa, nie jest również banalna. Jest trudna i przejmująca. I piękna. Polecam.

Sil


1) str. 287

Książkę otrzymałam od księgarni Matras

#matrasrecenzje

22 czerwca 2016

I jednorożce… ("Promyczek" Kim Holden)

"Promyczek" Kim Holden
wyd. Filia
rok: 2016
str. 592
Ocena: 5,5/6


Oj, nadenerwowałam się w trakcie lektury Promyczka – nadenerwowałam. Poważnie, kilka razy miałam nawet ochotę odłożyć tę książkę, dać sobie z nią spokój. I to zapewne z całkiem innych powodów, niż by się wam wydawało. Przez jakieś 30 procent czasu poświęconego powieści Kim Holden uważałam, że jest ona płytka i bardzo głupiutka. Dopiero później zaczęło się coś klarować, coś dobrego z tego wszystkiego wychodzić – a i tak dalej trudno mi było pojąć, dlaczego główna bohaterka zachowuje się tak, a nie inaczej. Dopiero potem… ale o tym, może później, a może wcale?

Katherine Sedgwick właśnie przeprowadziła się ze słonecznego i cudownego San Diego, do niewielkiej mieścinki zwanej Grant, znajdującej się gdzieś w Minnesocie. Jedno jest pewne, zimy w tym miejscu na pewno nie będą takie jak w jej rodzinnym mieście. Ale cóż zrobić, właśnie w Grant Kate ma zacząć studiować. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy plany Kate uległy radykalnej zmianie. Dziewczyna od początku to właśnie w Grant chciała się znaleźć, ale pierwotnie planowała studiować tu muzykę. Od dzieciństwa grała na skrzypcach i na studiach chciała rozwijać ten talent. Rok wcześniej dostała się na wymarzony kierunek i otrzymała pełne stypendium – niestety musiała zrezygnować z tego pomysłu. Rok później z dnia na dzień postanawia ponownie złożyć papiery, tym jednak razem na kierunek związany z nauczaniem. I tym razem szczęście jej sprzyja, dostaje się i otrzymuje stypendium, dzięki czemu niezwłocznie może się przeprowadzić i rozpocząć naukę. Kilka pierwszych nocy, jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego, Kate spędza u swojej niedawno odnalezionej ciotki. Na całe szczęście nie zaplanowała u niej dłuższego pobytu, bo jak się okazuje z ciotką, choć niewiele starszą od niej, nie najłatwiej się żyje. Na szczęście w Grant jest zupełnie inaczej. Już w pierwszych dniach Kate udaje się znaleźć idealną, miejscową kawiarenkę z pyszną czarną kawą, pracę w lokalnej kwiaciarni oraz poznać dość ekscentrycznych ludzi, którzy staną się dla niej nie tylko przyjaciółmi, ale w zasadzie rodziną. Do grona tych osób dość szybko dołączy Keller Banks, z którym Kate nie tylko będzie się przyjaźnić, ale i flirtować. Tylko – czy Kellerowi wystarczy niewinny flirt? Bo, jak wiadomo, Kate nie planuje z nikim się wiązać. Nie chce mieć chłopaka, nie szuka miłości na całe życie, nie ma zamiaru spędzać z żadnym facetem więcej niż jednej nocy. Keller może mieć jednak na ten temat nieco odmienne zdanie i postanowi przekonać do niego Kate. Czy mu się to uda? Czy dziewczyna postanowi otworzyć przed nim swoje serce? A jeśli tak, to czy przy okazji nie złamie serca Kellera?

Jak wspomniałam wcześniej, na początku Promyczek nie przekonał mnie do siebie. Czasami czułam w tej książce wręcz odrobinę zakłamania. Trudno mi było uwierzyć, że ktoś może być tak dobry, tak szczery, tak otwarty na ludzi i tak mało mściwy. A jednak – może. Może, jeśli okoliczności sprzyjają i jeśli ludzie wokół na to pozwalają. Bo czasem mają miejsce takie wydarzenia, które nie pozwalają dłużej trwać człowiekowi w przekonaniu, że wszystko będzie dobrze. I Kate też czasem dochodzi na skraj własnej wytrzymałości – gdy jednak się tam znajdzie, czytelnikowi dużo łatwiej się z nią utożsamić. Ja właśnie wtedy zaczęłam czuć tę powieść, zaczęłam rozumieć o co chodzi i modlić się, by autorka nie kończyła jej tak, jak myślałam, że ją skończy. Zaczęłam prosić o happy end, który nie do końca został mi dany. Ale czy to źle? By się tego dowiedzieć, będziecie musieli przekonać się samo. Ja mogę jedynie powiedzieć, że zdecydowanie polecam wam lekturę Promyczka.


Sil


7 czerwca 2016

Siedem minut ("Korona" Kiera Cass)

"Korona" Kiera Cass
Seria: Selekcja
Tom: 5
wyd. Jaguar
rok: 2016
str. 304
Ocena: 4,5/6


Wybieranie partnera na całe życie nigdy nie jest łatwe. Wiąże się z ważnymi i trudnymi decyzjami, powoduje, że zaczynamy rozważać różne alternatywy. Analizujemy każdy szczegół, a ostatecznie… zaczynamy się obawiać, że nigdy nie uda nam się podjąć właściwej decyzji. Może właściwe rozwiązanie nie istnieje? Albo jest całkowicie poza naszym zasięgiem? Co zrobimy, gdy znajdziemy się w sytuacji zdawałoby się, że bez wyjścia? Czy podejmiemy właściwą decyzję?

Eadlyn Schreave znalazła się w dość niekomfortowej sytuacji. W skutek nacisków zdecydowała się na rozpoczęcie Eliminacji, które zwykle dotyczą książąt, a nie księżniczek. Niestety, to posunięcie nie przyniosło spodziewanych rezultatów. Wręcz przeciwnie, złe nastroje wśród społeczeństwa jeszcze bardziej się nasiliły. Eady postanowiła więc nieco… przyspieszyć bieg spraw i zmniejsza grupę potencjalnych mężów do sześciu. Trudno stwierdzić, czym kierowała się przy ich wyborze, ale jedno jest pewne – to była jej decyzja, a oni są czymś w rodzaju jej drużyny marzeń. Kandydaci są bardzo różni od siebie i zdecydowanie różni od Eadlyn, ale w jakiś przedziwny, tajemniczy sposób – pasują do niej. Kile jest poważny i pragnący więcej niż wydaje mu się, że może mieć. Gunner miły. Ean spokojny i nieco wycofany. Hale utalentowany i pełen pasji. Fox jest radosny. A Henri – cóż, Henri i Erik (jego tłumacz) nieco się Eadlyn zmywają ze sobą, pewnie dlatego, że zawsze są ze sobą. Nie ma jednak innego wyboru, póki Henri nie nauczy się angielskiego nie ma szans na prywatną rozmowę. Księżniczce wydaje się, że ma jeszcze mnóstwo czasu na decyzję, że wszystko przed nią, że jeszcze zdąży się zakochać. Jak się jednak okazuje, nie jest łatwo wybrać idealnego partnera, tym bardziej, że czas, którego powinno być dużo, radykalnie się kurczy. Czy Eadlyn wybierze zgodnie z tym, co powie jej umysł, czy może zdecyduje się posłuchać serca? By się tego dowiedzieć koniecznie musicie sięgnąć po finał serii Selekcja, zatytułowany Korona.

Cała Selekcja była dla mnie ciekawym doświadczeniem literackim. Pierwsze trzy tomu były niezwykłe, bardzo wciągające, a czasami wręcz rzucające na kolana. Kolejne twa tomy to już inna bajka, nie mówię jednak, że zła. Poznajemy w niej historię córki bohaterów Rywalek. Opowieść jest wspaniała, ale już nie tak cudowna jak trzy pierwsze tomy. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że jestem bardzo zadowolona, że miałam możliwość ją poznać. Eadlyn tylko w niewielkim stopniu przypomina rodziców, więc i jej historia znacznie odbiega od opowieści o nich. Warto ją jednak poznać. Szczerze polecam.


Sil