Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kerstin Gier. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kerstin Gier. Pokaż wszystkie posty

17 czerwca 2012

Na zawsze składa się z wielu teraz… („Zieleń Szmaragdu” Kerstin Gier)


„Zieleń Szmaragdu” Kerstin Gier
seria: Trylogia czasu
wyd. Egmont
rok: 2012
str. 360
czas: 12:50:41
Ocena: 5,5/6


Pamiętam, jakby to było wczoraj, gdy skończyłam czytać Błękit Szafiru i zaczęłam chorować na Zieleń Szmaragdu. Na moje szczęście nie wzięłam się za czytanie tej serii wówczas, gdy stopniowo była ona wydawana przez wydawcę, tylko sporo później, kiedy już wszystkie części gościły na rynku i to w każdej możliwej formie. Dzięki temu w stosunkowo krótkim czasie od zakończenia Błękitu, mogłam przeczytać Zieleń. Przy czym ponownie „czytanie” należy wziąć w cudzysłów. W końcu to moje czytanie ograniczyło się do wysłuchania znakomicie przeczytanego przez panią Małgorzatę Lewińską tekstu. Abstrahując od sposobu w jaki „pochłonęłam” omawianą książkę, zaraz na wstępie chciałabym podzielić się z Wami pewnymi przemyśleniami. Już wielokrotnie w moich recenzjach wspominałam, jak negatywnie na odbiór danej pozycji literackiej, w moim odczuciu, wpływa wielkość czcionki zastosowanej przez wydawcę. Tym razem miałam przyjemność wysłuchać książki, nie mogę więc skrytykować czcionki. No bo jakim prawem? Ale podczas tworzenia metryczki recenzji zauważyłam pewną … że tak powiem, dysproporcję. Każda kolejna część Trylogii Czasu ma mniej więcej tę samą liczbę stron, ale czas, jaki pani Lewińska poświęciła na przeczytanie kolejnych tomów tego nie odzwierciedla. Następujące po sobie audiobooki są coraz dłuższe – od 8 godzin w przypadku Czerwieni Rubinu, przez 10 godzin Błękitu Szafiru, po niemal 13 godzin Zieleni Szmaragdu. A to wszystko zmieszczone w mniej więcej 360 stronach tekstu. W jaki sposób wydawcy udało się osiągnąć taki wynik? Chyba nie trzeba się długo zastanawiać, by to odgadnąć. Na szczęście mnie to tym razem nie przeszkadzało. Są to tylko takie luźne spostrzeżenia, w zasadzie związane z moim zliczaniem przeczytanych stron, które powoli przestaje mieć sens bo strona stronie nierówna. To tyle odnośnie moich dywagacji, przejdźmy do sedna sprawy, czyli samej recenzji książki.

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami… Nie nie, to nie tak miało być. Bo w przypadku Trylogii Czasu ten ostatni płynie w zupełnie innym tempie, a miejsce przestaje mieć znaczenie. Gdzie chcesz, tam się znajdujesz. Są tylko niewielkie ograniczenia, których przestrzeganie nie stanowi większego problemu dla Podróżników. Najważniejsza sprawa – nie należy zapominać o codziennej elapsji, czyli kontrolowanym przeskokom w przeszłość. Gdyby nie ona, Podróżnik nigdy nie wiedziałby, co go czeka i gdzie zaraz może zawitać. Czy przeszłe czasy będą przyjazne? Czy nie czai się w nich ktoś, komu życie osób posiadających gen podróży w czasie zawadza? Czy przypadkowy strój nie zdradzi innym kim są? Kiedy cała procedura odbywa się zgodnie z odgórnym protokołem, wszystko wydaje się o dużo prostsze i bezpieczniejsze. Kilka ustawień na chronometrze i już wiadomo, gdzie Gideon i Gwendolyn spędzą kilka następnych godzin. No właśnie, tylko czy ten czas spędzą wspólnie? W końcu nie układa się im najlepiej. Po ostatnich wydarzeniach Błękitu Szafiru zaufanie, które zaczynało ich łączyć, rozprysło się w drobny mak. Gideon spoglądając na dziewczynę widzi zdrajcę. Gwen spoglądając na chłopaka widzi przebiegłego samca, który nie zawaha się przed niczym, by osiągnąć sukces. Ona jest dla niego tylko jednym z punktów, który należy na tej ścieżce odhaczyć. Rozkochanie jej w sobie było tylko elementem dużo wcześniej ułożonego planu. W jaki więc sposób mogłaby mu ponownie zaufać? Jak mogłaby powiedzieć mu, czego i skąd się dowiedziała? Złamane serce nie pozwala jej na to, by ponownie się do niej zbliżył. Zresztą najwyraźniej i on postanowił zmienić taktykę i traktować ją co najwyżej jak dobrą przyjaciółkę. Niestety nie poprawia to relacji między nimi, wręcz przeciwnie. Tymczasem, dzięki pomocy zmarłego kilka lat wcześniej dziadka, Gwendolyn dowiaduje się coraz więcej o Strażnikach, o powodach Lucy i Paula do kradzieży przed laty chronometru i pobudkach kierujących hrabim Saint Germain. Czy dzięki tej wiedzy dziewczyna będzie bezpieczniejsza? A może sprowadzi sobie na głowę jeszcze większe kłopoty? Komu w tych trudnych dla siebie czasach może zaufać? Komu i czy w ogóle komukolwiek może zdradzić informacje, które pozyskała? Gdzie kryje się prawda? Czy to możliwe, by wszyscy od początku kłamali? A może ktoś, gdzieś u zarania podróży w czasie postanowił, że nikt poza nim nie powinien dowiedzieć się, czemu konkretnie wspomniane przenosiny w czasie służą? By się tego dowiedzieć, by poznać dalsze losy Gideona i Gwen, by przekonać się na własnej skórze, jak ta historia może się skończyć, koniecznie musicie przeczytać lub wysłuchać Zieleni Szmaragdu.

Przyznam szczerze, że odrobinę obawiałam się tej książki. Martwiłam się, że autorka nie da rady i obniży loty. Zadręczałam się, że będzie tak jak w przypadku wielu serii – im dalej tym gorzej. Wielkim więc zaskoczeniem dla mnie był fakt, że Zieleń nie tylko utrzymała poziom, ale dała mi nowe, nieznane dotychczas wrażenia, których zupełnie się po tej powieści nie spodziewałam. Choć akcja książki, a w zasadzie całej serii rozgrywa się w ciągu góra kilkunastu dni, to odnosi się wrażenie, że trwa ona o wiele dłużej. Każdy dzień wypełniony jest działaniem. Nie ma chwili wolnego czasu, nie ma możliwości zwolnienia i odsapnięcia. Czas na przemyślenia jest dla mięczaków. Tu trzeba działać bez zastanowienia. Często niestety takie działanie prowadzi bohaterów do ślepego zaułka, z którego trudno jest im się wydostać. Są w powieści momenty, w których odnosi się wrażenie, że gorzej już być nie może, że zaraz wszystko walnie i historia zakończy się. Jakimś jednak cudem z większości opresji zarówno Gwen jak i Gideonowi udaje się wyjść obronną ręką. W końcu jednak dochodzi do takiej sytuacji, z której najzwyczajniej w świecie wyjścia nie ma. Można umrzeć albo… umrzeć. Którą z opcji wybiorą nasi dzielni Podróżnicy? Gdzie doprowadzą ich własne decyzje? Czy to wszystko może się jeszcze dobrze skończyć? Ja już to wiem i nie żałuję ani minuty poświęconej na lekturę, a w zasadzie wysłuchanie ponownie znakomicie spisującej się w roli lektora Małgorzaty Lewińskiej. Zieleń Szmaragdu, tak samo jak Czerwień Rubinu i Błękit Szafiru warto poznać. Ta trylogia, choć skierowana raczej do młodego pokolenia, przypadnie do gustu i starszym czytelnikom. Myślę, że nawet osoby, które nie przepadają za wątkami paranormalnymi w literaturze znajdą w tym cyklu coś dla siebie. Został on zdecydowanie dobrze napisany. Polecam.

Za audiobooka dziękuję portalowi Duże Ka i Wydawnictwu Egmont

5 czerwca 2012

A z rubinowego serca kapią łzy… krwiste („Błękit Szafiru” Kerstin Gier)


„Błękit Szafiru” Kerstin Gier
seria: Trylogia Czasu
wyd. Egmont Polska
rok: 2011
str. 364
czas: 9:58:14
Ocena: 5,5/6


Muszę przyznać, że po przeczytaniu, a w zasadzie wysłuchaniu Czerwieniu Rubinu, cała się spięłam i sprężyłam, by jak najszybciej móc sięgnąć po kolejną część serii. Nie ma co ukrywać, Kerstin Gier zauroczyła mnie tym zdumiewającym wstępem do Trylogii czasu i sprawiła, że nie mogłam w spokoju czekać na możliwość zapoznania się Błękitem Szafiru. Jak zwykle odrobinę pokombinowałam, poprzestawiałam i pościeśniałam, dzięki czemu czas tej powieści nadszedł zdecydowanie szybciej, niż z logicznego punktu widzenia powinien. Teraz, gdy jestem już po „lekturze” tego audiobooka, gdy znam dalsze losy Gideona i Gwendolyn wiem, że nie wytrzymam długo i już wkrótce będę musiała zapoznać się z Zielenią Szmaragdu. Bo czytanie każdej części oddzielnie nie jest tym, czym być powinno. Osobno za szybko się kończą. Za dużo pytań zadają. Za mało wyjaśniają. Choć jeszcze nie znam Zieleni, wiem, że po jej przeczytaniu lub wysłuchaniu, będę cierpieć. Bo Szmaragd jest ostatnią częścią cyklu. Wraz z jego końcem skończy się niesamowita przygoda. Zakończenie zmusi mnie do pożegnania się z bohaterami, których w ciągu kilku dni pokochałam całym sercem. Czy dam radę się  z tym pogodzić? Jeszcze nie wiem, póki co pragnę przedstawić Wam relację z Błękitu Szafiru. Zapraszam.

Od wydarzeń kończących Czerwień Rubinu minęło zaledwie… kilka sekund. Aż trudno w to uwierzyć, ale przecież show must go on. Skoro Gwendolyn i Gideonowi przyświeca teraz jeden cel, i przez Lucy i Paul’a są w posiadaniu tylko jednego chronografu, nie mogą się od siebie uwolnić. Zresztą chyba nawet za bardzo tego nie chcą. Zdumiewające jest to, jak zmienia się nastrój między nimi. W jednej chwili skaczą sobie do oczu, myślą o sobie w najgorszy z możliwych sposobów, by po chwili… utonąć we własnych ramionach i zapomnieć o otaczającej ich rzeczywistości. Nigdy jednak nie zapominają na długo. W końcu każdy dzień przynosi konieczność wykonania kolejnego przeskoku w przeszłość. Tylko od nich zależy, czy będą to kontrolować, czy też ich ciała rzucone zostaną na pastwę losu, a w zasadzie czasu i lądować będą w nieznanej sobie i nikomu innemu czasoprzestrzeni. Z tego też powodu rozpoczynają codzienne poddawanie się kontrolowanym przerzutom do bezpiecznych, zamierzchłych okresów, gdzie uczą się i poznają siebie nawzajem. Niestety takie spokojne „przenosiny” dość szybko się kończą. Okazuje się, że jeden z przodków Gideona, założyciel Strażnicy, pierwszy podróżnik w czasie, hrabia Saint Germain, chce się z nimi niezwłocznie spotkać. Ustala termin i okazję. Z tego właśnie powodu wydarzenia mające miejsce w życiu Gwen nabierają jeszcze większego rozpędu. W ciągu kilku dni powinna przyswoić wiedzę, która standardowo osobie obdarzonej genem umożliwiającym przenoszenie się w czasie, przekazywana jest przez lata. Musi nauczyć się odpowiedniego do danej epoki zachowania, języka, tańca. Sprawy nie ułatwia fakt, że to wszystko przekazać jej ma znienawidzona kuzynka Charlotta, która pierwotnie podejrzewana była o posiadanie genu, w związku z czym przeszła odpowiednie szkolenie. Jak zakończą się te przygotowania? Czy Gwendolyn uda się pojąć wszystko w odpowiednio krótkim czasie? Co wydarzy się między nią a Gideonem? Jak potoczy się ich przyszłości a w zasadzie… przeszłość? Kogo spotkają? Na kogo natkną się w przeszłości? Kto pokrzyżuje im szyki, a kto poda pomocną dłoń? Kto jest przyjacielem, a kto wrogiem? Komu można zaufać? I czy w ogóle komukolwiek można? By się tego dowiedzieć koniecznie musicie przeczytać Błękit Szmaragdu.

Jak wspomniałam już wcześniej – jestem zauroczona tą serią. Choć wiem, że jest ona skierowana przede wszystkim do młodego czytelnika, to i osoba starsza znajdzie w niej wiele dla siebie. Mój audiobook wysłuchałam w niesamowicie krótkim czasie. Nawet nie wiem, kiedy minęło tych dziesięć godzin. Słuchałam, i po raz pierwszy od dawna żałowałam, że audiobook jest taki krótki. Nie myślałam, że to aż 10 godzin, wciąż powracała do mnie myśl, że książka zaraz się skończy. I co wówczas? Gdy usłyszałam ostatnie słowa wypowiedziane przez Małgorzatę Lewińską zachciało mi się płakać. Stało się to, czego spodziewałam się już wcześniej. Poczułam wszechogarniający niedosyt i potrzebę zapoznania się z Zielenią Szmaragdu. Do tego autorka zawarła w ostatnich słowach Epilogu zagadkę, której w żaden sposób nie jestem w stanie rozwiązać. To dodatkowo motywuje mnie do zabrania się czym prędzej za kolejną część serii. Nie wiem, czy długo wytrzymam w niepewności co do tego, co wydarzy się dalej. Jeśli chodzi o lektora audiobooka, nie mam mu absolutnie nic do zarzucenia. Pani Lewińska czyta płynnie i wyraźnie, cudownie moduluje głos, nadając każdej postaci własnego, unikalnego charakteru. Bardzo dobrze mi się jej słuchało i na pewno sięgnę po kolejne powieści przez nią przeczytane. Samej książce nie mam absolutnie nic do zarzucenia. Historia nie jest tandetna, ani oklepana. Od samych podróży w czasie wieje świeżością i czymś nieznanym. Nastolatki zachowują się tak, jak na nastolatki przystało. Choć słuchając, jak zachowuje się Gwen czułam czasem zażenowanie, to równocześnie zdawałam sobie sprawę, że gdyby postępowała inaczej, uważałabym to za sztuczne i mało wiarygodne. Bardzo wysoko oceniam tę książkę i polecam ją z całego serca każdemu czytelnikowi – zdecydowanie warto przeczytać lub wysłuchać.

Za książkę dziękuję portalowi Duże Ka

22 maja 2012

Czasem… („Czerwień rubinu” Kerstin Gier)


„Czerwień rubinu” Kerstin Gier
wyd. Egmont
seria: Trylogia czasu
rok: 2011
str. 344
czas:  8:18:14
Ocena: 5/6 


Czy zastanawialiście się kiedyś, jakby to było podróżować w czasie? Gdzie byście się przenieśli? Co zobaczyli? Kogo poznali? Co zmienili? Czy w ogóle mielibyście ochotę zmienić czas i znaleźć się nagle, z chwili na chwilę, w zupełnie innej rzeczywistości? Co by było, gdyby okazało się, że poruszanie się między poszczególnymi latami nie jest zbytnio skomplikowane, że jesteśmy w stanie to uczynić? Jak i czy, zmieniłby się nasz świat? Jeśli chcecie się dowiedzieć koniecznie sięgnijcie po Czerwień rubinu, a wcześniej zapoznajcie się z poniższa recenzją.

Gwendolyn Shepherd, szesnastoletnia, a w zasadzie szesnasto i pół roczna Angielka, żyje w dość… nietypowej rodzinie. Na co dzień chodzi do szkoły, spotyka się ze swoją szkolną przyjaciółką Leslie i stara się być maksymalnie normalną nastolatką. Na staraniach jednak poprzestaje. Bo przecież do wspomnianej „typowości” bardzo jej daleko. Nie każdy na korytarzach, ulicach i w pomieszczeniach spotyka duchy. Nie każdy żyje z ludźmi, których podstawowym tematem do rozmów jest gen podróży w czasie i jego nosicielka – uwielbiana przez wszystkich, noszona na piedestałach, kuzynka Gwendolyn – Charlotta. Choć dziewczyny różnią się niczym dzień i noc, mają ze sobą bardzo wiele wspólnego. Nie tylko pochodzą z tej samej rodziny, nie tylko dzielą dach, bo mieszkają w tej samej posiadłości, to jeszcze urodziły się niemal w tym samym dniu. To właśnie dzień narodzin dziecka przeświadcza o tym, czy będzie ono owym posiadaczem genu, czy też stanie się przeciętnym zjadaczem chleba. Niby tak niewiele, kilka godzin, a taka różnica. W końcu 8 października, to nie 7, prawda? No chyba, że… nie, tego Wam nie zdradzę. W każdym razie cała rodzina już od dłuższego czasu żmudnie wypatruje u Charlotte objawów mających świadczyć o tym, że nadchodzi jej pierwsze przeniesienie w przeszłość. Wszyscy uczuleni zostali na tę okoliczność i wiedzą, jaka rola została im w związku z tym przypisana. Ze względu na fakt, iż dziewczęta uczęszczają do jednej szkoły oraz jednej klasy, w trakcie nauki największy ciężar spoczywa na barkach głównej bohaterki, której niańczenie kuzynki wcale się nie uśmiecha. Ale cóż począć? Nie mając innego wyjścia Gwendolyn obserwuje codziennie Charlotte i wyczekuje, aż dziewczynie zrobi się niedobrze. Bo to właśnie mdłości zwiastują rychłe przeniesienie się w czasie. I w końcu nadchodzi ten dzień, w którym nastolatka słabnie i informuje kuzynkę, że to już – jest jej niedobrze i czym prędzej muszą udać się do domu. Bez zbędnej zwłoki obie opuszczają więc bramy szkoły i, wyjątkowo na piechotę, udają się do rodzinnej posiadłości. Niestety do przenosin nie dochodzi ani w drodze do domu, ani później tego dnia. Choć to może źle powiedziane, bo co prawda Charlotte nigdzie się w tym czasie nie udała, ale za to Gwendolyn… cóż, młodsza z kuzynek, ta która teoretycznie w żaden sposób przenieść się nie powinna, niespodziewanie co i rusz zmienia miejsca, a w zasadzie czas pobytu w danym miejscu. Dlaczego? Co takiego się wydarzyło, że los spłatał rodzinie dziewcząt takiego figla? Czyżby obie kuzynki zostały wyposażone w gen podróży w czasie? Czy to możliwe? A może przed laty wydarzyło się coś, co zmieniło życia obu nastolatek? Może słynny Isaac Newton pomylił się w obliczeniach? Może to nie 7-go października miało narodzić się to wyjątkowe dziecko? Może… a może nikt się nie pomylił? Cóż, żeby dowiedzieć się, co rzeczywiście miało miejsce, koniecznie musicie przeczytać pierwszą cześć Trylogii czasu, autorstwa Kerstin Gier.

Przyznam szczerze, że choć lubię książki paranormalne, to do tej akurat podchodziłam z początku dość sceptycznie. Dlaczego? Z tego najprostszego powodu, iż nie pociąga mnie ostatnimi czasy rozpoczynanie nowych serii. To zawsze wiąże się albo z zawodem (ciągnięcie historii przez kilka kolejnych części zwykle okazuje się nieciekawe), albo wręcz przeciwnie, z zafascynowaniem. To ostatnie jest o tyle niebezpiecznie, iż przywiązuje czytelnika. Zmusza go do zaopatrywania się w kolejne tomy, do wypatrywania informacji o następnych częściach, wczytywania się w nowinki i śledzenia losów bohaterów. Serie uzależniają i sprawiają, że czytelnik robi się bezbronny w obliczu braku kolejnej części danej historii w domowej biblioteczce. Moje szczęście w nieszczęściu w tym wypadku polega na tym, że książka strasznie mi się spodobała i już wiem, że zaliczyć mogę się do tej drugiej grupy. Zdecydowanie na plus jest również fakt, że wraz z pierwszą częścią książki (a w zasadzie audiobooka, bo to właśnie w takowy zostałam zaopatrzona), otrzymałam drugą. Mogę więc już wkrótce poznać dalsze losy Gwendolyn i dowiedzieć się, jak też potoczyło się jej życie. Moje nieszczęście tkwi w fakcie, iż trzeciej części w mojej biblioteczce  brakuje. Mam jednak nadzieję, że już wkrótce ją otrzymam J. Całość wciąga już od pierwszej linijki tekstu a w moim wypadku od pierwszych usłyszanych słów. Jak zwykle w przypadku audiobooka przekonałam się o tym, że słuchać go można jedynie pod warunkiem, że od razu przyspieszę go przynajmniej o 50 procent. Na początek. Mój mózg jakoś nie chce działać na wolniejszych obrotach. Bardzo polubiłam wykreowanych przez autorkę bohaterów. Oczywiście są i tacy, którzy od samego początku działają mi na nerwy, nie odnoszę jednak wrażenia, że nie powinni znaleźć się w danej powieści. Wręcz przeciwnie, bez względu na to, że za nimi nie przepadam, uważam, że i oni tworzą klimat tej książki, którą słuchałam dziś cały dzień jak zaczarowana. Powieść przeczytała Małgorzata Lewińska i muszę przyznać, że wyszło jej to niesamowicie. Miejscami odnosiłam wręcz wrażenie, że całość czyta kilka osób, wyraźnie wyczuwałam podział na rolę i nie miałam problemu z rozróżnieniem kto w danej chwili się wypowiada. Niestety ponownie zawiodłam się na samej formie wydania audiobooka. Wychodzę z założenia, że każda forma książki rządzi się swoimi prawami, ale i czytelnik ma jakieś prawa. Z tego co wiem, powieść zawiera na końcu spis, kto kim jest. W audiobooku tego zabrakło, a akurat w tej formie przekazu niezmiernie taka lista by się przydała. Skoro już została stworzona, to czemu nikt nie pomyślał, by dołożyć taką książeczkę do wersji audio? Przykre. Poza tym nie mam do więcej zarzutów (a ten jedyny, który mam odnosić się stricte do formy wydania a nie samej książki). Już nie mogę się doczekać, aż przeczytam (usłyszę) kolejną cześć serii, która zdecydowanie przypadła mi do gustu. Książka nadaje się zarówno dla młodych jak i trochę starszych czytelników. Fascynująca i pouczająca. Warta czasu, który należy na nią poświęcić. Polecam.

Za książkę, a w zasadzie audiobook, dziękuję Portalowi Duże Ka