Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2012. Pokaż wszystkie posty

21 października 2014

Sprawy do załatwienia („Sejf” Tomasz Sekielski)

„Sejf” Tomasz Sekielski
wyd. Rebis
rok: 2012
str. 344
Ocena: 5/6


Tomasza Sekielskiego chyba każdy kojarzy. To reporter, dziennikarz śledczy i dokumentalista. Mnie najlepiej zapadł w głowie dzięki programowi telewizyjnemu Teraz My, prowadzonemu razem z Andrzejem Morozowskim. To było już ładnych kilka lat temu, a jednak wciąż mam go w pamięci. Gdy okazało się, że Tomasz Sekielski napisał powieść sensacyjną, byłam bardzo podekscytowana. Niestety, z wielu powodów było mi z Sejfem nie po drodze. Na szczęście w końcu udało mi się po nią sięgnąć, a teraz mogę podzielić się z wami moimi wrażeniami.

Artur Solski jest, delikatnie mówiąc, poirytowany. Udało mu się zrobić świetny materiał o przekręcie mającym miejsce w trakcie prywatyzacji PZU. Niestety, jego szef nie jest tą sprawą zainteresowany. Przecież widzów nie interesują afery gospodarcze. Ma być prosta story, dziennikarz ma grać na emocjach, bo to się najlepiej sprzedaje. Liczy się oglądalność. Telewizja jest dla mas, a masy chcą taniej sensacji, skandalu, seksu i krwi. Cóż, w zasadzie trudno w takiej sytuacji dziwić się Arturowi Solskiemu, że był zdenerwowany. A oliwy do ognia dolał jeszcze jego szef, wysyłając go na Podlasie, by zrobił ładny obrazek o tamtejszych szeptuchach. No, teraz to można powiedzieć, że Ludwik Tokarczyk och... nie, nie. Nie powtórzę za jednym z głównych bohaterów. Ale zdecydowanie się z nim zgadzam. Nie zmienia to jednak faktu, że Artur nie miał wyboru, musiał zapakować swoje cztery litery do samochodu i razem z kamerzystą Wojtkiem Kowalem udać się niemal na koniec świata. Po drodze dzieje się jednak coś, czego żaden z nich nie brał pod uwagę, mianowicie zostają zatrzymani przez policję i przez zupełny przypadek trafia się im perełka. Wydarzenie, o którym nikt nie wie. Miejsce zbrodni, które mogą odwiedzić jako pierwsza ekipa telewizyjna. Przed TVN i Polsatem. Nawet przed TVP. Z takiej okazji po prostu nie mogą zrezygnować. Zarzucają więc swoje plany i udają się do Koterki, gdzie w stawie przy cerkwi znaleziono trupa bez twarzy. Czyżby jakieś satanistyczne obrządki? A może porachunki mafijne? A może... Niestety tego zdradzić wam nie mogę. Żeby się dowiedzieć, jak potoczą się losy zbuntowanego i rozchwianego emocjonalnie dziennikarza, koniecznie musicie sięgnąć po Sejf Tomasza Sekielskiego.

Jedno jest pewne - nic, co zostało przytoczone w tej powieści, nie znalazło się w niej przez przypadek. Każdy detal, każdy szczegół został przemyślany, dopracowany i dopieszczony. Początkowo nic się z sobą nie łączy. Prologiem autor wprowadza nas w tragiczną informację o śmierci jednego z polskich żołnierzy. Później poznajemy zakręconego dziennikarza, a jeszcze dalej zaprezentowany zostaje czytelnikowi nieszczędzący sobie trunku młodszy inspektor Waldemar Darski. To oczywiście nie koniec, bo z każdym kolejnym rozdziałem plejada bohaterów rozrasta się i rozrasta. Co mniej uważny czytelnik nie będzie miał problemu w pogubieniu się w zagmatwanej fabule. I tylko jakiś cichy głosik w tle mówić będzie, że coś tutaj ewidentnie śmierdzi. Coś jest na rzeczy. Coś z czymś się łączy. A gdy w końcu zrozumie, gdy dotrze do niego o co chodzi... trudno będzie się otrząsnąć i pojąć, jak to jest możliwe.

Nie będę tu prawić, że jest to najlepsza książka, jaką w życiu przeczytałam. Bo nie jest. Ale ma w sobie coś intrygującego, pociągającego i uniemożliwiającego oderwanie się od niej. Czyta się ją nie tylko bardzo dobrze, ale i z wielkim zainteresowaniem. Miejscami jest komiczna, kiedy indziej dramatyczna. Ale bez względu na to, przez cały czas jest to znakomity thriller, trzymający w napięciu, aż do ostatnich przeczytanych zdań. I tak, jak przez cały Sejf czytelnik musi się zastanawiać, jak połączyć wszystkie nitki porozrzucane przez autora, tak na samym końcu musi odgadnąć, co tak naprawdę się wydarzyło i dlaczego skończyło się tak, a nie inaczej.

Jak już wcześniej wspomniałam, książkę czyta się rewelacyjnie. Już więc się cieszę, na druga powieść tego autora, czyli Obraz kontrolny. Co więcej, już wkrótce w księgarniach pojawi się trzecia część serii Sejf- Gniazdo kruka. Mam nadzieję, że pozostałe części serii będą równie dobre, jak nie lepsze od pierwszej. Polecam z czystym sumieniem.


Sil

Baza recenzji Syndykatu ZwB

3 października 2014

Basia i kolory (Basia, Łap kolory)

Basia, Łap kolory
wyd. Egmont
rok: 2012
Ocena: 5/6


Dotarł do nas zestaw dwóch ładnie wydanych książeczek i... pudełka. Misiek natychmiast porwał książeczki i koniecznie chciał, żeby mu je przeczytać przed snem. Tak też się stało. Historie o Basi, która uczyła się wartości pieniędzy w czasie zakupów oraz tańca(?), bardzo się Miśkowi spodobały. Po dokładniejszej analizie okazało się, że są to tylko dwie, z całej serii książek dla dzieci. Twarda oprawa, duże litery i kredowy papier, na którym ładną kreską zwizualizowano treść opowiadania, to zdecydowane atuty historii z życia Basi i jej rodzinki. W treści można znaleźć bardzo współczesne i naturalne słownictwo - takie, jakie na co dzień słyszymy w rozmowach.


A pudełko czekało.


Kilka dni później Misiek zapytał o zawartość pudełka na szafie. No cóż, trzeba sprawdzić, co jest sensem niniejszej recenzji. Uwagę dziecka przykuła przede wszystkim wszędobylska Basia. W końcu to z Nią dzieci będą poznawać kolory. No właśnie... poznawać kolory? Po otwarciu pudełka i rozpakowaniu wszystkich elementów okazało się, że kolorów nie ma zbyt wiele... Zielony, biały, niebieski, żółty... Podstawa, którą de facto każdy przeciętny adresat tej gry już zna. O co więc chodzi? W pierwszej kolejności o dopasowanie par. Par, które z jednej strony są czarno-białe, a dopiero po odkryciu pokazują swoją rzeczywistą kolorystykę. Gra trochę stereotypowo (ale to raczej zaleta, niż wada) uczy, gdzie w przyrodzie można spotkać odpowiednie kolory. Zielone drzewo, czerwony rak, biały bałwanek - to tylko kilka przykładów par obiekt-kolor. W czym tkwi więc siła gry? W strategii.


Pora opisać samą grę. W pudełku znajdziemy 40 kart postaci (po 10 dla gracza), 50 obrazków (białe, czarne, czerwone, zielone, żółte) oraz 12 kart Basi (z piłkami w różnych kolorach: 2x5 kolorów oraz 2 wielokolorowe). Pierwszy wariant gry (prostszy), polega na zdobyciu jak największej liczby obrazków. Gra trwa 10 rund (w tym wariancie nie biorą udziału karty wielokolorowe): karty Basi wyznaczają w każdej rundzie aktywny kolor, w jakim obrazki trzeba „zamawiać” żetonami graczy. Z całej gamy obrazków na stole wyłożonych jest 16 (w kwadracie 4x4) i tylko spośród nich należy wybierać właściwe. Zarezerwowane obrazki (właściwy kolor obrazka i odpowiednia karta postaci), można zabrać do siebie. Gra kończy się po dziesięciu rundach (gdy wyłożona zostanie ostatnia karta Basi z piłką). Pierwsza wersja gry pozwala ćwiczyć przede wszystkim refleks. Szybka rozgrywka (rzadko przekracza 15 minut zapowiedziane na pudełku), pozwala na rozegranie nawet kilkunastu partii w jedno popołudnie. Dolne ograniczenie wiekowe (pięć lat) jest umowne, ponieważ czasami nawet czterolatek poradzi sobie z podstawową rozgrywką. Młodsze dzieci mogą korzystać z obrazków i rozpoznawać dzięki nim zwierzęta, obiekty czy kolory. 
Wersja rozszerzona pozwala na wykorzystanie wszystkich kart Basi z piłką. Oprócz dziesięciu rund standardowych wprowadza ona również dwie rundy specjalne – z wielokolorowymi piłkami. Gracze biorą wtedy po dwa żetony w wybranym przez siebie kolorze i zajmują cały wiersz lub kolumnę (blokując przeciwległe końce żetonami postaci). Gracze zdobywają wszystkie żetony w linii, które są w wybranym przez nich kolorze. Małe urozmaicenie rozgrywki, które czyni ją bardziej nieobliczalną i wydłuża o kolejne kilkanaście minut.




Gramy w kolory? Gramy!


Gra „Basia, Łap kolory” i dwie książki z serii przygód o rezolutnej, ciekawej świata dziewczynce, spodobają się każdemu dziecku, które poznaje świat poprzez literaturę i zabawę. Spodoba się także rodzicom, bo nie ma nic lepszego, niż spędzanie czasu z dziećmi na zabawie i nauce.


Sławek


25 czerwca 2014

Pocałunek życia („Wieczna tęsknota” Elizabeth Chandler)

„Wieczna tęsknota” Elizabeth Chandler
seria: Pocałunek anioła
wyd. Dolnośląskie
rok: 2012
str. 264
Ocena: 4/6






And we don't want to go outside tonight
And in a pipe we fly to the Motherland
Or sell love to another man
It's too cold outside
For angels to fly
Angels to fly
To fly, fly
For angels to fly, to fly, to fly
Or angels to die*

Anioły, to takie niesamowite istoty, prawda? Potrafią ocalić ludzkie życie, a ponadto komunikować się wszelkimi stworzeniami. Jednak… Co będzie, kiedy nasze anioły odejdą? Kiedy nie będziemy czuć już ich obecności, ani nie będziemy mogli usłyszeć ich szeptu w naszych głowach? Takie właśnie pytania zadawała sobie Ivy pod koniec Bratnich dusz. Szczerze mówiąc ja też je zadawałam. Nie potrafiłam wyobrazić sobie, kto teraz będzie chronił dziewczynę, ale… w końcu była już bezpieczna. W końcu jej oprawca zginął. Jednak Ivy znalazła zastępcę Tristana – Willa, który obiecał chronić ją przed wszelkimi niedogodnościami, ale czy wytrwa w swojej obietnicy?

Kolejne lato. Tym razem bez szalonych pościgów, ani tajemniczych zabójstw. Ivy wraz z Willem, Beth, Dhanyą oraz Kelsey, wybrali się na Cape Cod, aby pomagać ciotce Cindy w prowadzeniu ośrodka turystycznego. Cała piątka świetnie się bawi, oczywiście, tylko wtedy, kiedy nie muszą pracować. Chodzą na imprezy, opalają się na plaży… Wywołują duchy… To ostatnie ściąga na nich problemy, ponieważ Kelsey zupełnie „niechcący” otworzyła portal do świata żywych Gregory’emu.
Na początku nic się nie dzieje, wszystko ma swój stały bieg. Panuje ta sama, dobra rutyna.
Jednak pewnej nocy, gdy Kelsey i Dhanya są na imprezie, zbyt pijane na to, żeby samodzielnie wrócić do domu, Ivy i Beth muszą po nie pojechać. Pech jednak chciał, iż dziewczęta większość drogi musiały pokonać poprzez las, w którym nie było żadnego oświetlenia. Obie były przerażone wizją samotnego pobytu w lesie, aż tu nagle, zza zakrętu wyjeżdża duży, terenowy samochód. Chociaż… stwierdzenie „wyjeżdża” jest za mocnym słowem. Samochód raczej wyskakuje na drogę, trącając przy tym gałęzie drzew. Ivy chcąc uniknąć poważnego wypadku gwałtownie skręca w lewo. Niestety jej ruch okazał się tragiczny w skutkach, ponieważ dziewczyna zderzyła się z drzewem. Przez chwilę miała wrażenie, że unosi się w powietrzu, aż w końcu usłyszała coś… a dokładniej kogoś. Tristan przemówił do niej i wtedy Ivy zrozumiała, że… nie żyje. Ten stan nie trwał jednak długo, gdyż już po chwili, a przynajmniej tak jej się zdawało, obudziła się w swoim ciele… w szpitalu. Od przystojnego pielęgniarza dowiaduję się, iż miała ogromne szczęście, bo przeżycie takiego wypadku nie jest możliwe. I wtedy dziewczyna dodaje dwa do dwóch i dochodzi do wniosku, że to Tristan. To on ją uratował, dając jej pocałunek życia Po kilku dniach, kiedy wraz ze swoimi koleżankami siedzą na szpitalnej werandzie, Ivy poznaje tajemniczego chłopaka, który jest dla niej bardzo oschły. Kim jest tajemniczy Guy? Czy Tristan powróci? Jak ułożą się sprawy między Ivy a Willem? Czy dziewczyna znów odzyska spokój ducha, który utraciła wraz z odejściem jej ukochanego? Ja Wam tego nie zdradzę, lecz dowiecie się tych wszystkich rzeczy czytając Wieczną tęsknotę.

Powiem tak, szału nie ma, a staniki nie latają. Ta część nie zrobiła na mnie większego znaczenia. W niektórych momentach byłam wręcz znudzona. Niewiele się tutaj dzieje. Dowiadujemy się o kilku kłótniach między przyjaciółkami i czytamy o rozterkach miłosnych Ivy. Jednak… podoba mi się postać Guy’a. Lubię osoby tajemnicze, takie, z których nie wyciągniemy łatwo informacji. Natomiast Ivy… chyba przestałam ją lubić. Jakim cudem osiemnastoletnia dziewczyna wierzy w każdą opowiedzianą jej bajeczkę?! No jak, ja się pytam?! Rozumiem, że nie pozbierała się jeszcze po śmierci Tristana, ale bez przesady. Ma, do jasnej ciasnej, Willa, który kocha ją równie mocno, jak ona kocha swojego Anioła, a mimo to odtrąca go. Odtrąca również swoją najlepszą przyjaciółkę. O, nie, takich zachowań to ja nie toleruję.

Podsumowując. Książka… Nie wiem sama…. Może powiem tak: polecam ją osobom z wielkimi zasobami cierpliwości (których ja niestety nie posiadam), takim, które lubią przesłodzone sceny, w których co pięć sekund padają słowa „kocham cię”. Nie polecam jej osobom, które są przeciwnościami tego, co wymieniałam przed chwilą. Ja jestem pomiędzy. Nie mam cierpliwości do osób takich jak Ivy, jednakże uwielbiam scenki z wyznawaniem miłości. Mam wówczas po prostu ochotę się rozpłynąć. Ale najlepiej chyba będzie, jeśli powiem, że sami powinniście się przekonać, czy warto te książkę przeczytać czy nie. Bo, jak wiadomo, zdania są podzielone :D


A to ja wychodząca w piątek ze szkoły :D

*Ed Sheeran – The A Team


Vic:D

19 marca 2014

Spisek (prawie) doskonały („Bratnie dusze” Elizabeth Chandler)

I dziś kolejna recenzja w wykonaniu mojej "malutkiej" siostrzyczki. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu. Mnie ostatnio na blogu nieco mniej, ale obiecuję, że odbiję się od dna. Poważnie :) 

„Bratnie dusze” Elizabeth Chandler
wyd. Dolnośląskie
rok: 2012
str. 254
Ocena: 5,5/6


Każdy spiskuje, prawda? Jedni mniej, drudzy więcej. Są też ludzie, którzy bardzo mocno chcą ukryć swoje knowania pod maską miłego i przyjaznego dla otoczenia człowieka. Jak zapewne już zdążyliście zauważyć, taki właśnie był Gregory. Udawał kochającego syna i przyrodniego brata. A tak naprawdę wyrządzał ludziom, a w szczególności Ivy, wiele złego.

Po ostatnich wydarzeniach każdy uważa Ivy za wariatkę. No, bo przecież kto normalny rzuca się pod pociąg? No właśnie - nikt. I nikt też nie chce uwierzyć nastolatce, że ktoś odurzył ją narkotykami, a następnie wepchnął pod pędzącą maszynę. Na szczęście w pobliżu był Philip kierowany przez Tristana i w porę odciągnął dziewczynę od torów. Po tym incydencie stało się coś zaskakującego. Ivy znowu uwierzyła w anioły. Żeby było tego mało, dziewczyna mogła porozumiewać się z Tristanem, za którym tak bardzo tęskniła. Anioł opowiedział jej o wszystkim czego się dowiedział. Powiedzieć, że nastolatka była wstrząśnięta, to byłoby za mało.

Pewnego dnia, podczas lunchu w szkolnej stołówce, do Ivy podchodzi Eroc – najlepszy przyjaciel Gregory’ego – mówiąc, że muszą porozmawiać. Oboje umawiają się na popołudnie przy starych mostach kolejowych. Beth wraz z Willem odradzają dziewczynie tego spotkania. Wychodzą z założenia, że skoro Eric naprawdę chce z nią porozmawiać, to znajdzie na to inny sposób. Na początku Ivy słucha przyjaciół, lecz w ostatniej chwili zmienia zdanie. Jedzie na miejsce, lecz to co tam znajduje, przeraża ją bez reszty. W starym samochodzie, przy którym umówiła się z Ericiem, znajduje go martwego. Kto zabił Erica? Czy Gregory ma coś z tym wspólnego? Dlaczego nikt nie chce wierzyć Ivy? Tych rzeczy, a także wielu innych, dowiecie się czytając Bratnie dusze Elizabeth Chandler.

Powiem tak…. Ta część jest, jak na razie, najbardziej wciągająca. Wiele intryg, dużo akcji. Coś, co niedźwiadki kochają najbardziej. Wywołuje w czytelniku ogrom emocji. Szkoda tylko, że to są one głównie bardzo przykre. Naprawdę bardzo rzadko zdarza się, żebym płakała podczas czytania. I co? I płakałam… wróć, ja ryczałam jak bóbr. Było mi naprawdę bardzo szkoda Ivy i podziwiam ją za to, że znalazła w sobie siłę do walki. Sama załamałabym się przy pierwszej lepszej okazji. Nie podobało mi się zachowanie członków rodziny dziewczyny. Każdy traktował ją, jakby rzeczywiście miała coś nie tak z głową. Pytam się dlaczego? Pomijając fakt narkotyków i próby samobójczej, poważnie nie rozumiem tego. Dziewczyna miała koszmary, które męczyły ją noc w noc i nikt nawet nie pomyślał o tym, żeby najzwyczajniej w świecie przyjść i ją przytulić. Każdy tylko cały czas wmawiał jej, że to z powodu jej choroby i, że na pewno niedługo z tego wyjdzie. W tym momencie nie zdziwiłabym się, gdyby na serio chciałaby się zabić.

Wow, zrobiło się smutno, ale nie martwcie się, zakończenie wcale takie nie jest. No, może z wyjątkiem jednej małej rzeczy, ale tego już Wam nie zdradzę. Można by pomyśleć, że to już koniec tej pięknej powieści o aniołach, lecz zapowiadają się jeszcze kolejne części, na które czekam z niecierpliwością. I czasami naprawdę żałuję tego, że tak bardzo zżywam się z postaciami, no ale cóż poradzić.

-Wcale nie byłem aż tak pijany!
-Stary, stanąłeś na środku trawnika, i sikając krzyczałeś, że jesteś spryskiwaczem!

Taki suchar na poprawę humoru :D Co ten Internet robi z ludźmi?!
 See ya!


Vic :D

http://likelipgloss.blogspot.com/
http://beautyandthebeast-fanfiction.blogspot.com/

17 marca 2014

Wierzysz w anioły? („Potęga miłości” Elizabeth Chandler)

A dziś dla odmiany recenzja mojej młodszej siostry, zapraszam do zapoznania się :) 

„Potęga miłości” Elizabeth Chandler
wyd. Dolnośląskie (Grupa Publicat)
rok: 2012
str. 214
Ocena: 5/6


Anioły… To takie piękne stworzenia, prawda? Niestety, tylko ci, którzy w nie wierzą, są w stanie je zobaczyć. Bez wiary nie jesteśmy w stanie zdziałać nic.

Ivy wierzyła. Wierzyła tak mocno, że była w stanie zobaczyć migoczącą poświatę swojego Anioła Stróża. Wierzyła, że to dzięki niemu nie utopiła się, gdy była mała. Niestety wszystko się zmieniło. Kiedy jej chłopak – Tristan, ginie w wypadku samochodowym, dziewczyna traci wiarę w swoje anioły, które teoretycznie mają ją chronić. Przestaje widzieć ich błyszczącą poświatę.

Po tragicznych wydarzeniach Tristan wraca na Ziemię w postaci anioła. Odkrywa, że wypadek nie był przypadkowy. Ktoś przeciął przewody hamulcowe w jego samochodzie, dlatego Ivy nie mogła wyhamować przed stojącym na drodze jeleniem. Dlatego też, wraz z pomocą Lacey, zaczyna węszyć i odnajdywać coraz więcej wskazówek.

W tym samym czasie Ivy w dzień udaje, że wszystko jest okay, natomiast w nocy nawiedzają ją koszmary, które „odgania” Gregory. Tak, dobrze czytacie - ten Gregory, który tak bardzo nienawidził główną bohaterkę. Po śmierci Tristana relacje obojga bardzo się zacieśniły. Można by nawet rzec, że poczuli coś do siebie. Niestety - to tylko pozory, ponieważ Ivy nadal kocha Tristana, a Gregory umawia się z Suzanne – najlepszą przyjaciółką Ivy.

Jest też Philip – młodszy brat dziewczyny, który również bardzo tęskni za Tristanem i jest pewien, że chłopak czuwa nad jego siostrą. Wierzy w anioły, dlatego też widzi błyszczącą poświatę towarzyszącą tym niesamowitym stworzeniom. Niestety, za każdym razem, gdy o nich wspomni jest karcony przez Ivy, która nawet nie chce myśleć o aniołach.

Ale, jak zapewne wszyscy wiecie, życie układa się zbyt pięknie, by mogło tak trwać wiecznie. Sprawy zaczynają się komplikować gdy dziewczyna słyszy rozmowę Gregory’ego z dilerem narkotyków. Co ukrywa Gregory? Czy Tristanowi uda się uratować swoją miłość? A może jednak zrobi to Gregory? Żeby się tego dowiedzieć, koniecznie musisz przeczytać Potęgę miłości!

Książka, tak samo jak wcześniejsza część, jest bardzo wciągająca. Akcja rozwija się szybko, ale wciąż jest jasna dla czytelnika. Autorka pokazuje nam dwa światy. Świat Ivy oraz świat Tristana. Oba są tak samo intrygujące. Nie wiem jak wy, ale ja zawsze bardzo wczuwam się w atmosferę, ba! Przeżywam wszystko, tak, jakbym to ja była bohaterką, dlatego też nie raz byłam bliska płaczu. Szczególnie, gdy czytałam o Tristanie. Czemu ja jestem taka emocjonalna?! Fuckin’ logic. Ale trzeba przyznać, że pisarka świetnie opisuje wszystkie przeżywane emocje. Koniec jest… ugh! Baaardzo zaskakujący, na szczęście to nie jest ostatnia część, i chwała Bogu za to.

Reasumując. Potęga miłości jest zdecydowanie godna polecenia. Dreszczyk emocji gwarantowany. Jeżeli ktoś zrobiłby na jej podstawie film, byłabym pierwszą osobą w kolejce po bilet.
Halo! Tu jestem! Ja też chcę sweet focię z reżyserem!

O ile książkę czytało mi się szybko, łatwo i przyjemnie, tak do recenzji zabrać się nie potrafiłam. Wyglądałam mniej więcej tak:


 Sylwia, zabiję cię kiedyś za poganianie mnie!

No, także tego.
„-Jack, nie! Nie skacz! Kocham cię, nie będę mogła żyć bez ciebie!
-Nie, Jannet, ja już tak dłużej nie potrafię. *skacze z mostu wprost do Tamizy*”

Tej pani już nie polewamy!
Nie przejmujcie się, ja tak zawsze….
See ya!


Vic 

14 marca 2014

Jak mus to mus („Biuro tajnych spraw. Kulisy Centralnego Biura Śledczego” Sylwester Latkowski, Piotr Pytlakowski)

Dziś do poczytania recenzja autorstwa Artura :) Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu - gdy czytałam ją po raz pierwszy - płakałam ze śmiechu. Wychodzę w niej na jakąś maniaczkę :)

„Biuro tajnych spraw. Kulisy Centralnego Biura Śledczego” Sylwester Latkowski, Piotr Pytlakowski
wyd. Czarna Owca
rok: 2012
str. 440
Ocena: 4/6


Do lektury tej książki nakłoniła mnie moja lepsza połowa. Obiecała, że będzie ciekawie, fajnie i na pewno dowiem się wielu fajnych rzeczy. W końcu tytuł Biuro Tajnych Spraw to pewnie coś tajnego będzie. Tylko popatrz kto to napisał. Sylwester Latkowski i Piotr Pytlakowski to wszechstronni ludzie, podejmujący trudne tematy codziennego życia. To dziennikarze śledczy pełną gębą, więc na 100% będzie to dobra książka. Ludzi nie znałem, nawet o nich nie słyszałem, zresztą jak o większości autorów. W ogóle z ludzi kultury to kojarzę jedynie Ibisza i niejaką Łoniewską. Zresztą popatrz jaka fajna okładka – małżonka kontynuuje. Pan w kasku, w goglach i z karabinem. Już nie chciałem przerywać jej monologu, jej akcji marketingowej, że na okładce osoba, zapewne policjant wyposażony jest w hełm taktyczny, a nie kask, oraz w ręku dzierży pistolet maszynowy, a nie karabin. Nie myślcie sobie, że jestem jakimś ekspertem od uzbrojenia, po prostu trochę gram w CoD i tym podobne. Ona kontynuowała dalej, no popatrz ona, znaczy się książka, nawet nie jest gruba. Przekartkowała szybko i mym oczom ukazały się pożółkłe kartki wypełnione po brzegi tekstem. No popatrz jednane 420 stron i na pewno są tak lubiane przez ciebie obrazki. W to ostatnie raczyłem powątpiewać. No i w końcu wyciągnęła ostatni argument – zatrzepotała rzęsami z miną kotka ze Shreka. Już wiedziałem, że tę batalię przegrałem i z nieskrywaną radością będę musiał czytał omawianą właśnie książkę.

Z uśmiechem otwieram lekturę, mijam z utęsknieniem okładkę, bo wiem, że to ostatnia ilustracja jaką ujrzę w ramach tej pozycji. No i co on ma za broń? Hm, może to MP5? Dobra, nie ważne, małżonka patrzy na mnie i widzi, że nie czytam. Mijają kolejne strony, już zdążyłem zapomnieć o okładce, bo książka okazuje się być wciągająca. Tak szybko tylko wprowadzę w temat, o czym jest to grube i pożółkłe tomiszcze. Otóż jest o powstawaniu i formowaniu CBŚ. O brutalnej walce policjantów z aferami - dużymi i małymi, z gangami, a przede wszystkim opowiada o konfliktach wewnątrz formacji mundurowej, jaką jest Policja. Natłok obowiązków i odpowiedzialność w połączeniu z konkurencją i wyścigiem szczurów sprawia, że nawet śmietanka policyjna w końcu ląduje na dnie, zapominana przez wszystkich. Właśnie o tym jest ta książka. Na kolejnych stronach dowiemy się jak rozbito największe gangi w Polsce, jak świat polityki miesza się ze światem przestępczym. Tu nie ma domysłów, tu dostajemy fakty w czystej postaci z pierwszej ręki, od ludzi którzy uczestniczyli w omawianych wydarzeniach. Nie tylko tych „dobrych”, ale także tych złych, którzy przeszli na dobrą stronę, oraz tych dobrych, ale napiętnowanych przez media. Przeczytamy o działaniach operacyjnych policji, w tym CBŚ, oraz o wszechobecnym alkoholu i pieniądzach. Biuro tajnych spraw uchyli rąbka tajemnicy o „slangu” policji, dowiemy się co to są Pezety, kto to jest operator i jak robi się kontrolowane zakupy. Autorzy zdecydowali się na bardzo dziwną oprawę. Ciężko mi wyjaśnić na czym polega ten chaos, to trzeba zobaczyć i przeczytać. Co jakiś czas czytamy te same rzeczy widziane oczami innych ludzi. Po prostu się w tym gubiłem i do końca lektury nie mogłem znaleźć klucza logicznego jakim Latkowski i Pytlakowski się kierowali. No, ale może to moje braki intelektualne dają o sobie znać.

Biorąc tę książkę do ręki nie spodziewajcie się wartkiej akcji i super sensacyjnej powieści, trzymającej w napięciu do ostatniej literki, tworzącej atmosferę, którą można ciąć nożem - to nie Lingas-Łoniewska. To literatura faktu, o bardzo aktualnym i interesującym temacie służb mundurowych i bardzo widowiskowej formacji CBŚ. Laicy dowiedzą się wielu ciekawych rzeczy, natomiast fachowcy po zakończeniu lektury na pewno powiedzą: przecież te wszystkie informacje są dostępne w mediach i interesujące są tylko wspominki policjantów. Jestem, znaczy byłem w pierwszej grupie, jednak teraz już jestem w tej drugiej. Nie wiem, czy ta recenzja kogokolwiek przekona lub zniechęci do tej książki. Jeśli macie siły i moc, albo zrozumiecie logiczny klucz autorów, to polecam z całej mocy i z całej siły, na pewno się nie zawiedziecie. Jeśli natomiast czytanie literatury faktu to dla was kara, to omijajcie tę książkę, no chyba, że interesuje wasz tytułowa formacja. 

Artur Borowski


10 lutego 2014

Wir („Gorączka 1” Dee Shulman)

„Gorączka 1” Dee Shulman
wyd. Egmont
rok: 2012
str. 432
Ocena: 5/6


Skąd się wziąłeś? Skąd wzięli się twoi znajomi, przyjaciele, rodzina? Gdzie podziewają się ci, którzy odeszli już z tego świata? Czy istnieje życie po życiu? Czy jest możliwe, że po śmierci zaczyna się coś więcej, coś o wiele istotniejszego? Czy jest furtka, umożliwiająca powrót i dalsze życie? A może nasza codzienność jest ułudą, może ten świat, który znamy wcale nie istnieje? Kim jesteś ty? Kim jestem ja?

Jest rok 2012. Szesnastoletnia Ewa Koretsky pochodzi z Yorku i wydawać by się mogło, że niczym nie różni się od swoich rówieśników. Jednak pierwsze wyrażenie nie zawsze jest właściwe. Często okazuje się, że ma ono niewiele wspólnego z rzeczywistością, że to tylko gra pozorów, do której nie ma sensu się przywiązywać. Ewa jest wybitnie inteligenta. Dlatego też ma taki problem ze szkołą, z jednej strony dyrekcja każdej kolejnej placówki nie posiada się wprost z radości, gdy podnosi im średnią. Z drugiej strony jej wiedza zdecydowanie przewyższa zasób informacji posiadanych przez najwybitniejszych nauczycieli danej szkoły. No i na domiar złego, Ewa ma niebywałą skłonność do nastawiania przeciw sobie rówieśników tej samej płci co ona. Ze względu na niebywałą urodę i wyjątkowe oddziaływanie na chłopców wszystkie dziewczyny traktują ją jak wroga numer jeden. Nie ma więc szans na zaprzyjaźnienie się z którąkolwiek z nich, a gdy tylko zaczyna się kumplować z jakimś chłopakiem, ten zaraz się w niej zakochuje. W pewnym momencie dziewczyna dochodzi więc do wniosku, że istnieje tylko jeden sposób na odmienienie choć części swojej egzystencji – musi zostać wyrzucona ze szkoły. Wagarowanie nie przynosi oczekiwanych skutków, postanawia więc zastosować broń większego kalibru.

Rok 152. Sethos Leontis jest jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym gladiatorem w Londinium. W każdej kolejnej walce na arenie udowadnia na co go stać i że warto w niego zainwestować. Dziewięć razy udało mu się już zdobyć wieniec laurowy i właśnie przygotowuje się do kolejnej, bardzo ważnej walki. Jego przeciwnikiem ma być Protix Canitis, potężny Gal nienawidzący zarówno Rzymian jak i Greków. W dzień przed tą walką Seth spotyka się w kibicującym mu ludem i spotyka ją – miłość swojego życia – Liwię, adoptowaną córkę Flawii i Domitusa  Natalisów. Niestety, dziewczyna jest zaręczona. Od tej chwili już nic nie jest takie jak wcześniej. Życie Setha zmienia się diametralnie, najpierw niemal ginie, a później jego życie traci sens.

Czy to możliwe, by Ewę i Setha coś łączyło? Czy dzielące ich lata, stulecia, ba – tysiąclecia w rzeczywistości nic nie znaczą? Czy miłość jest wieczna? Czy przetrwa wszystko? Czy odnajdzie się nawet w następnym wcieleniu? Czy możliwe są podróże w czasie? A może jedno tysiąclecie od drugiego dzieli zaledwie jeden krok? Jeśli chcecie poznać perypetie silnego, charyzmatycznego i walecznego Sethosa oraz pięknej, inteligentnej, ale niezrozumianej i niechcianej Ewy, koniecznie musicie sięgnąć po Gorączkę 1 autorstwa Dee Shulman.

Książka jest bardzo dobrze napisana a akcja sprawnie poprowadzona. Od początku czytelnik wciąga się w opisywane przez autorkę wydarzenia i za wszelką cenę chce się poznać dalsze perypetie głównych bohaterów. Postaci zbudowane przez Dee Shulman emanują jakąś wewnętrzną siłą i mimo ich niedoskonałości, tak przecież prawdziwej, naprawdę trudno ich nie lubić. I mam tu na myśli nie tylko bohaterów pierwszoplanowych, ale także, a może przede wszystkim, postaci poboczne, które w rzeczywistości tworzą tę powieść i sprawiają, że jest jeszcze lepsza.

Jedno jest pewne, zdecydowanie jest to kawał dobrej literatury i warto po Gorączkę 1 sięgnąć, bez względu na to, czy jest się w przedziale wiekowym sugerującym nastolatka, czy takim, sugerującym czytelnika bardziej obeznanego. Warto.


13 grudnia 2013

Polski Afganistan („Tropiąc Bin Ladena W Afgańskiej Matni 1997-2007” Aleksander Makowski)

„Tropiąc Bin Ladena W Afgańskiej Matni 1997-2007” Aleksander Makowski
wyd. Czarna owca
rok: 2012
str. 442
Ocena: 5/6


Książki bawią, czasem wzruszają, a niektóre z nich dają do myślenia. I w mojej opinii właśniee do tej ostatniej grupy należy pozycja Tropiąc Bin Ladena, która wyszła spod pióra, a raczej klawiatury Aleksandra Makowskiego. Kolejne strony przelatują przed oczami, by w końcu uświadomić czytelnikowi, że to już koniec. Autor przedstawia swoje służbowe (i nie tylko) wyprawy do Afganistanu, na przestrzeni 10 lat. Całość jest raczej utrzymana w luźnej konwencji, zawiera liczne anegdoty i opisy zabawnych sytuacji, ale na każdym kroku jest niesłychanie rzetelna. Liczne odniesienia literaturowe, nazwiska i fakty ze współczesnej historii potrafią przysporzyć zawrotów głowy. To jest oczywiście zaleta książki.

Już po kilku pierwszych stronach przekonałem się, że człowiek wyszkolony na dobrego szpiega pozostanie nim do końca swoich dni, niezależnie od tego czy weryfikacje dziejowe zakończyły się sukcesem, porażką, czy też zwolnieniem.

Kolejne wyprawy autora, jego przyjaciół oraz współpracowników (oficjalnych i mniej oficjalnych) do Afganistanu, pokazują jak zmieniała się tamtejsza rzeczywistość i stosunek do Polski i światowych mocarstw na przestrzeni lat. Polska głównie za sprawą „Alexa” i firmy, w której pracował, współpracowała gospodarczo i wywiadowczo z Sojuszem Północnym; od handlu szmaragdami przez sprzęt górniczy, po druk pieniędzy. Działalność wywiadowcza opierał się przede wszystkim na pozyskaniu dla Mosuda przychylności CIA i władz USA. Z czasem pozyskiwane informacje dotyczyły głównie aktualnej lokalizacji Bin Ladena i jego planów.

Kolejne przeczytane strony utwierdzały mnie w przekonaniu, że rzeczywiste działania CIA są zdecydowanie różne od tych, przedstawianych w filmach akcji. Biurokracja, rywalizacja, całkowity brak koordynacji działań i brak zdecydowania, to tylko nieliczne słowa, które opisują działanie największej agencji wywiadowczej świata. Szokujące jest to o tyle, że cała praca wywiadowcza „Alexa”, w tym ta dotycząca informacji o planowanych zamachach, przekazywanych do CIA, pozostawała bez echa i nie podjęto żadnych działań aby im zapobiec. Wszyscy dobrze wiemy czym się to skończyło 11 września 2001r.

Końcówka książki to gorzkie słowa na temat likwidacji WSI przez polskich polityków. Zawarte w raporcie informacje rozmontowały całą polską siatkę wywiadowcza w Afganistanie i działo się to w dodatku w przed dzień przyjazdu polskiego kontyngentu wojskowego. Wszystkie obietnice i gwarancje afgańskich władz o współpracy na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa polskim żołnierzom oraz wieloletnie działania operacyjne przepadły. Raport pogrążył polski wywiad i stał się doskonałym prezentem dla obcych komórek działających w tym obszarze. Dodatkowo szkalowany w nim był autor książki, który mimo całego niesmaku, nadal w Afganistanie ma wielu przyjaciół i, jak znam życie, dalej działa w ukryciu dla Polski. Na szczęście książka to nie tylko gorzka prawda o rzeczywistości, ale także prezentacja zabawnych sytuacji, między innymi odprawa lotniskowa w byłych republikach radzieckich. Ponadto książka pokazuje Afgańczyków (przynajmniej tych należących do Sojuszu Północnego), jako ludzi gościnnych i honorowych oraz oddanych dobru ojczyzny – czyli zgoła inaczej niż pokazują to media. Tocząca się wojna na ich podwórkach prawie wcale nie zmieniła tych ludzi.

Po ponad 400 stronach lektury, na pewno nie odłożymy książki od razu na półkę. Pozostanie jakiś czas w naszych głowach. Ponadto, na samym końcu książki zobaczymy zdjęcia osób i miejsc, które poznaliśmy na jej kartach.


Artur Borowski

4 października 2013

Wybór („Doktor śmierć” Jacek Caba)

„Doktor śmierć” Jacek Caba
wyd. Albatros Kuryłowicz
rok: 2012
str. 352
Ocena: 4,5/6


Rak krtani – przeważnie występuje u mężczyzn, którzy przekroczyli już 50 rok życia, zwykle palących i nadużywających alkohol. Jest to jeden z najczęściej występujących nowotworów złośliwych, przy czym, jest niemal całkowicie wyleczalny. Zwykle umiejscawia się w węzłach chłonnych i daje szybkie objawy. Leczenie – tylko i wyłącznie operacyjne. Niestety – konieczne jest wycięcie krtani, a to zwykle skutkuje utratą zmysłu mowy. Coś za coś... gorzej jednak, gdy nowotwór zagnieździ się w zachyłku gruszkowatym. Wówczas o żadnym ratunku nie może być mowy...

Aleks Wendt jest w miarę szczęśliwym człowiekiem. Na co dzień robi to, co lubi i prowadzi życie na takim poziomie, jaki mu w zupełności odpowiada. Oczywiście, gdyby zarabiał odrobinę więcej nie byłoby źle, ale jakoś nie pociąga go prowadzenie prywatnej praktyki.  Jego koledzy z pracy, którzy wkroczyli na omijaną przez niego ścieżkę, wiecznie są w biegu, nigdy na nic nie mają czasu. Często zapominają przy tym o czynnikach, które skłoniły ich do wyboru takiej, a nie innej profesji. Powołanie. Pierwotna chęć czynienia dobra. Bezinteresowna pomoc bliźnim. W pewnym momencie te wszystkie bardzo szlachetne pobudki gdzieś się rozmywają i niewiele z nich pozostaje. Aleks nie chce przypominać tego otaczającego go tłumu, dlatego twardo trzyma się swoich zasad i pracuje wyłącznie w jednym szpitalu. Poza pracą jego życie praktycznie nie istnieje, chyba że akurat trafia się weekend, który może spędzić z Marysią, jego kilkuletnią córeczką. Tylko wówczas ma okazję zapomnieć o trudu i znoju codziennej pracy, o ciężko chorych, o śmierci. Najgorsza w jego codzienności jest bezsilność, gdy okazuje się, że nie ma szans na uratowanie pacjenta. Gdy rak krtani umiejscawia się w jedynym, niewłaściwym miejscu, nie ma jak pomóc cierpiącemu. Można jedynie, minimalnie, ograniczać jego ból. To jednak działanie bardzo krótkotrwałe. Ciągłe ataki duszności, niewyobrażalny ból, strach... Za tą częścią swojego zawodu Aleks nie przepada. Najgorsze jest to, że od razu wie, jakiego typu pacjent mu się trafił i nic nie może z tym zrobić. Przecież nie odprawi go z kwitkiem, musi mu pomagać, póki czuwająca nad nami wszystkimi siła wyższa nie postanowi zabrać go do siebie. Gdy w trakcie obchodu przydzielony zostaje Aleksowi Władysław Szymański, młody lekarz wie, że czeka ich ciężka i raczej przewidywalna wspólna podróż. Stara się jednak zająć nim najlepiej, jak potrafi. Tylko... czy będzie potrafił? I, co najważniejsze, czy będzie chciał?

Książka porusza bardzo trudny, i do dziś nierozwikłany problem, jakim jest eutanazja. Każdy w obliczu Stwórcy jest równy. I każdy może decydować o swoim życiu. Zakazuje się tylko jednego – decydowania kiedy i w jakich okolicznościach się umrze. Szkoła, przyjaciele, kariera – to wszystko zależy od danej jednostki. Robi się coś, by coś osiągnąć. Ze śmiercią jednak tak nie jest. Oczywiście człowiek może popełnić samobójstwo i w ten brutalny sposób zakończyć swój żywot. Można podpisać zakaz resuscytacji, wówczas nikt nie będzie przywracał nas z drogi w świetlistym tunelu. Rzecz jednak nie w tym, by samemu odebrać sobie życie lub by umierać w męczarniach. Walka toczy się o to, by śmierć przyjąć godnie, a to jest możliwe tylko wówczas gdy wystarczająco wcześnie się na nią zdecydujemy i wystarczająco spokojnie opuścimy świat żywych. Najłatwiej by było, gdyby wystarczyła prośba, oczywiście uzasadniona, na skutek której lekarz podawałby odpowiednie leki przyspieszające nieuniknione. Niestety w chwili obecnej takie zachowanie traktowane jest jak morderstwo. Czy jednak słusznie? Czy rzeczywiście inni, uprawnieni, nie powinni mieć możliwości realizowania naszych próśb?

Powieść Doktor śmierć to pozycja dobra, niestety nie bardzo dobra. Piszę niestety, bo odrobinę się zawiodłam. Postawiłam książce za wysoką poprzeczkę, wymagałam od niej za wiele, chciałam, żeby była fantastyczna. A była dobra. Czytało się ją przyjemnie i szybko, ale nie fenomenalnie. Spodziewałam się, że nie będę mogła się oderwać od lektury. Odrywałam się jednak bez problemu. Muszę jednak przyznać, że przy każdym jej „odstawieniu” niezmiennie powracałam do niej myślami. Co będzie dalej? Jak rozwinie się historia? Jak się zakończy? Kto wyjdzie z niej obronną ręką? O co tak naprawdę w niej chodzi?

Autor dość długo każe nam czekać na rozwój wydarzeń. Gdy w końcu do niego dochodzi nagle wszystko przyspiesza i niemal równie szybko się kończy. Oczywiście nie mam nic przeciwko wprowadzeniom, wydaje mi się jednak, że to było zbyt długie. Zakończenie, mimo wszystko, było dość zaskakujące. Nie spodziewałam się, że autor wymyśli aż tak przebiegłą intrygę.


Czy Aleks poradzi sobie z brzemieniem, który spoczął na jego barkach? By się tego dowiedzieć koniecznie należy przeczytać Doktora śmierć. Zachęcam.

Baza recenzji Syndykatu ZwB 

2 października 2013

Sześć żywiołów („Krąg” Mats Strandberg, Sara B. Elfgran)

„Krąg” Mats Strandberg, Sara B. Elfgran
wyd. Czarna Owca
seria: Engelsfors
rok: 2012
str. 576
Ocena: 4,5/6


Budzisz się rano i czujesz swąd. Ewidentnie coś się pali. Nie widzisz jednak dymu ani ognia. Przewracasz się na drugi bok i uświadamiasz sobie, że to twój zapach. To ty pachniesz spalenizną. Tylko... jak to możliwe? Przecież nie byłaś wczoraj na grillu, nie przechodziłaś obok żadnego ogniska, rodzina nie paliła w kominku... a nawet gdyby, to przecież kąpałaś się przed snem... No nic, nie możesz przecież pójść do szkoły z cuchnącymi włosami. Ruszasz więc pod prysznic, a potem... zupełnie wylatuje ci z pamięci, co było nie tak... dlaczego kąpałaś się rano... czyżby coś ci się przyśniło? Zapewne. Niestety, jak się okazuje, z podobnym odczuciem, pewnego dnia, tuż po rozpoczęciu roku szkolnego obudziło się kilka osób zamieszkujących niewielkie miasteczko w Szwecji - Engelsfors. Dokładnie sześć zupełnie różnych dziewczyn przeżywa bardzo podobny poranek, a do tego niektóre z nich zauważają u siebie pewne dodatkowe, magiczne zmiany. Nie ma się w końcu czym przejmować, trzeba iść do szkoły: uciec od rodziny, zdobywać wiedzę, gnębić innych uczniów, udawać niewidzialną, olewać wszystkich, albo spotkać się z ukochanym chłopakiem. Dla części z tych dziewczyn szkoła to przymusowe zło, dla innych - jedyna ucieczka od rzeczywistości. Jedną z bohaterek jest Minoo Falk-Karmin, szkolna kujonka, która od pierwszego wejrzenia zakochała się w nauczycielu matematyki. Kolejna - Linnea Wallin jest szkolną outsiderką, bujającą się z emo i zdecydowanie z nieciekawą przeszłością. Rebecka Mohlin ostatnio stała się najpopularniejszą pierwszoklasistką. Od kilku miesięcy spotyka się z kochającym ją do szaleństwa Gustafem Ahlanderem, największym szkolnym przystojniakiem. Anna-Karin Nieminen pochodzi ze wsi i niezwykle mocno się poci, niestety nie przysparza jej to przyjaciół, wręcz przeciwnie, od najmłodszych lat jest mobbowana, więc nienawidzi chodzić do szkoły. Vanessa Dahl urodziła się w niepełnej rodzinie i nigdy nie miała okazji nawet usłyszeć czegoś dobrego o nieznanym ojcu. Od jakiegoś czasu spotyka się z Willem, miejscowym dilerem narkotyków. Ostatnia, ale nie mniej ważna, jest Ida Holmström, chyba najbardziej przerażająca postać liceum w Engelsfors. To ona podjudza do mobbowania, to ona ma cięty niczym nóż język, to ona ma świtę, której nie powstydziłaby się nawet księżniczka, to jej słucha każdy uczeń i nauczyciel w szkole. Tego dnia wszystkie zjawiają się na zajęciach i chyba każda żałuje, że się na nie wybrała. W szkolnej toalecie znalezione zostaje ciało jednego z uczniów i ten fakt zupełnie odmienia życie tych sześciu dziewcząt.

Nastolatki z dnia na dzień muszą pogodzić się z nieuchronnymi w ich życiu zmianami. O dziwo, nie mają z tym żadnego problemu. Muszę wręcz stwierdzić, że będąc na ich miejscu nie pogodziłabym się z nimi tak płynnie i łatwo. W jeden dzień dziewczyny są normalnymi (na swój sposób oczywiście) nastolatkami, a następnego dowiadują się, że muszą uratować świat. I tyle. Nie ma zgrzytu zębów, nie ma obgryzania paznokci, nie ma wyrywania włosów z głowy. Bo to przecież nic nadzwyczajnego, prawda? No cóż, nie dla mnie. Zupełnie nie spodziewałam się takiej ich reakcji. Szokiem zaś nie było dla mnie ich późniejsze zachowanie, czyli nadużywanie otrzymanych mocy dla własnych celów i zupełne wyrzucenie z głowy przestróg, które zostały im przekazane. Tylko dwie z nich zachowały głowę i próbowały pójść od przodu i zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Niestety, nim im się to udało, jedna z nich zginęła. Dopiero ta druga śmierć w szkole była prawdziwym kubłem zimnej wody dla całej grupy. Czy dziewczyny odnajdą się w nowej rzeczywistości? Czy zrozumieją, do czego zostały powołane? Czy będą wiedziały, jak posłużyć się otrzymanymi mocami? Czy każda zostanie obdarzona w taki sam sposób? Czy zginą kolejne? Czy będą wiedziały, komu powinny zaufać, a z kim nawet nie powinny rozmawiać? Odpowiedzi na te pytania można znaleźć w Kręgu autorstwa Matsa Strandberga i Sary B. Elfgren.


Wciągająca i pochłaniająca, to zdecydowanie słowa idealnie opisujące tę powieść. Niestety należy do nich dorzucić "płytka i przewidywalna". Choć całość czyta się nad wyraz dobrze, to dojrzały czytelnik zdecydowanie nie może stwierdzić, że wszystkie jego potrzeby zostały zaspokojone. Miejscami poważnie brakuje konsekwencji. Zgodnie z przekazem, tylko jako zespół są w stanie pokonać zło, ale równocześnie nie mają się afiszować ze swoją znajomością. Z jednej strony jest to zrozumiałe, z drugiej dziewczyny zostają o tym poinformowane w taki sposób, że postanawiają się unikać. Jak więc mają stworzyć spójną grupę, skoro nie mają okazji się zaprzyjaźnić i zaufać sobie? Jak mają zwyciężyć zło, skoro każda skrywa jakąś tajemnicę? Do tego wszystkiego wydaje mi się, że autorzy mieli pewne problemy ze zgraniem czasu i przestrzeni. W jednej chwili działa się jedna rzecz, a w następnej, bez żadnego zaznaczenia, akcja przenosiła się w inne miejsce z zupełnie innymi bohaterami. Czasami się gubiłam i nie wiedziałam o czym czytam i dlaczego. Totalny miszmasz, ale jednak ze skrywaną, pociągającą siłą. Sama nie wiem, co myśleć o tej powieści. Zarwałam przez nią noc, ale czuję po niej pewien niedosyt... W sumie więc zachęcam Was do lektury, ale podejdźcie może do niej nieco bardziej ostrożnie niż ja.


16 września 2013

Miłość kwitnie wokół nas... („Ostatnia spowiedź” Nina Reichter)

„Ostatnia spowiedź” Nina Reichter
wyd. Novae Res
rok: 2012
str. 386
Ocena: 5/6


On – przystojny, przebojowy i absolutnie niedostępny. Pan życia, jedyny w swoim rodzaju, ubóstwiany przez tłumy kobiet. Na co dzień skromny chłopak, którego powoli zaczyna przytłaczać to, co osiągnął, choć przecież to spełnienie jego największych i najskrytszych marzeń. O wszystkich problemach zapomina, gdy wychodzi na scenę i oddaje się swojej pasji. Gdy z jego gardła wydobywają się dźwięki, gdy zespół składający się z jego rodziny i przyjaciół generuje swoim sprzętem pierwsze akordy, wszystko przestaje mieć znaczenie. Są tylko chłopaki z Bitter Grace i ich muzyka. Jednak gdy piosenka się kończy, gdy melodia ustaje, słychać tylko  jedno – tłum rozwrzeszczanych, oszalałych na punkcie zespołu, a przede wszystkim wokalisty – Bradina Rothfelda, fanek. Od momentu gdy Brade zaczął karierę w zasadzie zapomniał o życiu osobistym – plan był konkretny – zaczarować swoją muzyką kobiety. Sposobem na to miał być właśnie Bradin i jego cudowna, chłopięca uroda. Już dawno cały zespół, na czele z ich menagerem – Patrickiem Horstem, stwierdzili, że tylko dzięki singielskiemu trybowi życia wokalisty mogą utrzymać fanki w ryzach. Każda kobieta, która pojawiała się w życiu Bradina, niezwłocznie powodowała spadek popularności zespołu. Przede wszystkim z tego powodu chłopak jest sam, tylko... czy mu to pasuje? Czy tak widzi swoją przyszłość? Czy tak wyobrażał sobie robienie wielkiej kariery i bycie mega popularnym? Chyba nie do końca...

Ona – śliczna, dojrzała i wewnętrznie roztrzaskana. Sercem wieczna Amerykanka, ciałem – rozerwana pomiędzy dwoma kontynentami. Jeszcze gdy była mała rodzice zdecydowali o przeprowadzce do Francji. Dla nich wówczas ten kraj niósł za sobą lepsze perspektywy. Gdy Allison Hanningan dostatecznie dorosła, rodzice wysłali ją ponownie do USA. Samą. Od tej chwili to Nowy Jork stał się jej rodziną i to z tym miejscem wiązała swoje życie. Przez przeszło trzy lata radziła sobie zupełnie sama. Uczyła się, od czasu do czasu doglądała ją ciotka, a rodzice regularnie przelewali pieniądze na utrzymanie. Ally próbowała znaleźć swoje miejsce na ziemi i w końcu odkryła, że jej wielką pasją jest fotografia. Gdy brała aparat do ręki zapominała o otaczającym ją świecie. Liczyło się tylko dobre zdjęcie. Dość szybko Ally znalazła również w NJ miłość. Cudowny Adam był ucieleśnieniem jej nastoletnich marzeń o mężczyźnie życia. Przystojny, dobry, kochany. Ideał. Aż do momentu, gdy się okazało, że ma żonę. Miłość robi z człowiekiem co chce, to też zrobiła z Al. Dziewczyna mimo cichego, wewnętrznego sprzeciwu, została z Adamem wierząc w to, że mężczyzna odejdzie od żony. Mijały jednak dni, miesiące, lata... i nic takiego nie miało miejsca. Jak się można domyśleć, ten związek nie zakończył się dla Allison szczęśliwie. Wkrótce po jego rozpadzie rodzice wyswatali ją z synem przyjaciół rodziny, niemal dziesięć lat starszym Christophem, a później zdecydowali za nią, że dalsza część jej edukacji będzie miała miejsce w Lyonie. Nie pozostawili jej wyboru – albo związek z Chrisem i studia prawnicze, albo zakręcenie kurka z pieniędzmi i rozpoczęcie życia zupełnie na własną rękę. Ally czuła, że nie ma wiele do stracenia, spakowała więc walizkę i udała się w podróż do Europy. To właśnie w jej trakcie, zupełnie przez przypadek, na jej drodze staje chłopak aparycją przypominający piękną kobietę. Łączy ich silna potrzeba zapalenia papierosa. Czy połączy coś jeszcze?

Kilka miesięcy temu ktoś, dziś już nawet nie pamiętam kto, napisał mi w komentarzach, że koniecznie powinnam przeczytać Ostatnią spowiedź. Zwykle sama decyduję o tym, po jaką książkę i kiedy sięgnę. w tym jednak wypadku, ta jedna sugestia zadziała na mnie dość poważnie, bo niezwłocznie po niej zaczęłam zabiegać o tę książkę. Niestety wtedy się nie udało. Na szczęście niedługo po tamtych wydarzeniach okazało się, że wkrótce premierę będzie miała druga cześć trylogii. I tak oto stałam się posiadaczką powieści autorstwa niejakiej Niny Reichter. Wcześniej zupełnie nie interesowało mnie ani skąd się wzięła autorka, ani jak wpadła na pomysł napisania tej serii. Nie interesowało mnie to również, gdy zaczynałam czytać książkę. Teraz, gdy mam już za sobą pierwszą część, zapragnęłam poznać autorkę. Niestety w tym wypadku ani sama książka, ani Internet, nie okazały się dla mnie skarbnicą informacji. Jedyne czego się dowiedziałam to to, że autorka jest prawniczką i fanką Tokio Hotel. Pierwotnie jej powieść była publikowana na blogu jako fanfick, w którym, jak się można było spodziewać, głównymi bohaterami byli nie muzycy z Bitter Grace, a z Tokio Hotel.

Powiem szczerze, że cieszę się, że dopiero po lekturze książki dowiedziałam się kto był pierwowzorem głównego bohatera. Sama wyobrażałam sobie Bradina zupełnie inaczej i w moim przekonaniu jest on dalece odległy od Billa z Tokio Hotel. Co więcej, w powieści wyraźnie zaznaczany jest fakt, jak mało prawdopodobne jest to, że Ally nie wie kim jest Brade i przez wiele miesięcy traktuje go jak zwykłego chłopaka. W końcu Bitter Grace jest tak bardzo znane na całym świecie. Każda kobieta wie, kim jest Bradin. W książce w końcu okazuje się, że jednak nie każda, ale ta j
edna, stanowi wyjątek. Osobiście wydaje mi się, że choć faktycznie o Tokio Hotel swego czasu było bardzo głośno, to na świecie istnieje wiele kobiet, które nie miały i do tej pory nie mają pojęcia, kto w tym zespole gra. Ja, na przykład, do dnia dzisiejszego nie wiedziałam ani jak nazywają się członkowie tej grupy, ani jak każdy z nich wygląda. Miałam jedynie ogólne pojęcie, że to zespół młodzieżowy, grający coś „a’la” rock i małolaty kilka lat temu umierały na ich widok. Tyle. Jestem już dość „wiekowa”, więc chyba nie zaliczam się do grupy wiekowej, o której w powieści była mowa.

Ostatnia spowiedź bardzo mnie wciągnęła. Nie potrafiłam się od tej książki oderwać i muszę przyznać, że zarwałam przez nią jedną czy dwie noce. Kiedy nie czytałam, byłam na prawdziwym głodzie. Chciałam więcej i więcej. Niestety im dalej zagłębiałam się w powieść, tym więcej jej wad widziałam. Miejscami była bardzo płytka, a nawet infantylna. Wówczas również akcja była przewidywalna i typowa dla brazylijskich seriali – on widział coś, czego naprawdę nie było, ona nie potrafiła się wytłumaczyć albo unosiła się honorem – związek przechodził kryzys. Na szczęście taka tendencja nie utrzymywała się przez całą powieść, zwykle trzymała ona odpowiedni poziom. Tylko zakończenie... może nie tyle, że mnie rozczarowało, ale było nie takim, jakiego się spodziewałam. Dało jednak idealną możliwość do napisania kolejnej części. Jestem jeszcze przed jej lekturą, liczę jednak, że autorka dobrze wykorzystała czas i pomysł jaki miała i w drugim tomie będzie mniej denerwujących mnie szczegółów, niż w części pierwszej. Mimo wszystko oceniam książkę bardzo dobrze i zachęcam do jej lektury.


Jeden dzień. Jedna chwila. Tyle zmian. Czy Ally i Bradin sobie z nimi poradzą? Czy będą potrafili zmienić swoje życie? Czy nic nie stanie im na drodze ku nowym celom? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po pierwszy tom trylogii Ostatnia spowiedź autorstwa Niny Reichter.

17 lipca 2013

W sieci („[GEIM]” Anders De La Motte)


wyd. Czarna Owca/Audioteka
rok: 2012/2013
str. 408
czas trwania: 09:53:08
Ocena: 4,5/6


Nowoczesne technologie, ekspresowe porozumiewanie się, poznawanie ludzi na odległość – to nic innego jak globalna rzeczywistość. Trudno dziś znaleźć gdziekolwiek, nawet w krajach Trzeciego   Świata, kogoś kto nie ma komórki, komputera i dostępu do Internetu. Jeszcze kilka/kilkanaście lat temu posiadanie tych cudów techniki informowało otoczenie o statusie społecznym użytkownika. W chwili obecnej nie świadczy to w zasadzie o niczym. Rozmowy telefoniczne kosztują tyle co nic, free wi-fi to już norma, bez komputera przeciętne dziecko nie jest w stanie funkcjonować w szkole i wśród znajomych. Świat się rozwija, następuje masowa globalizacja. Nie ma barier, nie ma granic, nie ma hamulców.

Kiedy Henrik HP Pettersson, przez siostrę zwany pieszczotliwie – Henke, znajduje w pociągu nowoczesny telefon komórkowy, postanawia go sobie przygarnąć. Takiego modelu jeszcze nie widział, przy dobrych lotach więc zarobi na nim w pierwszym lepszym lombardzie parę stówek. Chłopak, a w zasadzie trzydziestoletni mężczyzna, postanawia jednak, że nim go sprzeda odrobinę się zabawi. Podzwoni po znajomych, poserfuje w sieci. W końcu i tak nie ma nic lepszego do roboty. Komórka sprawia mu pewne problemy. Zamiast standardowego dla dotykowych smartphone’ów menu pojawia się pytanie „Wanna play a game?”. Co za dziwna sprawa. HP zdecydowanie ignoruje ten dziwny komunikat i z podanych odpowiedz (Yes i No), wybiera oczywiście zdecydowane NIE. Komórka nie chce z nim jednak współpracować i wciąż zadaje to samo pytanie. W pewnym momencie coś się jednak zmienia, bo zamiast standardowej kwestii pojawia się „Wanna play a game Henrik Pettersson?”. No tak, myśli HP, to było więcej niż pewne, że ma do czynienia z jakąś podpuchą. Zapewne stary dobry Mange, który prosi by go teraz nazywać Faruk, postanowił zrobić mu niewielkiego psikusa. Chłopak nie zastanawia się więc długo i postanawia nacisnąć tajemnicze i pociągające Yes. Od tej chwili już nic nie jest takie, jak było wcześniej. Życie HP nabiera rozpędu i dreszczyku emocji. A do tego, jak się okazuje, może nieźle zarobić. Gra pochłania go całkowicie, nawet bardziej, niż można by się było tego spodziewać. W pewnym momencie nie ma już odwrotu, HP robi rzeczy, które wcześniej nawet nie przyszłyby mu do głowy. Czy dla kasy można zrobić wszystko? Czy da się żyć w wirtualnym świecie? Jak uwolnić się od tego typu uzależnienia? By się tego dowiedzieć trzeba koniecznie sięgnąć po Geim autorstwa Andersa De La Motte.

W zasadzie trudno się dziwić HP, że tak łatwo dał się wciągnąć w tę nietypową zabawę. Z natury jest „odrobinę” leniwy, pracą się nie hańbi, a pieniądze raz są, raz ich nie ma. Gdy tych ostatnich brakuje, Henrik chętnie udaje się do siostry, nomen omen inspektor Rebekki Normen, która nie potrafi odmówić młodszemu bratu. W końcu ma wobec niego dług wdzięczności. Jaki? To już odkryć trzeba samodzielnie.

Książkę czyta się bardzo przyjemnie i wręcz ekspresowo. Styl zastosowany przez autora jest nienachalny i nieskomplikowany. Słownictwo jest dość niewybredne, natknąć się więc można w powieści na niejedno przekleństwo. Autor nie szczędzi czytelnikowi również wielu słów potocznych, na szczęście większość z nich jest w powszechnym użyciu i nie trzeba się zastanawiać, co one oznaczają. Geim to zdecydowanie powieść nowoczesna, przez wydawcę określana jako thriller. Bohaterowie zostali ciekawie zarysowani i nietrudno sobie wyobrazić, że można by ich było spotkać tuż za rogiem.

Jeśli chodzi o audiobook to trudno nie być z niego zadowolonym. Interpretacja Łukasza Garlińskiego nie pozostawia wiele do życzenia. Lektor czyta powieść płynnie, każdemu bohaterowi nadaje inną tonację, dzięki czemu nietrudno zgadnąć kto w danej chwili się wypowiada. Niejednokrotnie podczas lektury można się uśmiechnąć, bo główny bohater ma wyjątkowe poczucie humoru. Jednak interpretacja pana Garlińskiego tekstów HP to już istne mistrzostwo.


Geim to pierwsza z serii powieści o Henriku Petterssonie i jego przygodzie z Grą w Alternatywną Rzeczywistość. W księgarniach niedawno pojawiła się część druga, zatytułowana Buzz, a już w sierpniu wydana zostanie cześć trzecia Bubbel. Ja już tych pozycji nie mogę się doczekać. Z wielką chęcią przeczytam je lub wysłucham. I was z całego serca do tego gorąco namawiam. 

Baza recenzji Syndykatu ZwB

28 czerwca 2013

Zgodnie z procedurą („Instrukcja 0066” Krzysztof Koziołek)

wyd. Manufaktura Tekstów
rok: 2012
str. 366
Ocena: 4,5/6



Człowiek przez całe życie walczy z tym, jak jest postrzegany przez otoczenie. Stara się, pracuje nad swoją osobowością, eliminuje wady i szlifuje zalety. Opinia innych niejednokrotnie jest ważniejsza, niż to, jak jednostka postrzega samą siebie. Dąży się więc, szczebelek po szczebelku, do doskonałości. Taka niestety jest rzeczywistość i trudno z nią walczyć. Niejednokrotnie jednak okazuje się, że długoletnie próby trzymania fasonu spełzają na niczym w ciągu jednego dnia, godziny, minuty... chwili. Teraz jest się na szczycie, moment później leży się na łopatkach bez sił, by się podnieść. 



Instrukcję 0066 czyta się bardzo płynnie, choć miejscami opisy procesów mogą czytelnika przytłoczyć. Autor przytacza całe mowy, uzasadnienia, zeznania. W ten sposób umożliwia przeniesienie się na salę sądową i postawienie się w roli oskarżonego. Niestety w historii pominięte zostały niektóre szczegóły (na przykład kwota odszkodowania wypłaconego Szafranowi), co może odrobinę denerwować i niepokoić. Bo skoro chce się przedstawić sprawę rzetelnie, to chyba powinno się to zrobić od A do Z, bez pomijania Ą, Ć, Ę, Ł, Ń, Ó, Ś, Ź czy Ż, prawda?

Mnie osobiście niepokoi odrobinę okładka, która przez dłuży czas zniechęcała mnie do lektury. Ile razy sięgałam po powieść Koziołka, tyle też odkładałam ją na bok. W końcu się jednak przełamałam, a gdy już to zrobiłam – powieść mnie wciągnęła. Teraz z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć jedno – szczerze polecam i zachęcam do lektury. Osobiście nie mogę się już doczekać kolejnych powieści tego autora. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wortalu Granice
Baza recenzji Syndykatu ZwB

26 czerwca 2013

Jak Feniks z popiołu („Nowa Ziemia” Julianna Baggott)

seria: Świat po wybuchu, tom 1
wyd. Egmont
rok: 2012
str. 472
Ocena: 5/6


W końcu się doczekałam.  
Niedawno w moje zachłanne łapki wpadła powieść Nowy przywódca. Niczym niezrażona rozpoczęłam lekturę i... już po kilku zdaniach wiedziałam, że to będzie ciężki orzech do zgryzienia. Nie ma to jak rozpocząć czytanie serii od samiusienkiego jej środka. Jak dziś pamiętam, gdy przez pierwszych sto stron w ogóle nie rozumiałam o co w Nowym przywódcy chodzi. Przez kolejne strony powoli łatałam dziury w odbudowywanej na podstawie strzępków informacji historii. Potem to już byłam rozkochana w opowieści snutej przez autorkę, ale czegoś zdecydowanie mi brakowało. Gdy skończyłam ją czytać, otrzymałam część pierwszą. I tu pojawił się pewien zgrzyt... że jak, mam się teraz cofać? Po co mi to? Książka więc poleżała chwilę na półce. Nie zagrzała tam jednak miejsca, bo pragnienie odkrycia tego, co było wcześniej, żyło we mnie zbyt silnie. Wystarczył jeden weekend i teraz już wiem, że po prostu muszę przeczytać trzecią część tej serii. Niestety, zapewne długo mi przyjdzie na nią czekać.

Pressia nie potrafi odnaleźć się w otaczającym ją świecie... kto jednak by potrafił? Zrujnowane ziemie, notoryczny brak pożywienia, nagonka, prześladowania... a do tego wszelakie... mutacje? Choć nie wiem, czy to co ma miejsce, można nazwać mutacją. Nastąpił wybuch, ci, którym nie było dane znaleźć się w Kopule, byli narażeni na jego nieuchronną siłę. Miliony zginęły, setki tysięcy doznało poważnych oparzeń, tysiące uległo wszelakim deformacjom. Ludzie połączyli się z innymi ludźmi, ze zwierzętami, z przedmiotami. Niektórzy nie byli tego w stanie przetrwać, inni się dostosowali, jeszcze inni skrzętnie ukryli zmiany, jakie w nich zaszły. Pressi również nie było łatwo. Z jej rodziny przetrwał jedynie dziadek – ona zresztą niezupełnie pamiętała okres przed wybuchem. Dziadek nieustannie opowiadał jej o zaszłościach, w niej jednak nic się nie odblokowywało. Czas biegł nieubłaganie, zegar bezlitośnie odliczał dni do jej szesnastych urodzin, kiedy „beztroskie” życie dziewczyny się skończy i będzie musiała wstąpić do organizacji paramilitarnej. Chyba, że... może coś da się zrobić, by Pressia nie wpadła w ręce OPR.

Równocześnie z Pressią poznajemy Partridge’a, który spokojnie może nazywać się Czystym, choć nawet nie wie, że gdzieś na świecie takie określenie w ogóle funkcjonuje. Chłopak żyje w Kopule, wie tylko, że kilka lat temu doszło na Ziemi do brutalnego ataku i nienaruszeni przeżyli tylko ci ludzie, którzy znajdowali się w Kopule. Na zewnątrz panoszy się teraz zaraza, ludzie najpewniej wyginęli, a jeśli nawet nie, to niewielu z nich pozostało. Kopułę oczywiście kiedyś będzie można opuścić, minie jednak wiele lat, nim to będzie możliwe. Nikomu nawet nie przyszło do głowy, by to uczynić teraz. Nikomu, albo prawie nikomu. Bo gdy Partrigde słyszy od ojca słowa „Twoja matka zawsze sprawia kłopoty”, zaczyna rozumieć, że chyba nie o wszystkim wie. Bo... przecież jego matka zginęła w trakcie wybuchu, jak więc może komukolwiek sprawiać kłopot?

Tak właśnie zaczyna się Nowa Ziemia, która ma za zadanie przybliżyć czytelnikowi losy dwojga nastolatków: Presii i Partridge’a, którzy wychowali się w zdecydowanie różnych światach i którzy zetknęli się ze sobą u progu dorosłości. Co wyniknie z ich spotkania? Czy to możliwe, by tak różne osobowości miały ze sobą coś wspólnego? Czyżby łączyła ich jakaś historia? Jeśli tak, to jaka?


Powieść czyta się bardzo płynnie. Wciąga niemal od pierwszych napisanych przez autorkę zdań. Z każdym przeczytanym rozdziałem dowiadujemy się coraz więcej o Nowej Ziemi i życiu po wielkim wybuchu, które niewątpliwie nie jest łatwe. Autorka zastosowała bardzo ciekawe rozwiązanie i prezentuje losy bohaterów z ich bezpośredniego punktu widzenia. Mamy więc rozdziały, w których wypowiada się Pressia, oraz takie, gdzie głównym bohaterem jest Partridge. To oczywiście nie wszyscy bohaterowie Nowej Ziemi, ale o nich więcej dowiecie się, kiedy sięgniecie po tę powieść. Z mojej strony dodam jeszcze tylko, że czytelnikowi nie jest łatwo zrozumieć to, co dzieje się w tym zupełnie nowym świecie. Kiedy jednak ta sztuka już się uda, trudno oderwać się od kreślonej przez autorkę historii. Bohaterowie zaczynają żyć własnym życiem, które jest na tyle pasjonujące, że zaczyna być również życiem czytelnika. Powieść zdecydowanie więc warto polecić.