23 listopada 2014

Blogerem jestem :) (TK Katowice)

Chciał wejść, ale powiedzieli, że nie jest blogerem książkowym.
Jak to? 

Tak, tak. To będzie wpis traktujący o Targach Książki w Katowicach, które właśnie się zakończyły. Nie będę pisała, że żenada. Nie będę wspominać, że wstyd i hańba. Nie mam zamiaru tego robić, bo nie od tego jestem. Na Katowickie Targi Książki zaglądam już od kilku lat. Nie zwykłam na nich bywać (zresztą jak i na innych targach) w więcej niż jeden dzień, nie zabawiam również na nich przez więcej niż kilka godzin. Zwykle, choć na chwilę zahaczam o przygotowane specjalnie z tej okazji panele. Lubię wiedzieć co w trawie piszczy i jakie jest zdanie na poszczególne tematy innych ludzi. Do tej pory zawsze zjawiałam się na nich z przyjaciółkami i mężem, W tym roku - z mężem, siostrą, jej koleżanką i Furiatem, czekającym grzecznie na zewnątrz. Nigdy, przy żadnej z tych okajzji, nie spodziewam się na Targach w Katowicach cudów, więc nigdy się nie zawodzę. Zresztą ja zwykle na TK poszukuję jakichś perełek, a nie czegoś, co mogę kupić w pierwszej lepszej księgarni, niejednokrotnie za znacznie mniejsze pieniądze. Nie mówię, że nie kupuję tam książek, bo kupuję, ale raczej niewiele i tylko jeśli to mi się kalkuluje. Na przykład u Sonii Dragi, gdzie zawsze można znaleźć coś w super cenie. Dlatego ucieszyły mnie stoiska z ręcznie robionymi zakładkami, ceramicznymi cudeńkami i drewnianymi dodatkami. Genialne były również ręcznie dziergane gadżety. Jak się można było spodziewać - wydaliśmy z Arturem majątek. Ale, raz się żyje, prawda?  

Może coś ze starszych pozycji?

To na Targach Książki w Katowicach jest najfajniesze. Zawsze znajdują się na nich stragany z antykwariatów, na których można poszukać perełek. My znaleźliśmy książkę z tradycyjnymi daniami śląskimi. Niestety, w chwili gdy tam byliśmy, nie mogliśmy znaleźć sprzedawcy, a jak już wróciliśmy, nie było książki :(

Zakładki?

Jasne, że byłoby super, gdyby te stragany z dodatkami były jedynie dodatkiem do tych Targów. W zasadzie zajmowały z 1/3 całości. No i fakt, kolejna 1/3 to outlet sprzętu sportowego. Tak jeszcze nie było, fakt. Ale narzekać nie będę bo i tak było bardzo przyjemnie. Bez tłoku, bez poszukiwania powietrza, bez gonitwy. 

Ciąg dalszy pięknych rzeczy

Wszystko ładnie porozkładane, dostępne dla oglądających i zwykle w super cenach. Na niemal każdym stoisku (poza tymi sportowymi, oczywiście), były jakieś nawiązania do książek. Kolczyki z książkami, zakładki, notesy. Wiem, to nie były targi home made, ale zawsze coś :)

Po krótkim przeglądzie pozostałych stoisk udałam się na panet dotyczący komentowania na blogach zorganizowany przes ŚBK. Na wstępie zostaliśmy wszyscy przywitani przez organizatorów, otrzymaliśmy nawet prezent. Następnie wręczono nam karteczki z konkursową zabawą, za którą się zabrałam, niezwłocznie po usadowieniu się. 

A zapomniałabym, na TK Katowice nie bylismy anonimowi
Tak, tak - jestem blogerem :)

Tak sobie teraz myślę, że to wcale nie jest takie złe, oczywiście, jeśli jest zrobione z głową. Na TK Kraków blogerzy książkowi mieli free wejście (tu również oczywiście), przy czym na Krakowskich targach do jednego bloga mogła być przypisana tylko jedna osoba, a przecież niejednokrotnie bloga prowadzi więcej osób. Fajnie więc, że w Katowicach można było zapisać do jednego bloga. Fajnie byłoby jeszcze, gdyby takie plakietki wydawano przy wejściu, personalnie, na każdych targach, gdzie zaprasza się blogerów jako gości. Jeśli ktoś uważa nas gdzieś zaprasza, to mógłby się choć odrobinę postarać. ŚBK rozdało plakietki i poprosiło o ich wypełnienie. I super. Byle tak dalej. 

Zanim przystąpiliśmy do dyskusji, na szybko wypełniłam bloczek konkursowy. Łatwo nie było, głowiłam się dość długo i, szczerze powiedziawszy, nie planowałam oddać kartki. Dwadzieście zwrotów powinno mnie było naprowadzić na tyle samo nazw blogów. 

Tu w konkursie bierze udział Janek Mądrzywołek

wypełnić?

co by tu wpisać...

Później dyskusja zaczęła się na całego. O samych komentarzach również rozmawiano, choć w pewnym momencie temat zupełnie się rozmył i mówiono już o wszystkim. Następnym razem jednak zdecydowanie musiałabym usiąść bliżej. Podobno w pierwszym rzędzie nikomu nie brakowało mikrofonu. Niestety, z tyłu nie było już tak wesoło. Na szczęście sporo usłyszałam i nawet raz zabrałam głos :)

Obrady w toku

Kiedy już Marta zdecydowała, że panel czas zakończyć, konkurs został rozwiązany i, o dziwo, okazało się, że zajęłam zaszczytne trzecie miejsce. Szok. 

Bardzo dziękiję!

Po wyjściu z panelu jeszcze raz przebiegłam się po płycie Spodka, dorwałam super notes z cytatem z Alfa oraz książkę z serii Thriller u Sonii Dragi. Po wyjściu ze Spadka spotkaliśmy ponownie Janka, a on spotkał, po raz pierwszy na żywo, Furiata. No i miłość od pierwszego szlupnięcia. Może weźmie go do Krakowa? Gratis dodaję karmę ma tydzień (oczywiście w ilości tabelarycznej, a nie takiej, jaką Furek jest w stanie wchłonąć). 

Na koniec pochwalę się jeszcze moimi zdobyczami :)

Fioletowy słoń. GENIALNY!


Zdobycze

No i zakładka - paw z fioletowym kamyczkiem

A wy byliście na Targach Książki w Katowicach? Podobało się? Wybierzecie się w przyszłym roku? 

19 listopada 2014

POTWORY W TOKIO – Grą Roku 2014!

Z Arturem ostatnio, nie za często, ale zawsze... próbujemy różnych gier planszowych. Mam nadzieję, że wkrótce uda nam się zagrać w Potwory w Tokio. Poniżej ociupinka informacji o tej grze :)

Polska wersja światowego bestsellera „King of Tokyo” Grą Roku 2014. Eksperci związani z rynkiem gier planszowych i karcianych docenili wydane przez Egmont Polska „Potwory w Tokio”.
 



GamesFanatic.pl – najstarszy serwis o grach planszowych i karcianych w Polsce - w ramach plebiscytu Planszowa Gra Roku przyznał główną nagrodę Gra Roku 2014 planszówce „Potwory w Tokio” wydanej przez Egmont Polska. Tytuł Gry Roku przyznawany jest planszówkom, które cechuje nie tylko wysoka jakość wykonania, ale fakt, że zachęcają do wspólnego spędzania czasu w gronie rodziny i znajomych oraz rozbudzają zainteresowania potencjalnych nowych graczy.

Polski sukces „Potworów w Tokio” potwierdzają 22 zdobyte nominacje oraz nagrody na całym świecie. W tym:

Najlepsza gra planszowa (Włochy 2012)
Najlepsza gra dziecięca (USA 2012)
Najlepsza gra rodzinna (USA 2012)
Najlepsza gra imprezowa (USA 2012)
Najlepsza gra rodzinna (Holandia 2013)

„Potwory w Tokio” to emocjonująca kościana gra imprezowa przeznaczona dla 2 do 6 graczy, rekomendowana osobom w wieku powyżej 8 lat. Autorem gry jest Richard Garfield, amerykański profesor matematyki oraz twórca najpopularniejszej na świecie kolekcjonerskiej gry karcianej: Magic the Gathering. Rewelacyjne ilustracje do planszówki stworzył Benjamin Raynal.

Dlaczego warto w nią zagrać? Powodów jest wiele. Ma ona stosunkowo proste i pomysłowe zasady, a także klimatyczne ilustracje. Każdagra jest dynamiczna i emocjonująca. Dodatkowo zróżnicowane karty sprawiają, że poszczególne rozgrywki są niepowtarzalne.

Więcej informacji o nagrodzie Gra Roku: www.planszowagraroku.pl
Więcej informacji o grach planszowych Egmontu: www.KrainaPlanszowek.pl

14 listopada 2014

Wieczność („Ostatnia spowiedź III” Nina Reichter)

„Ostatnia spowiedź III” Nina Reichter
tom: III
wyd. Novae Res
rok: 2014
str. 376
Ocena: 5/6


Wieczność znaczy "na zawsze", a nie "zawsze"*
Więc znów rozkładam przed Tobą talię kart, a Ty losuj. Wybieraj między miłością, wiarą i nadzieją. Zobacz prawdę tylko po to, by wspomnienia nabrały jaśniejszego znaczenia i byś mógł przyznać, że były przepiękne - choć to, co stało się potem, sprawia, że odwracasz od nich wzrok. Zobacz prawdę, byś jak zwykle pominął fakt, że ma ona różne oblicza, a to jedno jedyne, które dostrzegasz, jest tylko jej obrazem odbijającym się w Twoich oczach.**

Wątpliwości. Niepewność. Zwątpienie. Wiele emocji targało mną, nim sięgnęłam po trzeci tom Ostatniej spowiedzi. Poprzednie części bardzo mi się podobały, ale... Niestety w obu przypadkach były pewne "ale". Niektóre zachowania bohaterów nie pasowały mi do całości. Niektóre sceny wydawały się sztuczne i wydumane. Niektóre uczucia tak słodkie, że aż mało prawdopodobne. Jednak summa summarum  ostatecznie w obu przypadkach byłam na tak. I chciałam więcej. I dostałam. Jedyne pytanie mnie tylko dręczyło: czy tym razem się nie zawiodę kompletnie?

Allison Ann Hanningan i Bradin Rothfeld są najzwyczajniej w świecie szczęśliwi. Żyją przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Nie mogą wytrzymać bez siebie dłużej niż kilka minut, a gdy już się widzą, bezsprzecznie iskrzy między nimi. Od kilku miesięcy są zaręczeni, a także usilnie próbują sprowadzić na świat jeszcze jednego, małego człowieczka. Oczywiście jest również druga strona medalu, mianowicie kontrakt, jaki Bradin wraz z Bitter Grace podpisali. Idea była taka, by każda fanka czuła się jak potencjalna przyszła pani Rothfeld. By ją zrealizować wokalista miał, przynajmniej publicznie, uchodzić za smutnego, wciąż poszukującego siebie i swojej drugiej połówki singla. Tak więc jego związek z Ally od początku musi być ukrywany. Niby ludzie z branży wiedzą, kto z kim i kiedy, ale nikt nie mówi nic głośno, więc ich związek nie jest nigdzie opisywany, ani szeroko omawiany. Niby zaręczyny i chęć spłodzenia potomka z zasady powinny zmienić ten stan rzeczy, albo przynajmniej zmusić Ally i Brade'a do myślenia o tym, co będzie dalej, w rzeczywistości jednak nie ma to wpływu na ich postępowanie. Wszystko jednak ulega zmianie, gdy Bitter Grace jedzie w trasę koncertową, podczas której sprawy mocno się komplikują. Czy zakochanej po uszy parze uda się utrzymać związek w tajemnicy? Czy ich wieczna miłość będzie trwała do samego końca? Czy coś, lub ktoś, będzie w stanie ich rozdzielić? By się tego dowiedzieć, koniecznie musicie sięgnąć po serię Ostatnia spowiedź, i przekonać się na własnej skórze.

Przyznam wam się do czegoś. Gdzieś w okolicach trzysta dziesiątej strony wzięły we mnie górę emocje. I to takie negatywne. Zdenerwowałam się i napisałam recenzję. Podzieliłam sobie powieść na trzy części i każdą opisałam osobno. Bo nie wiedziałam, jak inaczej przekazać to, co czułam. A byłam najzwyczajniej w świecie wściekła. I nie planowałam czytać dalej. Wyszłam z założenia, że czytanie kolejnych pięćdziesięciu stron było stratą czasu. Napisałam co chciałam i... jednak skończyłam książkę. Jak się można było spodziewać, recenzja wylądowała w koszu. Stała się mało aktualna, a co za tym idzie nie za bardzo nadawała się do publikacji. Nie zmienia to jednak faktu, że i tak musiałabym wydzielić w trzecim tomie Ostatniej spowiedzi kilka części, zupełnie różnych od siebie. Pierwszych kilkadziesiąt stron mnie zachwyciło. Zaczęłam czytać w nocy i jak się można było spodziewać, zarwałam nockę. Jedynie zdrowy rozsądek mnie stopował i ostatecznie zostawiłam sobie trzy godziny na sen, tak żeby w pracy wyglądać w miarę przytomnie. To było coś. Czytało się bardzo dobrze i płynnie. Tekst wciągał, był pasjonujący i trzymany w rewelacyjnym klimacie. Widać, że autorka płynęła na fali poprzednich części, bo początek utrzymany był właśnie w ich tonacji. Później oczywiście wszystko się zawaliło. Takie wielkie łubudu jest oczywiście bardzo często wykorzystywane przez autorów. Nina Reichter pod tym względem niczym nie różni się od innych pisarzy. W każdym tomie swej opowieści ukazywała wielkie rozterki głównych bohaterów i skutecznie, ale na chwilę, ich ze sobą rozdzielała. I tak, mniej więcej od jednej trzeciej powieści ponownie przeżywamy załamanie tego wyśmienitego związku. Tym jednak razem bohaterowie na tyle tragicznie reagują na wydarzenia, że ich miłość staje pod wielkim znakiem zapytania. Aż dziw bierze, jak łatwo zdeptać te wszystkie wielkie słowa. Osobiście jestem dość dziwnym czytelnikiem i nie lubię, gdy wszystko jest tak pięknie i cukierkowo. Trochę się więc nawet cieszyłam z rozwoju sytuacji, a z każdą przeczytaną stroną upewniałam się, że Ally może w końcu znaleźć osobę, która będzie ją kochała bezwarunkowo. Oczywiście nie byłby to związek bezproblemowy, ale zdecydowanie o wiele zdrowszy. Niestety, Nina Reichter postanowiła spłatać czytelnikom figla i gdzieś w okolicach trzy setnej strony przetasowała karty. W zasadzie w jednej chwili przewróciła wszystko do góry nogami, i zaś w powietrzu zaczęły unosić się czerwone serduszka, a bohaterowie zachowywali się, jak wypalili dużo, wyjątkowo uwznioślającego zioła. Jak dla mnie, było zbyt landrynkowo, kiczowato i wręcz nierealnie. Nagle problemy, które przerosły Ally i Bradina przestały mieć znaczenie. Chyba się ze mną zgodzicie co do tego, że miałam prawo się zdenerwować? No bo, poważnie, ile lukru można znieść? Byłam przekonana, że tak, albo jeszcze słodziej, będzie już do samego końca. I nie chciałam dalej czytać. Poważnie. Na szczęście jakiś wewnętrzny głosik zmusił mnie do kontynuowania lektury, która wiele zmieniła w postrzeganiu przeze mnie całej serii.

Jest coś, co przez całą Ostatnią spowiedź nie dawało mi spokoju, a w trzecim tomie denerwowało mnie niemiłosiernie. Autorka nieustannie w tekst wtrącała cytaty z samych bohaterów, zarówno z dopiero co miniętych stron, jak i z poprzednich części serii. Niektóre zdania powtarzane były po kilka, a może i nawet kilkanaście razy. Jak dla mnie to już przesada, która dość poważnie odrzucała mnie od książki.

Patrząc teraz na cały trzeci tom wciąż dzielę go sobie w głowie na cztery części, z których pierwszą oceniłabym na pięć, drugą na cztery i pół, trzecią (bardzo krótką) na słabe trzy i ostatnia na sześć. W zasadzie powinnam więc całość ocenić na jakieś cztery i pół. Po głębszych przemyśleniach zdecydowałam się jednak na piątkę. Bo końcówka, choć gdzieś to już widziałam, była ekstra. Gdyby całość utrzymać w tym klimacie, powieść zyskałaby u mnie pewną i mocną szóstkę, ale niestety, stało się inaczej. Komu polecam? Na pewno wszystkim, którzy czytali poprzednie części, a całą serię każdemu, kto chciałby zatopić się w niezwykłym i dość surrealnym świecie muzycznej kliki i jej problemów. W ostatecznym rozrachunku, zdecydowanie warto.

Sil
* str. 349

** str. 95

12 listopada 2014

Odwaga z turkusowymi oczami („Cena odwagi” Ewa Seno)

„Cena odwagi” Ewa Seno
tom: II
wyd. Feeria
rok: 2014
str. 329
Ocena: 5/6




Możemy posiadać wiele cech: cierpliwość, uczciwość, odpowiedzialność, wrażliwość… odwaga.
Tak, odwaga jest chyba jedną z najważniejszych cech u większości ludzi, bo w końcu bez odwagi nie podeszłybyśmy i nie zagadałybyśmy do tego przystojnego bruneta siedzącego dwa rzędy za tobą w kinie, nie wsiedlibyśmy do samolotu, czy na diabelski młyn. A czy nawet bardzo, ale to bardzo odważni ludzie byliby w stanie ocalić swoją planetę, dajmy na to, przed armią śmierci? Czy starczyłoby im samozaparcia i determinacji do tego, by przenosić się z planety na planetę, ryzykując przy tym życiem nie tylko swoim, ale też swoich najbliższych przyjaciół?

Nina, a właściwie powinnam powiedzieć, Królewna Anilia, musi dokonać wyboru: próbować przemierzyć kilka planet w poszukiwaniu maga, który nauczy ją posługiwać się mocą, czy też bez walki oddać się w ręce Alexusa – potężnego przywódcy, który pragnie jedynie jej śmierci. Honor nie pozwala jej poddać się bez żadnych prób, dlatego też wraz ze swoimi strażnikami – Nickiem, Kate, Christianem , Londonem, Ethanem, Jamesem, Calebem i Jackiem, wyrusza na poszukiwania planety o nazwie Purnea, która jest zamieszkiwana przez potężnego maga, Maximusa i jego żonę. Niestety tak się składa, że nikt nie wie, gdzie ona dokładnie leży. Jednak, jak to mówią, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Królewna wraz ze swoją świtą, podczas wyprawy, zdobywają sojuszników, którzy mogą pomóc w walce z Alexusem. Nie wszyscy jednak są chętni do pomocy, ponieważ „ta bitwa z góry skazana jest na niepowodzenie”. Mimo to Antilia nie poddaje się, a jej zaciętość zostaje nagrodzona. Gdy przybywają na ziemie Koledian, dowiadują się, że Maximusa można spotkać tylko przez siedem dni w roku, na planecie Cronos, niestety, jest to miejsce niebezpieczne ponad wszystko, zważywszy na to, że zamieszkują ją Vipery (znaczy wampiry). Christian już proponuje wycofanie się, znalezienie jakiegoś innego sposobu na skontaktowanie się z magiem, Nina jednak chce jak najszybciej się tam dostać, bo nie wiadomo jak wiele czasu zostało im do starcia. Kiedy przybywają na Cronos, z początku wszystko idzie jak po maśle, jednak gdy wchodzą do ciemnego lasu, zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Czy wszyscy wyjdą z tego bez szwanku? Jaki układ zostanie zaproponowany Antilii? Przez co jeszcze będą musieli przejść nasi bohaterowie?

Druga część z serii Antilia, zachwyciła mnie tak samo jak pierwsza. A może nawet bardziej? Wbrew pozorom, nie wieje tu nudą, nie da się przewidzieć następnych wydarzeń. Jest to książka zdecydowanie niebanalna, czyli coś, co niedźwiadki lubią najbardziej :D. Powieść pełna akcji i nieoczekiwanych jej zwrotów. No i nie brakuje nam tu również wątku miłosnego, ale to zdecydowanie w bardzo małej ilości. O zakończeniu nawet nie wspomnę, bo do tej pory nie dociera do mnie to, co się stało. Jestem wstrząśnięta i z niecierpliwością czekam na kolejną część.

Sądzę, że Cena odwagi jest godna polecenia każdemu, niezależnie od wieku, nad płcią jednak bym się zastanowiła :P

Vic :D


10 listopada 2014

Niekończąca się wędrówka („Black ice” Becca Fitzpatrick)


„Black ice” Becca Fitzpatrick
wyd. Otwarte
rok: 2014
str. 448
Ocena: 5,5/6



Chcesz coś udowodnić. Chcesz pokazać, na co cię stać. Pragniesz zaprezentować swoją wewnętrzną i zewnętrzną siłę, tak by nikt już nie mógł powiedzieć, że prawdopodobnie do niczego się nie nadajesz. Chcesz przestać być postrzeganą jako nieporadna nastolatka, która trzech kroków nie zrobi samodzielnie, nie wspominając już o praniu, gotowaniu czy samotnych pieszych wędrówkach. Dlatego starasz się, pracujesz nad sobą niemal przez cały rok. Godzina po godzinie, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu starasz się, bo chcesz coś udowodnić. A gdy przychodzi godzina próby - upadasz przy pierwszym potknięciu. O tym, czy się z tego upadku podniesiesz decydujesz tylko ty. Decyzję jednak podjąć można tylko raz, jeśli będzie niewłaściwa - konsekwencje poniesiesz tylko ty. W końcu swoje życie można przeżyć tylko i wyłącznie samodzielnie. 

Britt Pheiffer jeszcze osiem miesięcy wcześniej uważała się za największą szczęściarę jaka chodzi po ziemi. Od bardzo dawna była zakochana w chłopaku, którego znała w zasadzie przez całe życie. Była przekonana, że jej uczucia na zawsze pozostaną jedynie w fazie fantazji, bo w końcu Cal, brat jej najlepszej przyjaciółki Korbie pozostawał całkowicie poza jej zasięgiem. Ubiegłej wiosny zdążyło się jednak coś wspaniałego - Calvin Versteeg w końcu zwrócił na nią uwagę i stał się jej oficjalnym chłopakiem. No może nie jest to do końca prawda - w końcu Cal usilnie prosił ją, by ich związek pozostał nieujawniony. W końcu tyle się działo, dostał się na wymarzone jego ojca, musiał się przenieść do Stanford, no a tam, jak to przystało na studenta - z zaliczyć najwięcej jak się da dziewczyn. Dlatego też Cal zaraz po rozpoczęciu nauki zerwał z Britt telefonicznie. Czy jego zachowanie kryje drugie dno? Czy to możliwe, by chłopak chciał ją przed czymś obronić? A może najprostsze rozwiązanie jest najbliższe prawdy, i Cal po prostu stracił nią zainteresowanie? By dowiedzieć się tego, oraz odkryć tajemnice Britt, Cala i Masona, koniecznie należy zapoznać się z Black ice. 

Książka wciąga, i to już od pierwszych napisanych przez Becce Fitzpatrick słów. To tylko utwierdza czytelnika w przeświadczeniu, że czeka go znakomita lektura. Nieustanne zwroty akcji, pełne napięcia i brutalności sceny. Pościgi, strzelaniny i wielość zagadek do rozwiązania, które mnożą się z każdym kolejnym rozdziałem, to to, co tygryski kochają najbardziej. Nic dodać, nic ująć. Powieść jest fenomenalna i warta każdej poświęconej jej chwili. Podczas finiszu, aż chce się zawołać, że chce się więcej i więcej. NIE! Nie chcę kończyć! Chcę czytać dalej. Może będzie kolejna część? Proszę, PROSZĘ! No ale niestety, jak to zwykle w życiu bywa, wszystko co dobre, szybko się kończy. I raczej nie zapowiada się na kontynuację tej powieści. Przyznać się muszę, że po serii Szeptem, miałam pewne wątpliwości, czy chcę jeszcze czytać coś co napisała Becca Fitzpartick. Odrobinę zawiodłam się na ostatniej części tamtej serii, i pozostał mi po niej pewien niesmak. Teraz jednak to wspomnienie w całości wymazuje. Black ice to świetna pozycja, którą mogę z czystym sumieniem polecić każdemu. Zdecydowanie warto się z nią bliżej zapoznać.

Sil
 Baza recenzji Syndykatu ZwB