18 czerwca 2014

Podróżować w czasie („Nieskończoność” H.J. Rahlens)

„Nieskończoność” H.J. Rahlens
wyd. Egmont
rok: 2013
str. 455
Ocena: 5,5/6


Shut the door,
Turn the light off.
I wanna be with you,
I wanna feel your love.*


Siedzę przed komputerem, wpatruję się w okładkę książki, a w głowie mam totalny... Nie będę kończyła zdania, bo musiałabym nieźle naprzeklinać. Co się właśnie stało? Czy to stało się naprawdę, czy to tylko moja wybujała wyobraźnia? Nie potrafię pozbierać się po przeczytaniu Nieskończoności. Była ona tak… inna od tego, co przeczytałam do tej pory. Równocześnie lektura ta była fascynującym doświadczeniem, zupełnie oderwanym od szarej rzeczywistości. Myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy z racji tego, że przeczytałam tak dużo różnych książek i fanficów (aczkolwiek jest to jest to i tak niewiele w porównaniu do tego, ile przeczytała moja siostra ;P). A tu nagle BUM! Jak nagła ciąża. Dostałam do ręki Nieskończoność autorstwa Holly-Jane Rahlens. Na początku trochę kręciłam nosem, bo „koniec roku” i trzeba „wyciągać oceny”, bo to, bo tamto. Jednak kiedy przeczytałam pierwszą stronę nijak nie potrafiłam skupić się na innych rzeczach, typu biologia czy fizyka. To tyle słowem wstępu, jeśli chcecie dowiedzieć się, co tak bardzo mnie zafascynowało, koniecznie czytajcie dalej.

Jest rok 2264. Dwudziestosześcioletni Finn Nordstrom właśnie dostaje do przetłumaczenia pamiętnik pewnej trzynastolatki. Ma wątpliwości związane z tą pracą, ponieważ „zeszyt ma kolor wściekłego rożu i nie pachnie zbyt przyjemnie”, ale jednocześnie zastanawia się, jak Laboratorium było w stanie, tak wiernie, skopiować pamiętnik dziewczynki. Na samym początku czytanie wręcz go nudzi. Bo w końcu kto chce czytać w kim „zakochała” się trzynastolatka, albo co dostała na urodziny? W każdym bądź razie ja bym nie chciała… Ale z racji tego, że przyjął zlecenie, wciąż rzetelnie tłumaczył - kartka po kartce, słowo po słowie - to co napisała tajemnicza E. Z każdą chwilą coraz bardziej fascynowały go myśli dziewczynki, dlatego też, gdy dostał do przetłumaczenia drugi pamiętnik E. zrobił to z ogromną przyjemnością, dowiedział się także, iż piętnastoletnia wówczas dziewczyna ma na imię Eliana.
Pewnego dnia do jego gabinetu zawitał Dok-Dok RikritSriwanichpoom (dłuższego nazwiska nie mieli na stanie??), wraz z przyjaciółką Finna – Rouge. Dziewczyna i Finn dostają zlecenie przetestowanie nowej gry, tajemniczo zatytułowanej „Projekt czas”. Chłopak bardzo niechętnie się na to godzi, gdyż nie przepada za grami. Razem wyruszają do 2003 roku. Gra jest na tyle realistyczna, że gdyby Finn nie wiedział, że jest grą, pomyślałby, że rzeczywiście przeniósł się w czasie. Kiedy młody mężczyzna wykonuje swoje zadania, w niewielkiej księgarni spotyka… uwaga, uwaga, werble poproszę… Elianę, która jest zupełnym przeciwieństwem jego wyobrażeń, a poznaje ją tylko po tym, że dziewczyna jest razem z mamą, która woła ją po imieniu. Czy Finn i Eliana porozmawiają ze sobą? Jak potoczy się ich znajomość? Co chłopak wyczyta w pamiętniku, który dostanie do przetłumaczenia po swoim powrocie z gry? Czy wszystko skończy się szczęśliwie? Tego dowiecie się tylko i wyłącznie wtedy, gdy przeczytacie Nieskończoność.

Zastanawiacie się zapewne, do czego służy tekst napisany pochyłą czcionką na samej górze. Hmm… tego Wam nie zdradzę, ponieważ sadzę (a przynajmniej mam taką nadzieję), iż zrozumiecie o co mi chodzi, podczas czytania tej książki.

Powieść jest, tak jak wspomniałam na samym początku, bardzo inna od „zwykłych powieści”. Dzięki niej możemy dosłownie przenosić się w czasie. Rozbudowane opisy pozwalają „wczuć” się w postać, o której aktualnie mowa.

Jest jednak jeden haczyk. Trzeba czytać bardzo uważnie, gdyż łatwo zgubić watek. W zasadzie, cała książka jest pisana w trzeciej osobie liczby pojedynczej, rzadko kiedy zdarzają się zwroty z użyciem pierwszej osoby. To, moim zdaniem, jest minus, ale w końcu takie było zamierzenie autorki, prawda? Wyplenienie poczucia własnej osobowości, to coś, do czego dążą ludzie w 2264 roku. Uważają, że „tak będzie lepiej dla ludzkości”. W końcu nie można koncentrować się tylko na sobie. Co za bzdury… to akurat najmniej mi się podobało. Ale pomijając ten mało znaczący fakt, książka jest naprawdę warta uwagi i każdej poświęconej na nią chwili (nawet jeżeli to wiąże się z niższą oceną końcowo-roczną, hahahaha, jak dobrze, że tak się nie stało w moim przypadku :D).

*One Direction – Moments

„Wakacje na horyzoncie!
Naprawdę? Gdzie?!”

Vic :D

16 czerwca 2014

Nigdy nie mów nigdy („Granica mroku” Mo Hayder)

"Granica mroku” Mo Hayder
wyd. Sonia Draga
rok: 2014
str. 440
Ocena: 5/6


Dwie siostry.
Dwa spojrzenia na życie.
Dwa skrywane problemy.

Jak daleko jesteśmy w stanie się uciec, by nasze tajemnice nie wyszły na jaw? Jak wiele możemy zrobić, by inni nie przestali postrzegać nas tak, jak tego chcemy? Pragniemy, by nic się nie zmieniało. Chcemy pozostać tu i teraz, albo iść do przodu - nigdy się nie cofać. Czasem jednak los płata nam figla i nie daje możliwości realizacji tak niewielkich w zasadzie zamierzeń. Każdy kolejny krok, który zdawałoby się, pozwala nam pójść do przodu, w rzeczywistości oddala nas od wyznaczonego celu. Jesteśmy dalej i dalej i w żaden sposób nie jesteśmy w stanie się zatrzymać. Aż wszystko przepada i nie ma już do czego dążyć.

Sally była zawsze, przynajmniej według Zoe, tą bardziej kochaną i wychwalaną córką. Ładna, uczynna, troszkę głupiutka. Wysłana przez rodziców do "odpowiedniej szkoły", wkrótce po jej ukończeniu spotkała mężczyznę swojego życia, wyszła za niego i stworzyła z nim rodzinę. Sally nie musiała się niczym przejmować. Mąż dobrze zarabiał, stać ich było na drogie prezenty dla znajomych i na wszystko, czego tylko zapragnęła Millie, ich oczko w głowie. Kobieta nie spodziewała się więc, że ten sam mężczyzna, z którym co wieczór kładła się do łóżka, z dnia na dzień zmieni jej życie. No, może nie sam, pomogła mu w tym inna, młodsza kobieta, która zaszła z nim w ciążę. Nie było się nad czym zastanawiać. Dziewczyny spakowały się, zabrały swoje rzeczy i wyprowadziły do domu, kupionego im przez Juliana. Sally nie chciała nic dla siebie, nawet nie pomyślała o tym, że mąż powinien zabezpieczyć ją finansowo. Chciała tylko, by córka nie odczuła ich rozwodu. Julian miał opłacić jej naukę w prywatnej szkole, do której uczęszczała i zapewnić dom. Kiedy rok później zaczęły spływać rachunki, dotyczące spłaty kart kredytowych, Sally nie wiedziała co począć. Nigdy nie musiała się martwić pieniędzmi, nie wiedziała więc, jak to możliwe, że w ciągu kilkunastu miesięcy wydała wszystko, co miała. Żeby zapewnić córce życie na poziomie, do którego została przyzwyczajona, musiała znacznie nadwyrężyć swoją godność. I niekoniecznie chciała, by się ktokolwiek o tym dowiedział.

Zoe osiągnęła to, do czego dążyła. Jest w Bath szanowaną i twardo stąpającą po ziemi panią detektyw. Nie martwi się dniem następnym, cieszy się tym, co ma. W salonie stoi jej ukochany motocykl, a do snu utula ją kolega z pracy. Żadnych poważnych zobowiązań. Żadnych związków i obietnic "na zawsze". Bo Zoe uważa się za złą osobę. Wychodzi z założenia, że takiej jak ona, nie należy się nic ponad absolutne minimum. Nie planuje więc żyć długo i szczęśliwie. Nie ma w planach ani męża, ani dzieci. Praca i motocykl, to jedyne, co się dla niej liczy. Od lat Zoe próbuje odpokutować kilka fatalnych decyzji, jakie podjęła będąc nastolatką. Najpierw tragiczne według niej wydarzenia w domu, a później... potem było już tylko gorzej. Gdy Zoe w końcu się pozbierała, zdecydowała, że nikt nigdy nie dowie się, jak źle postępowała. Wstąpiła w szeregi policji i żyła nadzieją, że prawda nigdy nie wyjdzie na jaw.

Jak to jednak bywa z losem, bywa przebiegły i niepojętny. Siostry od lat nie utrzymywały ze sobą kontaktów. Każda nosiła w sercu jakąś zadrę i każda starała się uporać z przeciwnościami. W jednym były zgodne, nie chciały by ta "druga siostra" dowiedziała się o problemach "pierwszej". Gdy w pobliżu kanału odnalezione zostaje ciało Lorne Wood, ścieżki kobiet niespodziewanie splatają się ze sobą. Co wyniknie z tego spotkania? Czy siostry pogodzą się po latach? Czy wybaczą sobie? Czy jedna drugiej będzie w stanie pomóc? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy sięgnąć po powieść Mo Hayder zatytułowaną Granica mroku.

Od samego początku książki, od pierwszych przeczytanych zdań, wiedziałam, że to będzie znakomita, pouczająca i wciągająca lektura. Nie mogłam się od niej oderwać. Czytałam i z każdą chwilą chciałam więcej i więcej. Co będzie dalej? Jak to się potoczy? Jak historia się zakończy? Jakie tajemnice z przeszłości skrywają siostry i jak przekładają się one na ich teraźniejszość? Historia wykreowana przez autorkę pobudza do myślenia i, choć miejscami wydaje się nieprawdopodobna, to koniec końców nie może być prawdziwsza. Jest miłość i zazdrość. Jest morderstwo i możliwe przyczyny jego popełnienia. Są podejrzani i potencjalne kolejne ofiary. Są małe problemy rosnące do rangi tragedii życiowych. Jest dobro i zło, które wzajemnie się przecinają i chwilami nie da się ich od siebie oddzielić.

Granica mroku to znakomita książka, która jest nie tylko pasjonującym thrillerem, ale i nieprzekombinowanym studium ludzkich zachowań w dramatycznych sytuacjach. Zdecydowanie warta polecenia.


Sil


Baza recenzji Syndykatu ZwB

13 czerwca 2014

Do celu („Stan zagrożenia” Erica Spindler)

„Stan zagrożenia” Erica Spindler
wyd. Mira
rok: 2014
str. 496
Ocena: 4,5/6



Każdy, kto lubuje się w thrillerach romantycznych wie, że jedną z mistrzyń tego gatunku jest Erica Spindler. Chcąc przeczytać tego typu powieść nie trzeba się specjalnie nadwyrężać, zastanawiając, po czyją pozycję sięgnąć. Wybór staje się jeszcze łatwiejszy, gdy do księgarń wchodzi kolejna książka tej autorki. Po prostu trzeba po nią sięgnąć i oczywiście przeczytać. Tak było, jest i będzie. Wątpię, by to się kiedyś miało zmienić, no chyba że Erica Spindler postanowi zakończyć karierę międzynarodowej powieściopisarki.

Kate i Richard Ryanowie mieszkają w wielkiej, okazałej, niemal stuletniej rezydencji w Mandeville w stanie Luizjana. Mieszczący się przy Lakeshore Drive dom może być przedmiotem zazdrości wielu osób i wiele mówi o statusie, jaki osiągnęli jego właściciele. Pewnie niejedna osoba mówiła sobie pod nosem, albo i dość głośno, że tym to się musiało poszczęścić. I w zasadzie trudno się z tym nie zgodzić. Niestety, jak to często bywa, od: "w zasadzie" do: "zdecydowanie", droga jest dość kręta i wyboista. Tak jest i w tym wypadku. Mówiąc wprost, Kate i Richard nie mają tego, czego zawsze najbardziej pragnęli - dziecka. Do tego okazuje się, że przyczyna takowego stanu leży po stronie Richarda. Gdyby nie jego bezpłodność, gdyby nie związek z nim, Kate zapewne już dawno miałaby gromadkę pociesznych maluchów. Stało się jednak jak się stało, Kate wybrała Richarda, a Richard ją i poza tą jedną "niedogodnością", są ze sobą naprawdę szczęśliwi. W związku z powyższym postanawiają, że nieważne jakie przeciwności przyjdzie im jeszcze przejść - będą mieli upragnionego potomka. Decydują się na adopcję i wkrótce w ich domu pojawia się mała Emma. Dziewczynka jest dla nich spełnieniem wszystkich marzeń i pragnień. Do tego jest im dane zajmować się nią od początku - uczestniczą w adopcji ze wskazaniem. Młoda matka - Julianna, to ich wybiera na rodziców tej malutkiej istotki. Niestety - nie robi tego tylko i wyłącznie z dobroci serca. Jeszcze nim poznaje tę parę w życiu realnym, wie, że to Richard będzie ojcem dla jej dziecka. Dziewczyna zakochuje się bez pamięci w postaci z zaprezentowanej jej fotografii. Od początku więc wie dwie rzeczy - po pierwsze, jej córka wychowa się w kochającej rodzinie, i po drugie - że za wszelką cenę musi zdobyć Richarda. Czy jej się to uda? Jak potoczą się losy małej Emmy i jej rodziców, zarówno adopcyjnych, jak i biologicznych? Kto i dlaczego ściga Juliannę? Czy to możliwe, by to wszystko mogło się dobrze skończyć? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po Stan zagrożenia autorstwa Erici Spindler.


Było więcej niż pewne, że ta książka pochłonie mnie od początku do końca. Całość czyta się bardzo przyjemnie i oczywiście w tempie, na które w żadnym wypadku nie można się skarżyć. Stan zagrożenia jest bardzo dobrze napisany. Każdy bohater cechuje się unikalną, pełną barw osobowością, która wspaniale wyróżnia go na tle innych postaci. Całość jest napisana w sposób bardzo realny, w związku z czym poszczególni bohaterowie wydają się nam tak bliscy jak rodzina, przyjaciele czy sąsiedzi. Za każdym razem, gdy odkładałam tę książę na półkę, zaczynała ssać mnie wewnętrzna potrzeba powrotu do lektury. Książka kusiła mnie i zdarzyło mi się przez nią nie wyspać. Stan zagrożenia wciąga i długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Powieść zdecydowanie polecam, zarówno miłośnikom samej Eirci Sindler, jak i czytelnikom, którzy jeszcze nie mieli przyjemności poznać tej autorki, ale mają ochotę przeczytać dobry thriller zakrapiany wytrawnym romansem.

Sil

 Baza recenzji Syndykaty ZwB

11 czerwca 2014

Nadzieja umiera ostatnia („Hopeless” Colleen Hoover)

PREMIERA 19.06.2014

„Hopeless” Colleen Hoover
wyd. Otwarte
rok: 2014
str. 382
Ocena: 5,5/6


Jesteś lekiem na całe zło
I nadzieją na przyszły rok.
Jesteś gwiazdą w ciemności,
Mistrzem świata w radości,
Oto cały ty. *

Od kilku godzin siedzę przy komputerze i patrzę na mrugający w Wordzie kursor. Niedawno zakończyłam lekturę Hopeless autorstwa Colleen Hoover. W sumie mogłam skończyć czytać już wczoraj... chciałam jednak finał finałów zostawić na następny dzień, tak by w spokoju, zaraz po nim, napisać recenzję. Właśnie z wieczoru zrobiła się noc, a recenzja wciąż nie powstała. W głowie kotłują mi się setki myśli: od czego zacząć?, o czym wspomnieć?, co pominąć?, jak to ująć? Myślę, myślę i wymyślić nie potrafię. W końcu doszłam do wniosku, że najlepiej i najłatwiej będzie pójść na żywioł, zacząć pisać i dać się ponieść impulsom płynącym od mózgu do dłoni. Oby ta decyzja była słuszna... Oby recenzja była taka, jaką od początku chciałam napisać.

Linden Sky Davis, w zasadzie niczym nie różni się od swoich rówieśniczek, przy czym słowo "w zasadzie", to klucz do rozwiązania jej zagadki. W zasadzie dobrze się uczy, ale nikt nie wie, jakby jej szło, gdyby zamiast nauczania w domu uczęszczała do szkoły. W zasadzie może wszystko, nie ma wyznaczonej godziny policyjnej, ale jej mama sprzeciwia się wszelkim przejawom techniki w domu. W zasadzie fajna z niej dziewczyna, ale chłopcy zamiast z nią rozmawiać wolą umawiać się z nią na "macane" randki. W zasadzie wszystko z nią w porządku, ale czasem śni się jej, że płacze, a przecież nigdy tego nie robi. W zasadzie wielu może powiedzieć, że coś ich z nią łączyło, ona jednak nie powie tego o żadnym facecie, bo kiedy jest z nimi nic nie czuje. No może to niezupełnie prawda - czuje przyjemne odrętwienie, które pozwala się jej wyłączyć, a tego właśnie chce. Jej najlepsza przyjaciółka - Six, od dawna próbuje zrozumieć, jaki Sky ma problem. Może jest lesbijką? Może cierpi na jakąś niezdiagnozowaną chorobę? Może przeżyła jakąś traumę, którą wyparła z pamięci? A może nie spotkała jeszcze chłopaka, który obudziłby w jej brzuchu mityczne motylki? Six ma nadzieję, że wkrótce się to zmieni, dlatego namawia przyjaciółkę, by ta ostatni rok nauki przeżyła w miejscowym liceum, a nie w domu. Nie wspomina jedynie, że jej tam wówczas nie będzie, bo wybiera się na międzynarodową wymianę. Jak w tej sytuacji poradzi sobie Sky? Czy zdecyduje się pójść do szkoły? Jak będą traktować ją rówieśnicy? I, co chyba najważniejsze, czy spotka kogoś, dzięki komu poczuje łaskotanie w brzuchu? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy sięgnąć po Hopeless.

Od pierwszych słów napisanych przez Colleen Hoover wiedziałam, że jej najnowsza powieść trafi do u mnie na półkę "najlepsze z najlepszych". Z każdą kolejną stroną coraz bardziej martwiłam się o zakończenie całej historii. Wiedziałam, że mam w dłoniach dramat i choć uwielbiam takie historie, to bardzo nie chciałam, by finisz był tragiczny. Im więcej czytałam, tym bardziej się denerwowałam. To było jak tykanie zegara, bliżej końca stawało się coraz głośniejsze i bardziej denerwujące. Pod koniec opowieści systematycznie odkładałam Hopeless na półkę po każdym rozdziale. Chciałam równocześnie przedłużyć przyjemność czytania i oddalić nieuniknione zakończenie całej historii.

Gdy skończyłam czytać, poczułam... nie, nie. Nie powiem wam, czy poczułam ogromny smutek czy ulgę. Na pewno poczułam, że autorka postąpiła zgodnie ze swoim sumieniem i zakończyła opowieść tak, jak tego chciała. Bez sztuczności. Bez naciągania. Bez zbędnego przerysowywania postaci. Dla mnie było w sam raz.

Hopeless to wspaniała książka, którą naprawdę trudno zdefiniować. Dramat. Romans. A miejscami również sensacja. Jest więc dokładnie tym, co lubię najbardziej. Czyta się ją bardzo szybko, nie ma dłużyzn i zbędnych fragmentów. Bohaterowie zarysowani zostali przez autorkę w rzetelny i bardzo realny sposób. Nie czuć od nich fałszu ani przesady. Dlatego tak łatwo uwierzyć w to, co Colleen Hoover napisała. Hopeless to powieść z morałem i przesłaniem. Doskonała. Godna polecenia zarówno młodszemu, jak i starszemu pokoleniu, bez względu na płeć. Naprawdę warto sięgnąć po Hopeless, by dowiedzieć się, co oznacza prawdziwa beznadzieja. 

"Próbuję powstrzymać się przed odwróceniem się do niego i zdzieleniem do w twarz. Przecież jest pijany, wymamrotał to przez sen. Trudno powiedzieć, czy ona naprawdę coś dla niego znaczy, może to tylko sen. Ale... kim, do jasnej cholery, jest ta Hope? I jak to możliwe, że ją kocha?"**

Sil

*Krystyna Prońko - Jesteś lekiem na całe zło
** str. 209

4 czerwca 2014

W imię ojca („Mroczny triumf” Robin LaFevers)

„Mroczny triumf” Robin LaFevers
wyd. Fabryka Słów
rok: 2014
str. 504
Ocena: 4,5/6





Czasem ślepy los stawia nas przed rzeczywistością, która jest gorsza od najstraszniejszych koszmarów. Czasami bardzo chcemy o czymś zapomnieć, ale wydawałoby się, że bliscy ludzie zmuszają nas do stawienia czoła demonom przeszłości. Są chwile, w trakcie których jesteśmy pewni, że gorzej być już nie może, a po chwili okazuje się, że jednak może. Są chwile, które naznaczają nas na zawsze.

Gdy kilka lat wcześniej Sybella dowiedziała się, że jest córką Śmierci, spadł jej wielki kamień z serca. Czternaście lat życia w koszmarze nagle jakby się rozmyło, odeszło w cień. Szczególnie, że z racji swojego pochodzenia upomniał się o nią klasztor Świętego Mortaina. Nie spodziewała się, że jej życie może ponownie stać się koszmarem na jawie, a jednak. Choć w klasztorze spotkała przychylne jej córy Śmierci, to ksieni od początku traktowała ją jak wroga numer jeden. Sybella wpadła więc z deszczu pod rynnę, wkrótce więc zaczęła planować ucieczkę. Na szczęście, nim przystąpiła do realizacji swych planów została wysłana na misję. Niestety, miała się ona dla niej okazać kontynuacją dawnego koszmaru. Dlaczego? Bo przeorysza wysłała ją do gniazda szerszeni - oddała Sybellę najokrutniejszemu z potworów - d'Albretowi, którego dziewczyna przez czternaście lat traktowała jak ojca. W domu czaiły się oczywiście i inne zmory -między innymi bracia, w których jakby wypaliły się iskra dobroci, którymi obdarowały ich przy narodzinach matki. Byli również sojusznicy d'Albreta, którzy nie tylko w imię sprawy są w stanie dopuszczać się największych okrucieństw. Gdyby ksieni nie obiecała jej, że będzie mogła zabić swojego prześladowcę - dziewczyna na pewno nigdy by do niego nie wróciła. Niestety, mijały miesiące w domu d'Albreta, a skrytobójczyni wciąż nie widziała u okrutnika piętna, pozwalającego jej na wysłanie jego duszy w zaświaty. Kiedy dostała kolejne zlecenie od Klasztoru, była bliska zamordowania w imię wyższych racji, bez wyraźnego znaku. Nie było jej to jednak wówczas dane - za to kolejne wydarzenia zupełnie odmieniły losy dziewczyny.


Mroczny triumf, to powieść opowiadająca dalsze losy bohaterów Posępnej litości. Jednak tym razem autorka prezentuje nam historię oczami wyłącznie jednej osoby - Sybelli. To ona opowiada i dzięki niej wiemy, jak wiedzie się osobom, które poznaliśmy już wcześniej. Widzimy i czujemy to co ona, dręczą nas te same koszmary i przeżywamy te same wzniosłe uczucia. Na początku jednak... wraz z nią się nudzimy. Niestety, pierwszych sto stron (no może nie wszystkie były równie nudnawe), wywoływało u mnie napady nagłej i niepohamowanej senności. Już myślałam, że będę się musiała poddać i nie poznam dalszych losów Sybelli. Na szczęście coś się ruszyło i kolejnych czterysta stron przeczytałam w mgnieniu oka. I powiem jedno - było wartko i brawurowo. Dużo nagłych zwrotów akcji powodowało, że książka wciągała i nie pozwalała się od siebie oderwać nawet na minutkę. Odrobinę żałowałam, że nie było nam dane podglądać od środka życia i uczuć innych bohaterów, ale nie wymagałam tego aż tak mocno, by brak takiego poprowadzenia narracji mi przeszkadzał. Zakończenie jest w pełni satysfakcjonujące, ale nie zamknięto wszystkich wątków. Liczę więc, że będzie nam dane poznać dalsze losy cór Mortaina. Zdecydowanie polecam lekturę i to nie tylko tym, którzy czytali Posępną litość. Moim zdaniem można te powieści spokojnie czytać oddzielnie.

 Baza recenzji Syndykatu ZwB