30 listopada 2011

Cenne swaty („Za milion dolarów” Susan Mallery)


„Za milion dolarów” Susan Mallery
wyd. Mira
rok: 2011
str. 448
Ocena: 4/6



Jak już wielokrotnie powtarzałam, staram się omijać romanse szerokim łukiem. Jakoś tak zwykle bywa, że trafiam na płytkie historie, które zapomina się szybciej niż czyta. Jednak czytając zapowiedź powieści Za milion dolarów coś mnie tknęło i postanowiłam, że spróbuję. Cóż, raz kozie śmierć. Zresztą, od czasu do czasu można pozwolić sobie na chwilę wytchnienia od ciągłych morderstw, pościgów i potworów. I choć za oknem szaro i ponuro, sięgnęłam po książkę Susan Mallery. I, wbrew oczekiwaniom, przeczytałam całkiem interesującą opowieść, a w zasadzie trzy opowieści traktujące o trzech siostrach, których przebiegła cioteczna babka postanowiła nieco namieszać w ich życiorysach. Ale o tym szerzej poniżej.

Po latach nieutrzymywania kontaktów w życiu Julie, Willow, Mariny i ich matki pojawia się dawno niewidziana postać, mianowicie macocha tej ostatniej, którą w skrócie i bez zbędnego gmatwania nazwać można cioteczną babką dziewcząt. Widząc ich nienajlepszą sytuację materialną i chcąc wetknąć nos w ich sprawy proponuje im dość intratny, choć niezbyt uczciwy, interes. Jeśli którejś z nich uda się poślubić Todda Astona III, to każda z nich, włącznie z matką, otrzyma po jednym milionie dolarów. Kwota niebagatelna, ale czy warta świeczki? Bo przecież, jeśli babka aż tyle chce zapłacić za związanie się z nim, to chyba musi z nim być coś nie tak, prawda? Dziewczyny po naradzie dochodzą do wniosku, że chcą przekonać się, o co w tym wszystkim chodzi. W związku z tym grają w „papier, kamień, nożyce” i w ten sposób ustalają kolejność umawiania się z nieznanym im, dalekim krewnym, Toddem.

Na pierwszy rzut idzie najstarsza z sióstr, Julie, która już na początku spotkania musi zmienić zdanie o Todzie Astonie II. Bo mężczyzna ani nie jest brzydki, ani stary, ani nudny i głupi. Wręcz przeciwnie. Milioner okazuje się ponadprzeciętnie przystojny i inteligentny. Nikogo więc nie powinno dziwić miłosne zakończenie ich pierwszej randki. I tak w sumie mogłaby się skończyć ta opowieść, jednak… okazuje się, że mężczyzna, z którym Julie spędziła noc, wcale nie jest tym, z którym miała się spotkać. Na jaw wychodzi intryga naszego milionera, który wysłał na spotkanie swojego kuzyna Ryana, wychodząc z założenia, że kobieta umówiła się z nim tylko i wyłącznie ze względu na pieniądze. Czy można się było bardziej pomylić? Raczej nie. I tak mogłaby się skończyć ta historia, ale… No właśnie, by się tego dowiedzieć, koniecznie musicie sięgnąć po książkę Susan Mallery.

W dalszej części książki, a w zasadzie w pozostałych dwóch opowiadaniach, autorka opisała historię Willow i Mariny. By nie zdradzać za wiele powiem tylko, że… dużo się działo. Autorka w znakomity sposób poprowadziła ich wątki, nie zapominając o nawiązywaniu do historii Julie, co więcej, rozwijając ją. Czy dziewczyny znajdą upragnione szczęście? Czy coś zmieni się w ich życiu? Co przyniosą dalsze części tej mini sagi? Kogo spotkają na swoich ścieżkach? Jak pod koniec będzie wyglądała sytuacja materialna trzech kobiet i ich matki? Jakie stosunki będą je wiązać z babką? Tego oraz wielu, wielu innych rzeczy dowiecie się podczas lektury książki Za milion dolarów autorstwa Susan Mallery.

Osobiście powiedzieć mogę, że książka była lekka, przyjemna i zabawna. Czytało się ją dobrze i bardzo szybko. Strony przelatywały przez palce niemal w ekspresowym tempie. Autorka zastosowała strukturę przyczynowo-skutkową, dzięki czemu każde kolejne zdarzenie wypływało z poprzedniego. Choć całość jest zdecydowanie bajkowa i oderwana od rzeczywistości, to nie przeszkadza to w odbiorze lektury. Główni bohaterowie zostają z czytelnikiem na dłużej i aż chce się przeczytać na ich temat coś więcej. Lektura zdecydowanie kobieca, idealna na chłodny wieczór przy kubku parującej gorącej czekolady.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Mira

29 listopada 2011

Dla wszystkich fanów mocnej literatury! Syndykat Zbrodni w Bibliotece


Kto uważnie poczytywał ostatnio moje posty z gatunku "wolne myśli" mógł się domyślić, że coś się szykuje, że mam dla Was jakąś niespodziankę i misję do spełnienia. I oto przyszedł ten czas, ruszamy i informujemy.
Powstał Syndykat Zbrodni w Bibliotece mający na celu propagowanie wśród czytelników literatury z gatunku: kryminał, thriller, horror wraz z różnymi ich miksami z innymi gatunkami literackimi. Oczywiście na tym nie kończymy, bo SZwB ma też inne cele. Chcemy by wszyscy poznali Zbrodnię i by wszyscy fani Zbrodni poznali jej propagatorów, czyli nas - blogerów.  W związku z tym na portalu Zbrodnia w Bibliotece stworzona zostanie specjalna podstrona, na której każdy bloger przystępujący do Syndykatu będzie posiadał swoją wizytówkę, na której na bieżąco uaktualniane będą linki do recenzji zbrodniczych książek.
Planujemy ogrom konkursów, w tym wybieranie recenzji miesiąca, a jak się SZwB rozwinie, to może nawet recenzji tygodnia i roku. Będzie wybieranie najlepszych kryminałów i inne szalone akcje, w których do wygrania będzie oczywiście zbrodnicza literatura i inne cudne nagrody.
Zaintrygowani?
Chętni?
Żądni wiedzy na temat Syndykatu?
Jeśli tak, proszę o kontakt pod adresem syndykat@zbrodniawbibliotece.pl
Chętnych proszę o przesłanie adresu bloga i namiarów na siebie.
Odpowiemy na wszystkie pojawiające się pytania i chętnie zapiszemy Was do Syndykatu. Liczę, że poinformujecie o nowym tworze, czyli SZwB swoich znajomych, bo wiecie, w grupie raźniej :)
Podoba Wam się pomysł? Jakieś opinie? Liczę na komentarze :)

Niebezpieczne młodzieńcze zapiski („Niewidzialne Kolegium” Fabrizio Battistelli)


„Niewidzialne Kolegium” Fabrizio Battistelli
cykl: Przygody kawalera Riziera
wyd. Oficynka
rok: 2011
str. 208
Ocena: 4,5/6


Staram się przestrzegać zasady, by cykle wydawnicze czytać w odpowiedniej kolejności, bez pomijania czegokolwiek. Jest to o tyle istotne, iż nierzadko się zdarza, że wiedza na temat wcześniejszych wydarzeń jest niezbędna do zrozumienia akcji toczącej się w kolejnych odsłonach cyklu. Przede wszystkim dlatego tak długo zwlekałam z przeczytaniem Niewidzialnego Kolegium, stanowiącego drugą część przygód Rizeria z Pietracuty, zapoczątkowanych powieścią Konklawe. Przyszedł jednak taki czas, w którym wewnętrzna potrzeba zaznajomienia się z przeszłością bohatera stała nieistotna, więc z czym prędzej sięgnęłam po posiadaną w swych zbiorach powieść Fabrizio Battistelli’ego.

Głównym bohaterem Niewidzialnego Kolegium, jest kawaler Riziero. Przystojny, inteligentny młodzieniec, swego rodzaju osiemnastowieczny agent służb specjalnych, który żadnego zadania się nie boi i lubuje się w podbojach damskich serc. Pewnego zimowego grudniowego poranka, roku pańskiego 1743, tuż przed wyjazdem Riziero do Castelnuovo, młodzieniec zostaje wezwany do Biura Kustosza Biblioteki przez swojego brata Oliviero. Bardzo szybko okazuje się, iż nasz bohater będzie musiał zmienić swoje plany i pozostać w Rzymie jeszcze przez jakiś czas i to bynajmniej nie z jakiegoś błahego powodu. Oliviero i monsinior Bottari w wielkiej tajemnicy wyjawiają mu, iż z bibliotecznych zbiorów skradziono rękopis młodego wówczas Lambertiniego, który aktualnie bardziej znany jest jako Benedykt XIV – czyli Ojciec Święty. Riziero zobowiązany zostaje do dochowania dyskrecji ponieważ skradziona rozprawa, zatytułowana De cultu Sanctorum, neguje kult świętych, Madonny a miejscami bliżej jej do protestantyzmu niż katolicyzmu. Rozprawa ta, już w momencie powstania stwarzała zagrożenie dla autora, a w chwili, gdy piastuje on najwyższy urząd w Kościele Katolickim, jej ujawnienie spowodować może katastrofę. Zadaniem kawalera jest więc jak najszybsze odnalezienie skradzionego rękopisu. Podejrzenie pada na tajne stowarzyszenie zwane Niewidzialnym Kolegium, o którym wszyscy wiedzą że istnieje, ale nikt nie ma pojęcia, kto wchodzi w jego skład. Wiadomo jedynie, że tworzą je ludzie przeciwni papieżowi i jakimkolwiek zmianom w Kościele. Czy dzielny kawaler odnajdzie skradzione dzieło nim ujrzy ono światło dzienne? Kto naprawdę stoi za jego zaginięciem? Kogo pozna Riziero podczas niebezpiecznej podróży? Tego i wielu innych interesujących rzeczy dowiecie się, jeśli sięgniecie po drugą część przygód kawalera Riziero autorstwa Fabrizio Battistelli’ego.

Osobiście przyznać muszę że choć, jak wspominałam wcześniej, zwykle staram się nie czytać serii wydawniczych w kolejności innej niż zamierzona przez autora, to tym razem nie odczuwałam braku pierwszej części. Niewidzialne Kolegium zapewne tak samo jak Konklawe to dwie integralne powieści, połączone osobą głównego bohatera, jego przyjaciół i rodziny.

Powieść wciąga czytelnika od pierwszych zdań i choć akcja nabiera tempa stopniowo, to nie pozwala mu oderwać się od niej, aż do samego końca. W ten właśnie sposób dwustustronicowa lektura pochłonięta zostaje w jedno popołudnie. Niewidzialne Kolegium to nie tylko doskonały kryminał ale również przedstawienie ówczesnych celebrytów i rządzących nimi pragnień. Autor pokusił się również o przedstawienie na łamach powieści kilku znanych nam z kart historii postaci, takich jak Casanova czy prawnuk Jana Sobieskiego – Henryk Benedykt Stuart. Lektura jest nie tylko pasjonująca i pouczająca, ale również żartobliwa i zaskakująca. Warta polecenia szczególnie osobom lubującym się w książkach przygodowo-kryminalnych osadzonych w dawnych czasach. Zachęcam. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Oficynka i portalowi Zbrodnia w Bibliotece

28 listopada 2011

Bodyguard po polsku („Puszka Pandory” Kornelia Romanowska)


„Puszka Pandory” Kornelia Romanowska
wyd. Novae Res
rok: 2011
str. 230
Ocena: 3/6



Puszka Pandory to kolejna oczekiwana przeze mnie premiera tej jesieni. Dlaczego? Po pierwsze polska autorka. Po drugie – debiutantka. Po trzecie – treść książki, czyli wielki świat, wielkie problemy i wielka miłość. Tak to przynajmniej widziałam, więc… wyczekiwałam. W końcu nadszedł listopad, przybył kurier i wręczył mi przesyłkę. Tak szybko jak mogłam uporałam się z najpilniejszymi lekturami i zabrałam się za powieść Kornelii Romanowskiej.

Główną bohaterką powieści jest Dominika Orzechowska, światowej sławy polska piosenkarka, która swoją wspaniałą karierę zaczęła bardzo wcześnie, bo już jako 16-to latka. Wbrew powszechnej tendencji Dominice do głowy nie uderzyła przysłowiowa „woda sodowa” i nie zachłysnęła się życiem, które stanęło przed nią otworem. Została niemal tą samą dziewczyną, co dawniej. Jedyną różnicą był stan konta, umożliwiający jej dostatnie życie z samych tylko odsetek, aż do śmierci. Wszystko byłoby więc idealne, gdyby nie Magda, siostra Dominiki, stanowiąca jej zupełne przeciwieństwo i wyraźnie źle nastawiona do głównej bohaterki. Pewnego dnia dwudziestosześcioletnia Dominika przestaje czuć się bezpiecznie. Ktoś wyraźnie chce się jej pozbyć. Otrzymywane liściki z groźbami przeradzają się w brutalną napaść na piosenkarkę w jej własnym mieszkaniu. Prześladowca próbujący podtopić dziewczynę, ostatecznie zostawia ją jednak przy życiu. Zdesperowana dziewczyna postanawia zabezpieczyć się na przyszłość i pozbyć się uczucia strachu. Najlepszy przyjaciel Marek, wysuwa propozycję, by Dominika zatrudniła ochroniarza-detektywa, który nie tylko uwolni ją od uczucia prześladowania, ale i znajdzie czyhającego na nią mordercę. I tak właśnie w dotychczas sielankowej egzystencji Domi pojawia się przystojny, wysportowany, inteligentny i uszczypliwy Krzysztof Tyszkiewicz. Jej prywatny bodyguard ma jednak pewne tajemnice, których nie chce wyjawić swojej pracodawczyni. Czy taki układ ma rację bytu? Czy Krzysztofowi uda się uchronić Dominikę przed jej prześladowcą? Kim jest potencjalny morderca i z jakiego powodu nastaje na życie piosenkarki? Czy możliwe, by rozwiązanie leżało na wyciągniecie ręki? I w końcu, skąd taki, a nie inny tytuł powieści? Na większość tych pytań odpowiedź uzyskacie dzięki lekturze powieści Puszka Pandory autorstwa Kornelii Romanowskiej.

Niestety nie mogę powiedzieć, że książka mnie zachwyciła. Nie mogę również powiedzieć, że zapamiętam tę historię na długo. Często dopiero w trakcie lektury, okazuje się, że nie należy ona do czytywanego przez nas gatunku. Osobiście nie przepadam za powieściami, które mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Jedyne odstępstwo od tej reguły stanowią bardzo lubiane przeze mnie powieści fantasy, choć i wśród nich zdarza mi się znaleźć takie, które są nie do zaakceptowania przez mój bardzo logiczny umysł. Podczas lektury staram się skupić w całości na przedstawionym przez autora obrazie i przenieść go na mój własny grunt. Testuję w ten sposób umiejętności autora i realność powieści. Równocześnie nie przepadam za marnowaniem czasu na powieści, którym z racji mojego usposobienia zmuszona jestem wystawić nienajlepszą ocenę. Z tego też powodu zwykle nie sięgam po czyste romanse, w których zwykle jest piękna Ona i cudowny On, przybywający na białym rumaku by wyrwać ją ze szponów smoka. Dzięki takiemu podejściu jest i wilk syty i owca cała. Po Puszkę Pandory sięgnęłam spodziewając się głębszego przesłania. Oczekiwałam tajemnic, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego, psychopaty, który będzie nieuchwytny, a jego motywy, gdy już zostaną ujawnione, wstrząsną wszystkimi. Liczyłam, że zostanie mi pokazana walka dobra ze złem, zwycięstwo miłości nad śmiercią. Dostałam przerysowany romans ze słabym wątkiem kryminalnym, czyli to, za czym nie przepadam. Winić jednak mogę tylko siebie i to, że nastawiłam się na zgoła inny typ książki.

Jak wspomniałam już wcześniej Kornelia Romanowska jest debiutantką. Jak dobrze wiadomo, nie od razu Rzym zbudowano, nie można więc oczekiwać, że już pierwsza książka tej autorki stanie się dziełem literatury współczesnej. Muszę wręcz przyznać, że jak na pierwszy raz poszło jej całkiem nieźle. W powieści znaleźć można kilka błędów rzeczowych, ale takie zdarzają się nawet najlepszym. Gorzej, że przez korektę przedarły się błędy ortograficzne i stylistyczne, co stanowi dodatkowy minus Puszki Pandory. Dodatkowo mnie samej nie udało się odkryć powiązania tytułu książki z jej treścią.

Osobiście tego typu literaturę polecam na leniwe, słoneczne popołudnia, gdy człowiek pragnie się zrelaksować i nie przemęczać umysłu. Polecam również wielbicielom gorących romansów. Autorce życzę jak najlepiej i czekam na jej kolejną powieść, bo z doświadczenia wiem, że im dalej w las, tym wyższy poziom i lepsze pomysły.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Novae Res

27 listopada 2011

Piaski pustyni („Noc w Forcie Haggar” Stephane Heaume)



„Noc w Forcie Haggar” Stephane Heaume
wyd. Muza
rok: 2011
str. 200
Ocena: 4/6




Czemu sięgnęłam po tę pozycję? Odpowiedź na to pytanie jest banalna i tak oczywista jak to, że kocham czytać. To wszystko przez zamieszczony na obwolucie opis powieści. Po pierwsze zakochani fotoreporterzy, po drugie tajemnicze zaginięcie, po trzecie porwanie, po czwarte zagadka do rozwiązania. Przeczytałam krótki zwiastun i… byłam kupiona! Z niecierpliwością wyczekiwałam listonosza i przesyłki z Wydawnictwa Muza. Jak to jednak w moim życiu bywa, nic nie układa się tak, jakbym tego chciała. W związku z tym po tę okraszoną słońcem książkę sięgnęłam dopiero w pochmurne, szare i nieprzyjemne dni listopadowe. Nie żałuję jednak, bo gorące słońce Afryki ogrzało moje zziębnięte ciało.

Julia Schlich i Cliff Clifton są zakochaną w sobie po uszy parą. Ona jest silną i zdecydowaną fotoreporterką, od lat zajmującą się dokumentowaniem wyzysku dzieci w Trzecim Świecie. Cliff nie różni się od niej pod tym względem. Jako światowej sławy dziennikarz zajmuje się tym samym tematem co Julia, która jest nie tylko jego miłością ale i partnerką w pracy. Wspólnie wiodą szczęśliwe i spełnione życie. Na co dzień oddają się temu, co pasjonuje ich oboje i dzięki czemu czują, że się realizują. Wszystko to ulega zmianie w dniu, w którym Cliff znika z życia Julii. Dziewczyna, nie mogąc pogodzić się z tajemniczym zniknięciem partnera, rozpoczyna jego poszukiwania, które trwają nieustannie przez trzy kolejne lata. Podczas tych żmudnych poszukiwań Julia nie odkrywa nic, co mogłoby ją doprowadzić do ukochanego. Pewnego dnia, podczas kolacji w restauracji, dochodzi do porwania, którego ofiarą pada sama Julia. Kobieta zostaje uśpiona, a po przebudzeniu okazuje się, że znajduje się w rezydencji Paula Lamarete’a, francuskiego adwokata, która mieści się… w Afryce. Okazuje się, że Paul jest doskonale poinformowanym człowiekiem, wie niemal wszystko na temat Julii, jej życia z Cliffem oraz jej poszukiwań. Na tym jednak jego wiedza się nie kończy. Ujawnia on dziewczynie, że wie, gdzie znajduje się jej partner i co działo się z nim przez ostatnie trzy lata. Prawda nie jest jednak taka, jakiej spodziewać mogłaby się Julia. To czego się dowie na zawsze zmieni jej życie i spojrzenie na otaczający ją świat. Pytanie jednak brzmi, czy pozna całą prawdę? Czy adwokat miał jakiś ukryty powód, by sprowadzić do siebie Julię? Jak potoczy się jej przygoda? Czy odnajdzie swojego ukochanego? Czy jej życie wróci kiedyś na tory, po których do tej pory się toczyło? Jaki finał będzie miała ta historia? Tego, i nie tylko tego, dowiecie się podczas lektury powieści Noc w Forcie Haggar autorstwa Stephane Heaume.

Książka, choć nie należy do łatwych i przyjemnych lektur, jest pasjonująca. Napisana została w bardzo intrygujący sposób, który przyciąga do siebie czytelnika i nie pozwala mu się oderwać od powieści. Autor zmusza odbiorcę do ruszenia wyobraźnią, opisuje wbrew stereotypom bardzo barwną, dziką i niebezpieczną Afrykę. Dzięki takiemu przedstawieniu tego kontynentu, nabiera się chęci do jego odwiedzenia. Na uwagę zasługują również doskonale wykreowani, silni i odważni bohaterowie, którzy bardzo wzbogacają powieść. Autor porusza również temat handlu dziećmi, który jest wielkim problemem, jak się okazuje, nie tylko w tamtych rejonach świata. Całość tworzy bardzo dobrą książkę, którą z czystym sumieniem polecam. Jak się okazuje, jest to idealna pozycja na jesienne warunki pogodowe.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Muza

26 listopada 2011

26 listopada - Silesią zawładnęła Agnieszka Lingas-Łoniewska

Od kilku tygodni z niecierpliwością wyczekiwałam 26 listopada. Czemu? Bo właśnie na ten dzień Agnieszka Lingas-Łoniewska zaplanowała wizytę na Śląsku w celu promocji swojej najnowszej książki "Zakład o miłość", którą recenzowałam kilka tygodni temu, a przeczytać możecie tę recenzję tu.
A tu mała fotorelacja :)



Tak skromniutko ale... lepszy rydz niż nic :)
Spotkanie jak zawsze było wspaniałe. Empik nie do końca się spisał, zabrakło książek autorki. Ale ani prowadząca Monika Badowska ani sama autorka Agnieszka Lingas-Łoniewska nie przejęły się tym zbytnio. W końcu liczy się możliwość spotkania z autorem :)

Stosik listopadowy - czwarty

W tym tygodniu skromniutko, cichutko i .. absolutnie nie cieplutko :)
Ale szybciutko i od góry:
1. Tom Rachman "Niedoskonali" - do recenzji od portalu Duże Ka. Książka czytana będzie na dniach :)
2. Laura Griffin "Nie do wykrycia" - do recenzji od Zbrodni w Bibliotece - też w planach na najbliższy czas.
3. Tess Gerritsen "Skalpel" - jak wyżej, do recenzji od ZwB
4. Gary Braver "Tunel" - do recenzji od Wydawnictwa Replika. Na książkę sporo czekałam ale się jej doczekałam, również w planach na najbliższy czas.




Na szczęście coś się we mnie odklinowało więc na dniach możecie spodziewać się kilku recenzji zaległych pozycji, może więc listopad nie wypadnie tak tragicznie jak się spodziewałam. ale nie będzie tak dobrze jak w poprzednich miesiącach. Teraz trochę choruję (dopadło mnie jakieś przeziębienie) ale w pracy zawrót głowy więc raczej w domu tego nie odchoruje.
Zrobiłam jednak pewien research w necie i okazuje się, że w grudniu raczej nie ma co się spodziewać nowości wydawniczych więc... spokojnie nadgonię wszystkie lektury. Taki mam przynajmniej plan. Gorzej że to mój ulubiony okres pod względem kucharzenia i... ozdabiania bombek (bo u mnie w domu maluje się gładkie bombki a nie kupuje zdobione...), więc zaś nie wiem jak to będzie z czasem na czytanie.... Liczę jednak, że uda mi się wszystko jakoś zgrać :)
Dodatkowo na dniach rozpocznie się pewna bardzo interesująca akcja, która trwać będzie bez końca :) Obserwujcie więc pilnie moje wpisy i czekajcie na maile bo będzie ostro. Akcja będzie dotyczyła wielbicieli mocniejszej literatury (kryminały, thrillery, horrory itp.) więc jeśli ktoś, w ciemno, chciałby się już zgłosić to miejsce na to jest w komentarzach i u mnie na mailu :)

25 listopada 2011

Nosił wilk razy kilka… („13 godzina” Richard Doetsch)


„13 godzina” Richard Doetsch
wyd. Albatros A. Kuryłowicz
rok: 2011
str. 416
Ocena: 5/6



Zastanawialiście się kiedyś, jakby to było posiadać magiczny przyrząd do przenoszenia się w czasie? Ile można byłoby zmienić, ile osiągnąć, a co zachować w niezmienionym stanie. Myśleliście kiedyś o tym? Braliście pod uwagę posiadanie takiej opcji w swoim życiu? Muszę Wam się przyznać, że mnie niejednokrotnie dopadały tego typu myśli. Zastanawiałam się, jakby to było cofnąć się dekadę wcześniej z posiadaną aktualnie wiedzą. Analizowałam co mogłoby się zmienić, gdybym lata, ba, miesiące wcześniej podejmowała inne, często dużo logiczniejsze decyzje. Niejednokrotnie przebiegała mi przez głowę myśl, że gdybym cofnęła się w czasie o kilka godzin moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. To wszystko były jednak tylko i wyłącznie mrzonki, nieziszczalne przebłyski nadziei, którą niezwłocznie w sobie zabijałam. Bo jaki jest sens wierzyć, że ktoś w zaczarowany sposób może cofnąć czas i odmienić moje losy? Lepiej żyć własnym życiem i przyjmować jego dary takimi, jakimi są. Tak myślałam… do dziś, czyli do chwili zakończenia lektury 13 godziny. Książkę przeczytałam, odłożyłam na półkę i… zaczęłam przeżywać. Bo to, co autor w niej zawarł przekracza niejednokrotnie ludzkie pojęcie. Ale… w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Czemu? Tego nie mogę Wam zdradzić, żywię jednak nadzieję, że zapoznacie się z książką i sami będziecie mogli wyrobić sobie na jej temat zdanie. Do tej pory niech Wam wystarczy tych kilka słów, które na jej temat napiszę.

Wydaje mi się, że z zabawą z czasem jest jak z zabawą z zapałkami. Bardzo łatwo jest się poparzyć dorabiając się wiecznych blizn, których żadna maść, żadna tabletka, żaden specyfik nie jest w stanie uleczyć. Raz poparzony człowiek nosi piętno tej tragedii do końca życia. Bo jest to piętno tak samo fizyczne jak i psychiczne. Myślę, że zmiana przeszłości niesie za sobą bardzo podobne konsekwencje. Ktoś jest, a zaraz go nie ma. Ktoś coś zrobił, a komuś innemu się obrywa. Ktoś zmienia przeszłość, a to rzutuje na przyszłość. I to nie tylko tej jednej, jedynej osoby. Ma to wpływ na dziesiątki, setki a nawet tysiące ludzkich istnień. Czy mimo obciążenia, jakie może spaść na ciebie po zmianie przeszłości, byłbyś/byłabyś w stanie, bez chwili wahania, zdecydować się na podróż, podczas której wszystkie chwyty są dozwolone? Jeśli nie jesteście pewni – 13 godzina jest lekturą dla Was.

Nick Quinn, biznesmen, po powrocie do domu z podróży służbowej trafia wprost w ukochane ramiona najwspanialszej żony, jaką mężczyzna tylko mógł sobie wymarzyć. Julia, bo o niej tu mowa, to piękna, inteligentna i przebojowa prawniczka, która postanowiła zataić przed mężem pewien mały szczegół swojego życia. W zawiązku z próbą ukrycia tego sekretu Nick i Julia rozstają się w nienajmilszej atmosferze. Mężczyzna, z natury uparty i buńczuczny, postanawia wziąć żonę na przetrzymanie, pokazując jej równocześnie, kto w tym związku jest górą. I tak oto, idealny małżonek dopuszcza do sytuacji, w której jego własna żona przez cały dzień nie może się z nim skontaktować. Utrzymuje dystans również po jej powrocie do domu. Aż do chwili, gdy słyszy odgłosy wystrzału, który uśmierca Julię. Jeśli dodać do tego ogólnonarodową żałobę związaną z katastrofą w przestworzach, mającą miejsce na pobliskim lotnisku, brakiem prądu w mieście i ogólną paniką i rozpaczą, to sprawy naprawdę nie mają się dobrze. Do tego wszystkiego detektywi prowadzący sprawę śmierci Julii ewidentnie winią jej męża, więc… nie pozostaje mu nic innego, jak zaufać starszemu mężczyźnie, który niespodziewanie zjawia się na komisariacie. Mężczyzna wręcza mu list i chronometr, twierdząc że może on jeszcze uratować swoją żonę, ale każda podjęta przez niego decyzja wpłynie na ich dalsze losy. Jak postąpi Nick? Czy zaufa nieznanemu mężczyźnie? Czy uda mu się zmienić przeszłość? Jak działa tajemniczy chronometr? Czy cofnięcie się w czasie rzeczywiście jest możliwe, a jeśli tak, to jakie są jego konsekwencje? Tego, i  nie tylko tego, dowiecie się podczas lektury 13 godziny Richarda Doersch’a.

Czy polecam książkę? Zdecydowanie tak. Akcja jest wartka, nietuzinkowa, pełna zaskakujących zwrotów i nagłych przeskoków w czasie, zupełnie niezależnych od sytuacji. Autor w wyśmienity sposób zaplanował wszystkie kolejne wydarzenia, dzięki czemu w dalszych rozdziałach nic się nie dubluje. Inteligentny główny bohater dostarcza nam silnych wrażeń podczas lektury każdej strony. Całość została napisana w przystępny sposób, łatwy do zrozumienia przez czytelnika. Bohaterowie nie posługują się nieznanymi czytelnikowi zwrotami i są bardzo autentyczni w tym, co robią. Odnosiłam wręcz czasem wrażenie, że autor dobrze wie, o czym pisze, że sam miał okazję przeżyć podróż w czasie i zgubne skutki takich przeskoków. Powieść jest wyśmienitym thrillerem, kryminałem, dramatem i książką fantasy równocześnie. Jedna z lepszych powieści jakie przeczytałam w tym roku. Gorąco polecam.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Albatros A. Kuryłowicz. Dziękuję.

24 listopada 2011

Gdzie oczy poniosą… („Uciekinierka” Iny Lorentz)


„Uciekinierka” Iny Lorentz
wyd. Sonia Draga
rok: 2011
str. 472
Ocena: 4/6



Wbrew temu, co można by pomyśleć na pierwszy rzut oka, Iny Lorentz nie jest tą osobą, za którą się podaje. Jak to, ktoś mógłby zapytać. Ano tak, bo choć Iny Lorentz jest rzeczywistą osobą, to wpis na okładce „jej” książek jest jedynie pseudonimem artystycznym. Powieści opatrzone tym imieniem i nazwiskiem, od kilku lat świetnie sprzedające się na rynku niemieckim, tak naprawdę tworzone są przez parę pisarzy: Elmara Marona i wspomnianą wyżej Iny Lorentz. Nie często zdarza mi się czytywać książki napisane przez więcej niż jedną osobę, a już wyjątkową rzadkością w moim wykonaniu jest sięganie po powieści niemieckie. Czemu? W sumie jakoś zawsze mi się wydawało, że jak książkę napisał Niemiec to będzie ona ciężka i niestrawna. Po Uciekinierkę sięgnęłam jednak bez wiedzy na temat pochodzenia autorów i przyznam, że pewnie dzięki temu wykazałam się bezstronnością. Bo książka… bynajmniej nie była toporna.

Otylii Willinger, córce Eckhardta, jednego z najważniejszych kupców w Tremmlingen, nigdy w życiu niczego nie brakowało. Kochający ojciec od zawsze ją rozpieszczał i pozwalał jej na swobodne wyrażanie własnego zdania. Wszystko zaczyna się zmieniać, gdy ojciec Tilli podupada na zdrowiu. Dziewczyna skupia się na opiece nad rodzicem i za wszelką cenę pragnie spełnić jego każde życzenie. A największym pragnieniem Eckhardta, zaraz po tym, by jego córka poślubiła Damiana Lauksa, syna jego najlepszego przyjaciela, jest wyruszenie na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. Wiele lat wcześniej Willinger złożył śluby zobowiązujące go do odwiedzenia Hiszpanii i grobu świętego Jakuba. Teraz, czując że zbliża się kres jego ziemskiej wędrówki, pragnie wyzdrowieć i dopełnić złożonego przyrzeczenia, czuje jednak, że może mu się nie udać. Postanawia więc zobligować do pielgrzymki swego syna – Otfrieda. Okazuje się jednak, że jego potomek ma zamiar mu się przeciwstawić i to w dość brutalny sposób. Koniec końców Tilli zostaje sierotą, a jej brat postanawia wydać ją za największego wroga swego ojca – Wita Gurtlera. Na tym oczywiście tragiczne wydarzenia w życiu Otylii się nie kończą. Czy uda się jej wrócić do czasów, gdy nie musiała bać się następnego dnia? Czy w swoim życiu zazna jeszcze choć odrobinę miłości? Czy ostatnie życzenie jej ojca zostanie spełnione? A jeśli tak, to kto uda się do dalekiej Hiszpanii? Na te, i nie tylko na te pytania, odpowiedź znajdziecie podczas pasjonującej, czasem wzruszającej, a miejscami nawet przerażającej lektury Uciekinierki autorstwa Iny Lorentz.

Czy książka mi się podobała? Chyba mogę powiedzieć, że tak, choć nie była to łatwa lektura. Cała historia osadzona została w zamierzchłych czasach, gdy kobiety nie miały za wiele do powiedzenia. Liczyli się jedynie mężczyźni i to oni mieli pierwsze i ostatnie słowo. O tym, z kim kobieta spędzi resztę życia decydowała rodzina i wielkość posagu, jaki dla niej uzbierano. Wiek, aparycja, inteligencja… były to jedynie poboczne przymioty, które mogły, ale wcale nie musiały, mieć wpływ na decyzję mężczyzny o ożenku. W książce zirytowała mnie początkowa uległość dziewczyny wobec brata i decyzji, które podejmował w jej imieniu. Denerwowało mnie również, gdy z kamienną twarzą Tilli pozwalała, by ją upokarzano i poniżano. Byłam jednak pełna podziwu, gdy w końcu postanowiła postawić na swoim i wyruszyć przed siebie, gdzie oczy poniosą, albo raczej, gdzie serce wskaże. Jej dalsze perypetie, rozpisane w kilku częściach, w kilkudziesięciu rozdziałach, na kilkuset stronach, są bardzo pasjonujące, choć nie zawsze opisane tak, jakbym ja to widziała.

Czy było warto poświęcić kilka dni, by zapoznać się z lekturą najnowszej, wydanej w Polsce, powieści Iny Lorentz? Wydaje mi się, że tak. Choć nieczęsto czytuję powieści historyczne, to muszę przyznać, że ta bardzo mnie zaintrygowała. Do tego, jak wspomniałam na wstępie, miałam okazję przekonać się, że literatura germańska wcale nie jest taka zła, jakby mogło się wydawać. Język, jakim posługują się autorzy książki niczym do siebie nie zraża. Jedyne „ale”, jakie mogę mieć do zakończonej właśnie lektury jest takie, że sporo dialogów znajdowało się w tekście, za czym nie przepadam. Więcej zarzucić powieści nie mogę. Napisana została w sposób ciekawy i przemyślany. Historia jest wciągająca i niepozwala czytelnikowi się od siebie oderwać. Polecam.

Za książkę dziękuję Portalowi Duże Ka i Wydawnictwu Sonia Draga

22 listopada 2011

Zmiany i... pakowanie paczki

Ktoś zauważył? Troszkę na blogu pozmieniałam. Podoba się? Jakieś opinie? Liczę że linczu nie będzie... ale oczywiście czekam na wasze, konstruktywne, zdanie.

A teraz coś ekstra. Jutro wysyłam paczuszkę... z wymianki...wiecie, tą, jak jej tam, Z książką przy kominku :) Paczuszka poleci daleko... no może nie aż tak daleko jak może być daleko, ale kilkaset kilometrów jest :) Przyznam szczerze, że wybór książek nastręczył mi całkiem sporą zagwozdkę. Od początku miałam wybraną jedną pozycję a pozostałe miałam dobrać z czasem. Zajrzałam do maila z informacjami o osobie, która otrzyma przesyłkę i... zdębiałam. Czemu mi się wydawało, że ona lubi TO, a nie to co mi się wydawało? Przecież... JA NIC TAKIEGO NIE POSIADAM!!! No i dlatego paczka wychodzi w ostatniej chwili a nie miesiąc temu :( Przepraszam. Myślę jednak, że nie wybrałam tak tragicznie. Jest jakaś przygoda, jakaś historia... horror? No nie wiem, może też coś jest... zobaczymy :) Ktoś może się domyśla, że to dla niego?
Oto moja jutrzejsza przesyłka :)

21 listopada 2011

Pokaż mi swoją biblioteczkę...

... a powiem Ci kim jesteś?

Jest tak?
No chyba jest. Jeśli ktoś spojrzy na moją biblioteczkę na pewno stwierdzi, że z kryminałami jestem za pan brat. Czy coś jeszcze można o mnie powiedzieć w związku z tą biblioteczką? Może Wy po jej obejrzeniu jesteście w stanie coś wywnioskować? Czekam na Wasze trafne jak zawsze spostrzeżenia, a póki co przedstawiam moje pięknie zamontowane przez małża półeczki i ich cudną zawartość :)

Na pierwszy ogień, rzut ogólny :)
Biblioteczka znajduje się w mojej sypialni. Ściana na której wiszą dwie półeczki już bardziej wyeksploatowana być nie może... no chyba że powieszę półkę pod sufitem, ale nie przepadam za tym.... Na ścianie za komodą jeszcze trochę miejsca jest... zawisną zapewne ze dwie półeczki. Więcej już pewnie nie bo bym głową wstając łóżka po nich ryła :P

A teraz już nieco w szczegółach :)
Dwie moje najdłuższe półeczki. Górna dumnie nosi serie wydawnicze. Oczywiście nie wszystkie przeze mnie posiadane, ale większość. Zmierzch, od którego zaczęła się moja przyjaźń z Agnieszką Lingas-Łoniewską. Pamiętniki wampirów - wciąż czekające na przeczytanie, pokochałam serial i musiałam mieć książki. Później seria Marii nie przeczytana jeszcze do końca, Harny, Upadli (czekający na swoją kolej i dokupienie ostatniej części), moja ukochana Kava (przeczytana, niektóre pozycje czekają jeszcze na recenzję no i dokupienie braków) i Kathy Reichs (zdobyta również ze względu na serial i czekająca na przeczytanie).
Poniżej znajdują się książki Agnieszki (brak Dirty world, które czeka na przeczytanie u Archer). Później książki Prószyńskiego, G+J i Muzy. Moje własne zdobycze czekające na lepsze czasu i ich przeczytanie. Muszę się w końcu zebrać w sobie i coś postanowić... np. czytać 1 książkę miesięcznie z własnych zbiorów... albo dwie...
I dalej...
Zdjęcie powyżej przedstawia przede wszystkim pozycje przeczytane (w całości 1 i 2 półka) oraz pozycje przeczytane albo w biblioteczce zbędne (przeznaczone do wymiany i sprzedaży, to te stojące na komodzie :)).
Pierwsza z góry półka zawiera ciąg dalszy książek "do przeczytania - zbiory własne" czyli tych, które planuje, planuje... planuje przeczytać. Jest tam też książka którą muszę przekazać jednej ze zwyciężczyń konkursu z Mirą i KMM gdzie znajduje się opowiadanie, którego jestem współautorką.
Półka niżej to książki właśnie przeczytane (po lewej) i mały zbiór gier mojego małża.
No i ostatnia półka, najważniejsza, ta do której sięgam codziennie ...
RECENZYJNA.... i troszkę pożyczeniowa (książki po prawej), które w sobotę trafią do właścicieli. Troszkę się tych recenzyjnych nazbierało, ale mam plan, by nadrobić. Kilku z nich jeszcze nie zrecenzowałam, książka kucharska Ramsaya pewnie zostanie na dniach przeczytana i zrecenzowana. Kolejność jak widać, mniej lub bardziej odpowiada planom, ale również codziennie jest korygowana.

Oczywiście co kilka dni na półkach wszystko się zmienia. Coś przekładam, dokładam, zabieram. Co chwilę ktoś coś pożycza, albo przyszyła. Seria SOLa (polecane przez Szwaję) jest prawie cała pożyczona. Brak też kilku paranormali, kryminałów i sensacji.

To by było w sumie na tyle. Dziękuje Lenie za przypomnienie nam o tej akcji i zorganizowanie jej nowej edycji. Dziękuję jusssi. A sama zapraszam.... moją Agi (tak kochana, ty ty... tylko nie bij), moją Kaś (ty też postaraj się mnie nie ukatrupić) i Wronkę (hihihi). Chciałabym zaprosić jeszcze kilka osób, ale muszę zostawić kogoś innym :) Liczę, że wymienione przeze mnie osoby wskażą tych których biblioteczki mnie intrygują :)

20 listopada 2011

Stosik listopadowy - trzeci

Kolejny tydzień listopada dobiega końca, kolejny tydzień zacznie się jutro... listonoga ponownie kilkukrotnie mnie nawiedził i pozostawiał paczki. Jaka wielka szkoda, że to nie paczki od Świętego Mikołaja, wyrażające radość, miłość, wdzięczność... nie niosące za sobą żadnych zobowiązań... ale co tam, takie paczuszki również uwielbiam. Tym razem nie ma przeginki, ale ewidentnie zaczyna się gorący okres, a jak wspominałam w jednym ze wcześniejszych wpisów, czytanie idzie mi wyjątkowo... topornie. To taki okres, prawda? Niech mi ktoś powie, że będzie lepiej... już czuję przerażenie na myśl o grudniu, gdy w pracy zacznie się prawdziwy młyn, w domu zacznie się gorączka świąteczna, a książki będą wołać o pomstę... do nieba, albo gdziekolwiek indziej... Przestanę sypiać, taaa, to chyba będzie właściwe wyjście :) Ale po co się męczyć myśleniem o tym teraz... teraz cieszmy się tym co otrzymujemy :)
Oto aktualny stosik :)
Od góry:
1. Gail Carriger "Bezgrzeszna" - do recenzji od portalu Duże Ka. Książkę kończę. Myślę, że jutro pojawi się jej recenzja na Dużym Ka :)
2. Mikołaj Milcke "Gej w wielkim mieście" - do recenzji od Wydawnictwa Dobra Literatura
3. Erica Spindler "Zabić Jane" - do recenzji od Wydawnictwa Mira. Bardzo, bardzo dziękuję Pani Moniko :)
4. Federico Moccia "Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić" - do recenzji od Wydawnictwa Muza :)
5. Gordon Ramsay "Passja smaku" - do recenzji od Grupy Publicat. To mój najukochańszy kucharz, nie mogę doczekać się lektury i wykorzystania w kuchni jego przepisów :)

Nie ma tragedii, prawda? Myślę, że jakoś dam radę :)

19 listopada 2011

Człowiek… człowiekowi… („Dziecko niczyje” Michael Seed)


„Dziecko niczyje” Michael Seed
wyd. ProMic
rok: 2011 (wydanie II)
str. 285
Ocena: 5/6



Zwykle nie zdarza mi się czytywać biografii. Jakoś tak bywa, że bardziej do gustu przypadają mi wytwory ludzkiej wyobraźni niż relacje z faktycznie przeżytych przez kogoś wydarzeń. Wydaje mi się, że nie należę pod tym względem do mniejszości. Ludzie tak już mają, że łatwiej jest im przełknąć fikcję literacką. Gdy historia nie niesie za sobą potężnego bagażu emocjonalnego związanego z jej prawdziwością jest, że tak powiem, do zniesienia. Człowiek poznaje ją, interpretuje na swój sposób i w mniejszym lub większym stopniu wymazuje z pamięci. Nie bierze do siebie. Nie przejmuje się. Nie angażuje. Rzecz ma się zupełnie inaczej w odniesieniu do powieści biograficznych i autobiograficznych. Szczególnie tych ludzi, których życie nie było usłane różami. Dzieciństwo Michaela Seeda różowe nie było i chyba przede wszystkim dlatego postanowił podzielić się nim z czytelnikami. Jak mu to wyszło? O tym szerzej opowiem poniżej.

Przyznam szczerze, że niezupełnie zdawałam sobie sprawę, po jaką książkę sięgam. Pewnie już zauważyliście, że ostatnimi czasy jakoś wyjątkowo przyciągam książki o dzieciach. I tej pozycji nie mogłam się oprzeć. Już sam tytuł i okładka wystarczyły, bym podjęła decyzję, że chcę ją przeczytać. Dopiero gdy ją otrzymałam zorientowałam się, o czym ma być. A gdy już rozpoczęłam lekturę… nie potrafiłam… zresztą dalej nie mogę… zrozumieć, jak do tego mogło dojść. Człowiek – człowiekowi. Tyle krzywdy. A wszystko tak jednostronnie ukierunkowane – na Michaela.

Michael Seed urodził się w 1957 roku w Manchesterze. Tam również, w najbiedniejszej z biednych dzielnic, był „wychowywany” przez swoich rodziców, Lillian i Josepha Seedów. Niestety jego dzieciństwa nie można zaliczyć do szczęśliwych, wręcz przeciwnie. Jak daleko Michael nie sięgnąłby pamięcią, jedyny obraz, jaki stawał mu przed oczami to matka zamknięta w „swoim świecie” dzięki tabletkom antydepresyjnym i wiecznie rozsierdzony ojciec. Ten ostatni nigdy nie potrzebował pretekstu by wyładować swą złość na, wydawać by się mogło, najbliższych mu na świecie ludziach – żonie i synu. To właśnie temu zadaniu właśnie Joe poświęcał maksimum czasu, który zostawał mu po wypełnieniu obowiązków służbowych. Nie miało znaczenia, że jego syn ma zaledwie kilka wiosen, nie liczyło się, że żona traciła z powodu jego agresji przytomność. Bez znaczenia był fakt, że sąsiedzi słyszeli, co się działo w ich, pożal się Boże, domu. Ważne było tylko to, by oboje dostali za swoje. Bo źli ludzie muszą być traktowani tak, jak na to zasługują. A za takich Joseph uważał Lillian i Michaela. Tym kierował się w życiu i nikt, ani nic, nie był w stanie wpłynąć na jego postępowanie. Już same przeżycia związane z brutalnym zachowaniem ojca powinny złamać dziecko i uniemożliwić mu normalne funkcjonowanie w otaczającej go rzeczywistości. Ale na tym nie kończą się tragiczne losy Michaeala. To jedynie czubek niewyobrażalnie wręcz wysokiej góry. Jak wysokiej? Z czego się składającej? Jak wpływającej na przyszłe losy autora? By się o tym przekonać koniecznie musicie przeczytać powieść autobiograficzną Michaela Seeda zatytułowaną Dziecko niczyje.

Mną książka Seeda wstrząsnęła. Dogłębnie. Do tej pory nie potrafię przejść do porządku dziennego nad faktami, które przytoczył autor. Jest to tym straszniejsze, bo prawdziwe. Tylu złych ludzi chodzi po świecie. Tyle ofiar błąka się po ulicach. Większość z tych ofiar, przynajmniej tak mi się wydaje, w dorosłym życiu zostaje oprawcami. Przenoszą na płaszczyznę swojej dojrzałej egzystencji to, co wpajano im w latach młodości. Są równie straszni, a czasami o wiele straszniejsi od swoich dręczycieli. Ale nie nasz bohater. Nie autor. Bo on… nigdy się nie poddał. Walczył cały czas. Aż do ostatniej kropli krwi. Aż do ostatniej łzy. Ostatniego westchnienia. Walczył i stał się kimś. Kimś o wiele lepszym, niż mógłby być, gdyby nie przeżył tego, co zgotował mu los… co zgotowali mu otaczający go ludzie.

17 listopada 2011

Najmądrzejsze słonie pochodzą z Polski („Woda dla słoni” Sara Gruen)



„Woda dla słoni” Sara Gruen
wyd. Rebis
rok: 2011
str. 402
Ocena: 5,5/6



Książki, filmy, słuchowiska… gdzie by człowiek nie nadstawił ucha, w końcu usłyszy od kogoś „kocham cyrk”. Ja za cyrkiem nigdy nie przepadałam. Sama nie wiem dlaczego, ale nigdy mnie nie bawił. Całkiem możliwe jednak, że nigdy nie widziałam cyrku z prawdziwego zdarzenia. Takiego cyrku, jaki opisała Sara Gruen w swojej powieści. Cyrku, który stanowi sens życia setek ludzi. Cyrku, w który można zobaczyć dosłownie… wszystko.

„Woda dla słoni” wyjątkowo krótko stała w mojej biblioteczce grzejąc sobie miejsce. Zaledwie po kilku dniach od jej przybycia nie opanowałam się i ją stamtąd zabrałam. I tak zaczęła się moja przygoda z Najbardziej Osobliwym Widowiskiem na Świecie Braci Benzinich. Wędrówka ta obfitowała w wiele zwrotów akcji, chwile prawdziwego szczęścia oraz liczne dramaty. Z tego wszystkiego, właśnie wspomnianych dramatów w powieści Sary Gruen było najwięcej. Śmiało więc mogę stwierdzić, że książkę można zaliczyć właśnie do tego gatunku prozy.

Bohaterem i narratorem powieści jest Jacob Jankowski, dwudziestotrzyletni były student weterynarii na Uniwersytecie Cornell. Jest rok 1931. Tuż przed końcowymi egzaminami, w wypadku samochodowym, giną jego rodzice. Po pogrzebie okazuje się, iż kryzys dotknął i rodzinę Jacoba. Bank przejmuje jego dom oraz praktykę weterynaryjną ojca. Chłopak załamuje się i podczas końcowych egzaminów nie jest w stanie odpowiedzieć na żadne pytanie. Tak właśnie zaczyna się historia Jacoba, który wyrusza przed siebie nie myśląc o tym, co będzie dalej. Po drodze trafia do cyrku, gdzie zostaje etatowym weterynarzem. Praca ta staje się być przepustką do zupełnie innego świata, niekoniecznie lepszego, od tego, który znał do tej pory. Jak Jacob poradzi sobie w zupełnie nowych warunkach? Czy zapomni o tragedii, która spadła na jego rodzinę? Czy praca w cyrku przywróci mu radość życia, czy też sprawi, że załamie się zupełnie? Na te, i na wiele innych pytań, odpowiedź znajdziecie podczas lektury niesamowitej powieści, jaką zdecydowanie jest „Woda dla słoni” autorstwa Sary Gruen.

Mnie powieść przede wszystkim niesamowicie wzruszyła. Pod koniec odetchnęłam z ulgą i poczułam, że wszystko… w końcu zatoczyło krąg. Okazało się, że wszystkie drogi prowadzą do cyrku - nieważne, czy się go kocha, czy nie. Dzięki powieści „Woda dla słoni” ja pokochałam cyrk. Ale nie taki, w który seans trwa trzydzieści minut, a na scenie w zasadzie nic się nie dzieje. Nie. Pokochała cyrk iluzji, miejsce tętniące życiem. Dom setek ludzi.

16 listopada 2011

Wymiankowo - zakładkowo

Żeby nie było... życie nie jest takie proste, a zakładki do wymianki same się nie robią. No może czasem się robią (gdy graficznie oprawia je małż) ale nie zawsze. Nie tym razem. Dziś nastąpiła druga, ostateczna próba stworzenia tego, co nazywać się ma zakładką świąteczną. Próba pierwsza spełzła w śmietniku bo... nie zadowalała mego geniuszu. Tym razem wszystko dokładnie zaplanowałam, przygotowałam i przystąpiłam do realizacji. Z 2 godzin które planowałam na to przeznaczyć wyszło 4. Ale chyba wynik nie jest zły. Jutro zakładki trafią do zgrzewania i wówczas, jako "gotowe" produkty będę mogła zapakować je wraz z książkami, słodyczami i innymi takimi wysłać w Polskę. Do kogo trafią? Tego zdradzić nie mogę. Liczę jednak, że tej "pani" moja paczka, wraz z zakładkami, przypadnie do gustu :)
Poniżej niewielka relacja z tworzenia zakładek :)










14 listopada 2011

Moje nieczytanie i inne takie...

Żeby nie było... nie jest tak, że nie czytam tylko... tak jakoś ostatnio strasznie topornie mi to idzie. Każda strona, niemal każde zdanie wyciąga ze mnie niewyobrażalną ilość energii. Prawie każdy dzień pracy kończę migreną, więc chyba w sumie nie mogę się co dziwić, że czytanie idzie mi tak strasznie. Prawda?
Nie cierpię jesieni. Czuje się strasznie gdy za oknem sączy się deszcz. Co prawda w ostatnich dniach deszcz u mnie ustał ale za to przyszły przymrozki. Za oknem szaro buro. Nieciekawie. Niezachęcająco. Strasznie. Dużo osób w takich warunkach pogodowych lubi czytać. Ja lubię schować się pod kocem i nie wyściubiać nosa aż do zawitania faktycznej zimy. Niech już przyjdzie, niech spadnie śnieg, niech zacznie się coś dziać.

.....

Straaaaszny ten post. Wiem. W sumie... taki jak ja ostatnio :P

Od dwóch tygodni robię zakładkę na wymiankę "Z książką przy kominku". Jedną już zrobiłam, ale muszę zrobić na nowo. Pozdrowienia z mojego miasta też będę "ręcznie" robiła, więc to też troszkę czasu mi zajmie. Na szczęście zakupiłam już słodkości i zdecydowałam niemal o wszystkich pozycjach książkowych które planuję wysłać... Więc chyba nie jest tak strasznie?

....

Ale podsumowania miesiąca listopada to się chyba nie doczekacie bo to byłby jeden wielki wstyd. Nie będzie czym się chwalić... chyba że coś się odmieni....

.......

Dobra, na koniec jeszcze chciałabym złożyć najserdeczniejsze życzenia urodzinowe mojej siostrze mentalnej, mojej Agi :) Jak to jest, mieć 18 lat? :)

13 listopada 2011

Anielica z piekła rodem („Ja, anielica” Katarzyna Berenika Miszczuk)


„Ja, anielica” Katarzyna Berenika Miszczuk
wyd. W.A.B.
rok: 2011
str. 384
Ocena: 4/6



Jak dziś pamiętam czas, kiedy zapoznawałam się z powieścią Ja, diablica. Była zima, padał bielutki, puszysty śnieg, wokół mnie panowała cisza. To musiała być sobota, bo pamiętam, że z pracy odebrał mnie mąż i było jasno. Wtedy zaczęłam ją czytać. Wówczas zatonęłam w tej magii. Wyraźnie też pamiętam, w jakich warunkach kończyłam lekturę. Było ciemno, mroźno i sennie. Wysiadłam z autobusu i pomyślałam… że to naprawdę dobra książka, ale… No właśnie. Podczas drogi do domu próbowałam dojść do tego, co mi w niej nie grało. Był super pomysł, z którym dotychczas się nie spotkałam. Były interesujące postaci, o których aż chciało się czytać. Były wydarzenia, które chciało się przeżyć. Ale… Po dłuższej analizie zrozumiałam w końcu, co zgrzytało. Przede wszystkim kulały dialogi, pasujące bardziej do grupy dzieciaków niż dojrzałych ludzi. Kiedy już to do mnie dotarło, zrozumiałam, że cała książka została napisana w ten, dość infantylny, sposób. To stwierdzenie nie przekreśliło jednak lektury. Wciąż uważałam, że była wyjątkowa i często wspominałam opisane w niej perypetie. Uśmiechałam się sama do siebie na myśl o bohaterach i liczyłam, że autorka nie zostawi tego tematu i będę miała okazję przeczytać kontynuację powieści. No i nie zawiodłam się. Kilka tygodni temu do księgarń trafiła kontynuacja przygód niezwykłej warszawianki – Wiktorii i jej przyjaciół. Ja, anielica, bo o tej powieści mowa, zagościła i u mnie i w pierwszej nadarzającej się chwili po nią sięgnęłam. Jak się skończyło moje zetknięcie z książką Pani Miszczuk? O tym przekonacie się poniżej.

Czy zapamiętam okoliczności, w jakich czytałam Anielicę? Z tym może być nieco większy problem. Nic ciekawego się nie wydarzyło. Jesień, zza chmur wyglądało nieco poszarzałe słoneczko, a ja siedziałam w salonie na kanapie. Pod ukochanym cieplutkim kocem. Czyli okoliczności jak w przypadku 90 procent czytanych przeze mnie książek. Może więc sama książka wryje mi się w pamięć? Cóż… tego akurat mogę być pewna. Niestety niekoniecznie z powodu zachwytu nad nią.

Wiktoria Biankowska, po dość burzliwych wydarzeniach z powieści Ja, diablica wróciła na Ziemię. Przywrócono ją do żywych, wymazano pamięć i pozwolono podjąć kilka, jakby się mogło wydawać, właściwych decyzji. W cztery miesiące po zdarzeniach mających miejsce w poprzedniej części serii znowu spotykamy się z piękną warszawską studentką. Jest wiosna, ale aura zupełnie nie wiosenna. Pada śnieg, na ulicach ślizgawica, a Wiki musi rozliczyć się z fiskusem. Ciarki mnie przechodzą na samo wspomnienie. Jak się okazuje, Wiktoria nie mogłaby być jednak szczęśliwsza. Związała się z ukochanym Piotrusiem, do którego tak tęskniła będąc diablicą. Życie nie mogłoby być piękniejsze, tylko… Właśnie, w takich momentach ludzkiej egzystencji zawsze pojawia się jakieś „ale”. W życiu Wiki tym „ale” okazuje się być koleżanka ze studiów, która ewidentnie smali cholewki do wybranka serca naszej bohaterki. Pewnego dnia Wiktoria postanawia zerwać się z zajęć, by spędzić więcej czasu sam na sam z ukochanym. W drodze do niego spotyka uroczego nieznajomego, który częstuje ją jabłkiem. I to właśnie ten jeden owoc sprowadza do życia Wiki niesamowity, wydawać by się mogło zapomniany, chaos. Jak poradzi sobie z nim dziewczyna? Czy będzie musiała sama stawić czoła przeszłości? Czy los okaże się łaskawy i wyciągnie do niej pomocną dłoń? Czy i tym razem pomysły bohaterki sprawią, że świat stanie na głowie? Czy znajdą się ramiona, w których nasza bohaterka poczuje się bezpiecznie? By się o tym przekonać, powinniście zapoznać się z najnowszą książką Katarzyny Bereniki Miszczuk, zatytułowaną Ja, anielica.

To tyle tytułem wstępu, a jak moje wrażenia? No niestety, książka nie wywołała we mnie wniebowzięcia. Nie sprawiła również zepchnięcia do czeluści piekielnych, więc nie ma tragedii. Nie mogę jednak powiedzieć, bym była zachwycona. Ja, anielica w porównaniu z Ja, diablicą wypada raczej nieciekawie. Świeżości i niezwykłości, które sprawiły, że pierwsza część serii tak zapadła mi w pamięci, niestety w Anielicy zabrakło. Przez całą niemal powieść miałam wrażenie, jakby autorce zabrakło iskry bożej by napisać równie dobrą powieść, co poprzednio. Akcja posuwała się do przodu, przedstawiano nowych bohaterów, przypominano starych i… nic. Zero magii. Coś nie zagrało. Przynajmniej według mnie. Pierwsza, zdecydowanie większa część powieści nie wnosiła do akcji nic nowego. Druga połowa książki poświęcona została rozwojowi akcji. Było już jednak według mnie nieco za późno na ten rozwój, a i całe jego przeprowadzenie nie przekonało mnie do siebie. Bohaterowie, którym kibicowałam w części pierwszej nie wykazali się żadną pomysłowością, przez co nie mieli szans na odmianę swej egzystencji. Wiktoria nie nauczyła się niczego na własnych błędach i w Anielicy, mimo tak bogatych doświadczeń, postępowała tak samo głupiutko, a może nawet głupiej, niż w Diablicy. Może takie było założenie. Może taką bohaterkę mieliśmy właśnie otrzymać. Mnie ona jednak nie przekonała do siebie. I tak, jak po lekturze Ja, diablicy chciałam wcielić się w życie Wiki i zobaczyć, jak to jest zostać pomocnicą Lucka, to tak po lekturze Ja, anielicy już takiej chęci nie mam. Może za dużo wymagałam od tej książki? Może faktycznie nie powinnam liczyć na to, że dziewczyna po czterech miesiącach, które minęły od wydarzeń opisanych w poprzedniej książce, okaże się dojrzalsza. Tym bardziej, że przez ten czas nie miała dostępu do własnych wspomnień. Wydaje mi się jednak, że po tym, jak odzyskała pamięć, powinna być dwa razy ostrożniejsza podczas podejmowania jakichkolwiek decyzji. Tak przynajmniej powinna postąpić bohaterka, którą chciałabym zostać. Wiktoria tak jednak nie postępowała. Głupiutka, niezdecydowana Wiki. Tak bym ją mogła określić. Czy ktoś chciałby się wcielić w taką postać? Ja niestety nie.

12 listopada 2011

Stosik listopadowy - drugi

Kolejny weekend kolejny stosik?
Tak w tym (znaczy się moim) wypadku to stwierdzenie sprawdza się zupełnie. Zaś się troszkę tego uzbierało, pocieszające jest jednak to, że znaczna część z tych pozycji to prezenty :) A takie pozycje cieszą mnie zawsze wyjątkowo... gorzej, że nim znajdę chwilę by się za nie zabrać to będę na emeryturze... muszę obmyślić jakiś plan czytania tego typu pozycji... na przykład jedną na dwa tygodnie? Jedną na miesiąc? Jedną na pół roku? No jakoś tak. Dobra koniec tego żenującego wprowadzenia. Czas na prezentację :)
Od góry:
1. Alex Kava "Dotyk zła" - prezent od Pani Moniki z Miry. Jeszcze raz - dzięki, dzięki, dzięki :) Piękne wdanie, cudna okładka. O książce pisałam już kilka razy. O serii z Maggie O'Dell również. Poważnie - warto sięgnąć!
2. Susan Mallery "Za milion dolarów" - do recenzji od Wydawnictwa Mira
3. Robyn Carr "Pożegnanie z przeszłością" - do recenzji od Wydawnictwa Mira
4. Tara Hudson "Pomiędzy" - prezent od portalu nakanapie.pl I jak tu ich nie uwielbiać?
5. Kornelia Romanowska "Puszka pandory" - do recenzji od Wydawnictwa Novae Res
6. Anna Fryczkowska "Kobieta bez twarzy" - prezent od ZwB. Bardzo dziękuję Panie Kazimierzu :)
7. Marcia Clark "Domniemanie winy" - jak wyżej
8. Mari Jungstedt "Podwójna cisza" - jak wyżej
9. Mari Jungstedt "Słodkie lato" - jak wyżej

Jak więc widać do samej recenzji wiele pozycji nie przybyło więc wielkie uffff.
Bardzo się cieszę z wszystkich podarunków :) Jak to miło dostawać książki wolne od zobowiązań :)

11 listopada 2011

Siła wątpliwości („Mroczny szept” Gena Showalter)


„Mroczny szept” Gena Showalter
wyd. Mira
rok: 2011
str. 416
Ocena: 4/6



Na Mroczny szept skusiłam się już kilka miesięcy temu. Sama nie pamiętam już, gdzie przeczytałam o tej książce, ale niemal natychmiast po zwiastunie zgłosiłam się do wydawcy z prośbą o przesłanie egzemplarza recenzenckiego. We wrześniu w końcu się tego doczekałam. Wiadomo jednak jak jest. Książka goni książkę, recenzja recenzję, czas ucieka i człowiek nawet nie zauważa, a tu już listopad i lektura wciąż nieprzeczytana. Dłużej już zwlekać nie mogłam, czym prędzej sięgnęłam po Mroczny szept i rozpoczęłam zgłębianie świata Władców Podziemi.

Wampiry, wilkołaki, czarownice. Ostatnimi czasy coraz częściej przeciętnego czytelnika otacza zgraja nadprzyrodzonych postaci. Za każdym rogiem czai się duch, w kanałach królują potwory, w głębinach syreny, w przestworzach anioły, a na ziemi? Na ziemi zagościli Władcy Podziemi. Potępieni nieśmiertelni wojownicy, dawniej strzegli władców Olimpu. Jedna nieostrożna decyzja podyktowana podszeptem, wydawać by się mogło przyjaciela, sprawiła że wygnano ich ze swoistego raju, w którym wcześniej żyli. Otworzenie Puszki Pandory, bo właśnie tego dopuściła się grupa przyjaciół, sprowadziło na nich klątwę i wypełniło ich postaci nieśmiertelnymi demonami, bez których ich ludzkie ciała skazane są na śmierć. Władcy, nie mogąc uwolnić się od egzystujących w nich potworów, zaakceptowali ich obecność. Wraz z pojawieniem się w ich ciałach demonów wśród Władców nastąpił rozłam, dający początek odwiecznej walce, która trwa do dziś. Jej areną jest cały świat, kto wie, gdzie Łowcy i Władcy zawitają dzisiaj…

Mroczny szept to czwarta część serii o Władcach Podziemi. Tym razem Gena Showalter na widelec wzięła postać Sabina i jego demona, Zwątpienia. Sabin, jeden z najpotężniejszych Władców lata temu wyrzekł się związków z kobietami. Bynajmniej nie dlatego, że płeć przeciwna go nie pociągała, wręcz przeciwnie. Jednakże każde zetknięcie kobiety z jego alter ego sprawiało, że wybranka jego serca popadała w coraz większą depresję, która zwykle kończyła się samobójstwem. Demon goszczący w ciele Sabina nie dawał im chwili wytchnienia, nieustannie zasiewając w nich wątpliwości, co do własnej atrakcyjności, własnych uczuć oraz uczuć Sabina. Po śmierci Darli mężczyzna postanowił skończyć z próbami odnalezienia szczęścia w ramionach kobiety, nie spodziewał się jednak, że los na jego drodze postawi Gwendolyn Płochliwą, piękną, pociągającą, jedyną w swoim rodzaju… harpię. Zetknięcie tej dwójki daje początek niezwykłym wydarzeniom, które koniec końców zaprowadzą ich do alkowy, tylko… czy połączenie płochliwej Gwen z wątpiącym i siejącym wątpliwości Sabinem ma jakąkolwiek rację bytu? Czy ta dwójka będzie potrafiła odnaleźć się w zupełnie nowej dla nich rzeczywistości? Czy Gwen pokona drzemiącego w niej potwora? Czy Sabinem kierują jedynie szlachetne pobudki? Czy przeszłość kochanków, gdy już wyjdzie na jaw, nie rozdzieli ich na zawsze? Kto wygra tę walkę? Czy w wypadku tak różniących się bohaterów jest w ogóle szansa na happy end? Ja już to wiem, a jeśli wy chcecie się dowiedzieć, to nie pozostaje Wam nic innego jak zgłębić lekturę Mrocznego szeptu autorstwa Geny Showalter.

9 listopada 2011

Premiera roku 2011 - Zakład o miłość

Tak tak kochani bloggerzy i bloggerki. To już dziś. Nadszedł w końcu 9 listopada 2011 roku więc w księgarniach pojawiła się najnowsza powieść według mnie najlepszej na świecie pisarki - Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Ja już lekturę ZOMu mam już za sobą. Recenzję przeczytać możecie tutaj. Liczę, że i Wam książka spodoba się równie mocno co mnie. Szczególnie, że bohaterką jest moja imienniczka.

8 listopada 2011

Zapraszam na Kavę i jej Dotyk zła

Już kiedyś wspominałam, że wielbię Kavę i to dzięki niej zaczęłam romansować z thrillerami psychologicznymi. Zawsze więc chętnie sięgam po jej nowe książki oraz po wznowienia już mi znanych.

Kilka dni temu premierę miał trzy książkowy pakiet dzieł Kavy. Edycja limitowana. Pięknie wydana. Naprawdę bardzo bardzo ekskluzywna. W mojej biblioteczce brakowało "Dotyku zła". Książki ostatnio już nie dało się kupić. W księgarniach - brak. W Mirze - brak. A na wyprzedażach tylko zdezelowane egzemplarze, w końcu nikt się nie chce pozbyć książek Kavy.

Czuwa nade mną jednak jakaś wyższa siła i w dzisiejszej przesyłce od Pani Moniki znalazłam właśnie "Dotyk zła". Łezka stanęła mi w oku bo wydanie jest przepiękne. Aż chce się przeczytać. Po prostu cud, miód i orzeszki :) Zresztą sami zobaczcie :)

Cały pakiet wygląda tak:
O tym, że warto poczytać, przekonacie się czytając poniższą recenzję :)

Czy widzisz drzewa spoza lasu? („Powiedz prawdę” Sophie Hannah)


„Powiedz prawdę” Sophie Hannah
wyd. G+J
rok: 2011
str. 408
Ocena: 5,5/6



Ostatnimi czasy bardzo często sięgam po literaturę stricte związaną z dziećmi, a dokładnie rzecz ujmując z ich śmiercią. Choć temat jest intrygujący, to nie należy do moich ulubionych. Niema się chyba jednak co dziwić. Umiera niewielka, niewinna istotka. Maluszek, który nie jest w stanie się obronić. Dzidziuś, który nie powie, co się dzieje. Nie poskarży się. Nie wskaże sprawcy. Nie zdejmie brzemienia z ramion niewinnego. Ostatecznie więc mi, jako czytelnikowi, nie pozostaje nic innego jak wierzyć, że wszystko skończy się tak, jak skończyć się powinno.

Jest mi trudno czytać o umierających z różnych powodów niemowlaczkach. Problematyczne jest dla mnie również napisanie tej recenzji. Pozostaje pod nieustającym wpływem lektury powieści Sophie Hannah „Powiedz prawdę” i nie mogę pojąć tego, co takiemu maluszkowi może przytrafić się zaraz na początku życia. Taka krucha istota i tak wiele zła na świecie. Czy ktokolwiek może to pojąć? Zrozumieć? Na pewno nie ja. Ale… do rzeczy.

Felicity Benson, producentka filmów dokumentalnych zatrudniona w firmie Binary Star, pewnego dnia otrzymuje dość niespodziewaną i bardzo tajemniczą przesyłkę. Odręcznie zaadresowana koperta, wysłana na jej firmowy adres, opatrzona zostaje imieniem Fliss, czyli skrótem jej umienia używanym tylko przez znanych jej ludzi. Wewnątrz dziewczyna znajduje kartkę zawierającą szesnaście nic jej nie mówiących cyfr. Chwilę po odebraniu tej przedziwnej poczty rozdzwania się telefon i Fliss zostaje wezwana na dywanik do swojego szefa, Lauriego Nattrassa, który informuje ją, że dziewczyna otrzymuje awans i od następnego tygodnia przejmie jego stanowisko. Informacja ta zbija Felicity z nóg, jest w końcu jednym z najmłodszych i jednym z najmniej docenianych producentów w firmie. Do tego ma pewien sekret, który, przynajmniej jej zdaniem, sprawia, iż nie ma prawa do zajęcia takiego poważanego stanowiska. Za duża odpowiedzialność, za duże pieniądze, za duża sprawa… bo jako dyrektor kreatywny i producent wykonawczy będzie musiała dokończyć tworzony przez Nattrassa film dotyczący matek i opiekunek oskarżonych o dzieciobójstwo. Trzy kobiety, trzy na pierwszy rzut oka zupełnie różne sprawy i jedna biegła, która zeznaje na niekorzyść pozwanych. Czy słusznie? Co sprawiło, że Judith Duffy zeznawała tak, a nie inaczej? Czy Helen Yardley, Sara Jaggard i Rachel Hines popełniły zarzucane im czyny? Czy ktokolwiek, poza oskarżonymi kobietami, jest w stanie dociec prawdy? O tym będziecie mieli okazję przekonać się w trakcie lektury powieści Sophie Hannah zatytułowanej „Powiedz prawdę”.

To oczywiście zalążek bardzo rozbudowanej fabuły powieści. Poznajemy ekipę Binary Star, śledczych, oskarżone oraz ich rodziny. Autorka przedstawia nam również wiele postaci pełniących role drugoplanowe, niejednokrotnie posiadających bardzo istotne dla rozwiązania sprawy informacje. Przyznam szczerze, że początkowo trudno było mi się we wszystkim połapać. Wyzwanie czytelnicze stanowił każdy rozdział. Poznawałam nowego bohatera i jego tok myślenia, zwykle zgoła inny od tego, który prezentowano we wcześniejszych rozdziałach. Czułam się więc nieustannie niepewna tego, co będzie dalej. Trudno było mi również dociec prawdy i zrozumieć, co się tak naprawdę stało i kto jest winny. To wszystko nie przeszkadzało mi jednak we wciągnięciu się w fabułę. Z każdą przeczytaną stroną zagłębiałam się w akcję coraz bardziej. Poznawałam nowe fakty i jeszcze mocniej pragnęłam rozwiązać zagadkę. Bywały chwile, że trzęsłam się nad książką i sama nie rozumiałam jak to jest możliwe, że wciąż jestem na danej stronie a chciałabym już być dziesięć stron dalej. Lektura była pasjonująca. Wiele się jednak ostatnio działo i co i rusz odkładałam „Powiedz prawdę” na półkę. I tak właśnie po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna czytałam książkę przez dwa tygodnie. Dzięki temu jednak związałam się z tą lekturą jeszcze bardziej. Każde przeczytane zdanie analizowałam setki razy i codziennie, przerywając czytanie, myślałam o tym, jakie będzie zakończenie. Teraz, gdy już wiem, zastanawiam się jak autorce udało się wszystko podkładać tak, że nie wpadłam na rozwiązanie wcześniej.

7 listopada 2011

Stosik listopadowy - pierwszy (Targowy :) )

Targi w Krakowie były?
Były :)
Nawet udało mi się wczoraj wstawić małą fotorelację :) 


Przyznam się Wam szczerze, że zwątpiłam na tych targach. Przygotowałam się na szalone wydawanie kasy. Wzięłam gotówkę, kartę do konta, miałam przy sobie przyjaciółki i męża którzy mogli zawsze coś pożyczyć. Weszłam na Targi i... no właśnie. Ten straszny tłum, gigantyczna sala, multum stoisk, pchający się przechodnie, skwar, ulotki... Jakaś laska dała mi ulotkę do Białego Kruka. Poszłam i dowiedziałam się, że przysługuje mi 40% zniżki. Fajnie, ale nie dałam rady już tam później wrócić...
Poza tym... jakaś chyba trochę skwaszona chodziłam. 
Zakupiłam książkę Agnieszki Lingas-Łoniewskiej (tak żeby mieć oryginalne wydanie...). I w sumie prawie skończyłoby się na tym, że wyszłabym z tą jedną książką... 
Pod koniec tej wspaniałej "przechadzki" oderwałam się od dziewczyn i poszłam na stoisko Sonii Dragi. Tak było sporo książek po 10 zł. Oczywiście nie nowości. Doszłam do wniosku, że muszę kupić cokolwiek, w końcu nie przyjechałam na Targi po to, by wyjść z jedną książką.... No i zakupiłam jedną książeczkę i już szłam do wyjścia z lżejszych serduchem. 
Dorwałam moją Kaś i resztę bandy i ruszyłyśmy do wyjścia... ale w ostatnim pomieszczeniu wspomniało mi się,  że tego pawilonu to myśmy jeszcze nie widziały. No więc namówiłam Kasię byśmy poświęciły jeszcze momencik. Widziałyśmy stoisko LC i przeszłyśmy nawet niedaleko Matrasa... miałyśmy podejść ale... zaś pojawiło się światełko w mojej głowie... Czy myśmy mijały stoisko G+J? Przecież oni mają super książki. A jak mają promocje to zbijają z nóg. Spojrzałyśmy na plan (pierwszy raz tego dnia, pewnie dlatego trudno nam było gdziekolwiek dotrzeć...). Okazało się że stoisko mijałyśmy milion razy, tylko nie skojarzyłyśmy że National Geographic i G+J to jedna rodzina. Tłumy się tam cisnęły każdy o coś pytał, w końcu udało nam się dopchać do lady. I moje pytanie: "Czy są jakieś książki Sophie Hannah poza "Powiedz prawdę" bo tę pozycję mam". "Oczywiście" - usłyszałam. Pani poszła, wróciła z jedną książką i mówi "Po 5 zł". Szczękę zbierałam z ziemi przez kilkanaście sekund. Zapytałam jeszcze o jakieś dwie pozycje i za każdym razem przynoszono mi je i informowano, że koszt to 5 zł. W pewnej chwili Pani stwierdziła, że chyba uwielbiamy z Kasią kryminały i zaprosiła nas za ladę by zaprezentować według niej najlepsze. Przy okazji się przedstawiłam i poznałam Panią Kasię, która opiekuje się mną ze strony G+J. W sumie w pewnej chwili przestałam się nawet zastanawiać co biorę (na szczęście byłam na tyle logiczna by nie brać już posiadanych książek). Przestałam nawet liczyć - książka za 5 zł opłaca się w każdym wydaniu. Dziś jak zerkam na mój niewielki stosik to myślę, że mogłam kilku nie wziąć albo zapytać czy są poprzednie części bo mam środki serii, ale coś mi się wspomina, że Pani mówiła, że poprzednich części już nie ma... no nic :) albo się dokupi albo co :P W każdym razie po kilku minutach już stałam w kasie i żal mi się tylko włączał że nie mogę wziąć wszystkiego co mają :) Oczywiście nie wszystko na stoisku było po 5 zł. Nowości były z 20% obniżką. Też wzięłam jedną... ale taniutką samą w sobie. Koniec końców wydałam tyle, ile maksymalnie założyłam... a nie przeliczałam w głowie :P Aż dziwne, ale w końcu najbliżsi mówią na mnie "kasa fiskalna". No i tak właśnie wyszłam z Targów z 19 książkami. Nie jest zupełnie tak jak lubię (zwykle param się parzystymi liczbami) ale i tak jest super i z Targów wyszłam niemal frunąć (choć tobołki mnie do ziemi ciągnęły). Na szczęście małż nie osiwiał (no byłoby to problematyczne - osiwieć na jego miejscu). Powiedział, że jeśli ja jestem szczęśliwa, to i on :) Kochany nie? A oto już mój stosiczek :)


Niewielki, prawda?
Stosik pierwszy (po lewej)
1. Pittacus Lore - "Jestem numerem cztery" - oglądałam i zawsze chciałam przeczytać. W końcu będę miała okazję. Kiedyś :) 5 zł a tyle szczęścia :)
2. Agnieszka Lingas-Łoniewska - "Zakład o miłość" - jak pisałam, nie mogłam nie nabyć oryginału :)
3. Iny Lorentz - "Uciekinierka" - od Dużego Ka i samego Grzegorza Raczka. Ofkorz do recenzji :)
4. Sittenfeld Curtis - "Amerykańska żona" - nabyta za 10 zł na stoisku Sonii Dragi :)
5. Mark Billingham - "Podpalona" - nabyta za 5 zł na stoisku G+J :) To akurat pozycja z środka serii, zobaczymy, zobaczymy :)
6. Mark Billingham - "Zapomniani" - jak wyżej :)
7. Douglas Preston, Mario Spezi - "Potwór z Florencji" - Kolejny zakup za 5 zł. Niespodziewany ale chętnie przeczytam :)
8. Douglas Preston, Lincoln Child - "Zabójcza fala" - część serii, oczywiście zaś środek. Będę myśleć co począć :)
9. Douglas Preston, Lincoln Child - "Siarka" - jak wyżej :)

Stosik drugi (po prawej)
10. Pittacus Lore - "Zaginiona kartoteka. Numer sześć" - nowość G+J. Premiera 9 listopada. Zakupiona z 20 % rabatem :D
11. Alex Scarrow - "Gdy zgasną światła" - za 5 zł od G+J. Bardzo chcę przeczytać :)
12. Sebastian Fitzek - "Klinika" - jak wyżej :)
13. Sophie Hannah - "Na ratunek" - po książki tej autorki poszłam do G+J :) za 5 zł ofkorz :)
14. Sophie Hannah - "Druga połowa żyje dalej" - jak wyżej :)
15. Sebastian Fitzek - "Śmierć ma 143 cm wzrostu" - kolejna warta grzechu książka :)
16. Sabine Thiesler - "Kolekcjoner dzieci" - z serii Danse Macabre. Warta. :)
17. Richard Hawke - "Piekielny chłód" - jak wyżej :)
18. Sebastian Fitzek - "Makabryczna gra" - jak prawie wszystkie G+J. Warta :)
19. Francine Mathews - "Klub alibi" - ostatnia ale nie niechciana :)

No więc troszeczkę poszalałam :) Do końca życia będę to czytała :D

6 listopada 2011

Targi Książki w Krakowie :) czyli Sil i książkowy zawrót głowy :)

Jak dla mnie Targi w Krakowie zaczęły się wiele tygodni temu, gdy postanowiłam, wraz z najlepszą ekipą na świecie, udać się 5 listopada 2011 do Krakowa i zobaczyć "wielki świat" w akcji.
Zaczęły się więc te całe przygotowania, planowanie i szykowanie. Oczywiście raz planowałyśmy jedno, by chwilę później planować coś zgoła innego. W końcu jednak nadszedł 4 listopada i część ekipy zjechała się do Gliwic :)

Trochę poszalałyśmy, pogadałyśmy i jak to z nami bywa pojadłyśmy i popiłyśmy wszystko soczkiem jabłkowym :)
Rankiem 5 listopada wyruszyłyśmy do Krakowa. Oczywiście jak zawsze na ostatnią chwilę i niezupełnie przygotowani. Na miejscu okazało się, że nasze "wejściówki" jeszcze nie dojechały więc spóźniłyśmy się na najważniejsze spotkanie Targów czyli premierę "Zakładu o miłość" Agnieszki Lingas-Łoniewskiej i podpisywanie przez nią książek... na całe szczęście mamy wtyki i zaraz po tym jak dostaliśmy się na halę dorwałyśmy Panią Lingas :)

Chwilę wcześniej ekipa Dużego Ka spotkała się po raz pierwszy w dość szerokim gronie i miała okazję poczytać wydaną wersję gazety :)

Po wspólnym czytaniu udaliśmy się na dalsze podboje. Tłumy były gigantyczne...
... powietrze dość ciężkie... w sumie to czy było ono tam w ogóle? Z chwili na chwilę liczba posiadanych warstw ubrania kurczyła się... nie będę prezentowała ostatecznych wyników tego rozbierania :)
Po kilku godzinach buszowania i zbierania targowych (którymi chwalić będę się później) zdobyczy w końcu się poddaliśmy i udaliśmy się na obiad z którego strasznych dowodów za wiele nie ma :)


Jak widać na fotkach najbardziej ucierpiała Aga i Ja. Nie wspominając o małżu któremu nie miał kto robić fotek :( Później postanowiliśmy podpić Kraków
i troszkę pozwiedzać...
no i dokonać zakupu suvenirów :D
nie mogło się oczywiście obejść bez chwili wytchnienia...
po ugaszeniu pragnienia wyruszyliśmy dalej...
i pełni szczęścia....mimo pełnych brzuszków.... schrupaliśmy zapiekanki z Kazimierza :)
po drodze odwiedziliśmy wiele innych miejsc ale... czy o każdym warto pamiętać?

Na koniec, jak obiecała moje zdobycze o których szerzej w następnym wpisie :)

Było genialnie...
Ilość zjedzonego jedzenia... nieprawdopodobna
Ilość zakupionych książek... jak zawsze - za mała :)

Już nie mogę doczekać się kolejnych targów :)